Zarobić na wykładzie
Zawód: prelegent
Pisarze, naukowcy, eksperci sprawiają, że sale pękają w szwach, bo coraz więcej ludzi przychodzi na wykłady, chcąc miło spędzić czas.

Mówca. Mowa. Mikrofon. Pusta scena. Oraz - nie pożałowano pieniędzy - szklanka wody. Jako wieczorna rozrywka nie wygląda to imponująco: zdecydowanie nie jest to widowisko w stylu koncertu Bruce'a Springsteena. Ale gdy minionej zimy Malcolm Gladwell, dziennikarz z Manhattanu, pojawił się z zamiarem wygłoszenia monologu w Lyceum - londyńskim teatrze, w którym grywał zespół Led Zeppelin, a teraz wystawiany jest musical „Król Lew" - dwa razy przyciągnął komplet publiczności. Mimo przenikliwego listopadowego zimna ustawiły się długie kolejki i pierwszy show trzeba było opóźnić o pół godziny, by mogło wcisnąć się jak najwięcej chętnych. Sprzedano wszystkie cztery tysiące biletów, w cenie do 25 funtów.

 

Co widzowie dostali za swoje pieniądze? Gladwell nie jest komikiem scenicznym, nie posiadł całej bożej mądrości, nie powie wam, jak zarobić miliony, kupując mieszkanie na wynajem. Były dziennikarz biznesowy, niski i chudy, z bujną fryzurą afro, gestykuluje tak, jakby chciał uciec przed niewidzialną siatką na motyle, i lubi poruszać tak ważkie tematy jak doskonały sos do makaronu (w Google można znaleźć wideo, jest świetne).

W tamten zimowy wieczór mówił nieco ponad godzinę - o wypadkach lotniczych. Nie było projekcji wideo, nie zaplanowano pytań i odpowiedzi, a temat był niespecjalnie zabawny. Jednak Gladwellowi się udało - tak bardzo, że wraca do Wielkiej Brytanii na minitournée z taką liczbą występów, od Liverpoolu po Brighton, że ich lista może wypełnić tył koncertowego t-shirtu. - Są setki ludzi takich jak ja - mówi Gladwell.

Dziesięć lat temu naukowcy, eksperci polityczni lub pisarze swoje wspaniałe pomysły mogli publikować w książkach lub artykułach, dziś ruszają w trasę i o nich opowiadają - podczas wykładów, dyskusji i wieczorów autorskich. Mówienie zamienia się w sztukę widowiskową, a intelektualista staje się wykonawcą scenicznym.

Wywody na żywo

- Osiągasz pewien wiek i nie masz ochoty się upijać, nie chcesz być ogłuszany przez kapelę rockową ani przekrzykiwać jakiegoś kiepskiego komedianta. Zamiast tego wolisz liznąć trochę wiedzy - tłumaczy David Johnson, producent tournée Gladwella (oto znak zmieniających się czasów - dziennikarz ma menedżera estradowego). I chyba dlatego Paul Krugman, noblista z ekonomii, przyciągał tłumy do London School of Economics przez trzy wieczory z rzędu. Widzowie, którzy wypełnili salę, zobaczyli mężczyznę w średnim wieku, z siwiejącą brodą, w niebieskim garniturze. Mówca wesoło komentował przezrocza, które pokazywały, w jaki sposób trwający kryzys finansowy przysporzył światowej gospodarce głębokich problemów. Prezentacja w PowerPoint, przedstawiająca obraz klęski i ubarwiona sporą dawką żartów, wywołała entuzjazm widowni.

Takie spektakle - lekki humor i poważne wywody, przedstawiane na żywo przez osobę o znanym nazwisku - można obejrzeć w całym kraju, w regionalnych teatrach i na festiwalach literackich. Mieszkańcy Barnstaple w południowej Anglii mogli spędzić wieczór z Paddym Ashdownem, byłym wysokim przedstawicielem ONZ w Bośni, a sir David Frost odwiedził Ludlow, by opowiedzieć o swoim życiu i doświadczeniach. Oba występy przygotował Clive Conway. - To okazja, aby spotkać się z osobą, która zazwyczaj pojawia się tylko w telewizji, z osobowością charyzmatyczną i inspirującą - mówi. - Publiczność wychodzi rozbawiona, ale również trochę poinformowana.

Wśród intelektualistów ukształtowała się czołówka wykonawców, którzy zawsze przyciągają liczną publiczność. Wykłady Slavoja Żiżka sprzedają się znacznie szybciej niż jego książki. A ci, którzy wolą poglądy przedstawiane z większą powagą i mniejszą dawką ideologii, mogą posłuchać Naomi Klein, autorki „No Logo" - jest cieplejsza i wnikliwsza, a mówi tak, jakby głośno myślała.

Prelekcje mogą być dobrym interesem. Conway założył swoją „firmę wykładową" w 2001 roku, tworząc ją od zera, teraz organizuje 250-300 wieczorów rocznie. David Johnson ma doświadczenie jako producent komedii, ale po wypromowaniu Gladwella chce zrealizować show z nadworną poetką Carol-Ann Duffy („Ma zadatki na supergwiazdę"). Objawienia doznał zimą 2002 roku, gdy przygotowywał w Londynie cykl prelekcji amerykańskiego filmowca Michaela Moore'a.

 

Show był połączeniem polemiki przeciwko zbliżającej się wojnie z Irakiem i rubasznych żartów, kiedy na przykład Moore za pomocą dmuchawy do liści poganiał swoje slipy po scenie. Okazało się, że był to hit - 800 miejsc na jeden wieczór, do 30 funtów za bilet, osiem występów w tygodniu, pięciotygodniowy cykl - i to wszystko sprzedane. - To był dla mnie sygnał, że publiczność ma ogromny apetyt na poważne sprawy - mówi Johnson.

Gladwell, Moore, Krugman - warto zauważyć dominację nazwisk ze Stanów Zjednoczonych (Klein jest Kanadyjką). Z pewnością to nie przypadek, bo ta zmiana świadczy również o tym, że brytyjska inteligencja, jak wiele innych środowisk, staje się bardziej zamerykanizowana. W amerykańskiej republice literackiej wielkie nazwiska zatrudniają agentów, którzy planują ich wykładowe zobowiązania, mogą żądać tysięcy za występ. Gladwell przez większą część wiosny nie pisał, lecz mówił: wygłaszał prelekcje, uczestniczył w zbiórkach pieniędzy na cele charytatywne i w imprezach dla firm.

Opracował repertuar 12 wykładów: połowę zna na pamięć, a każdy trwa około 45 minut.

Żarty z teorią strun

Porównanie z przemysłem rozrywkowym jest bardzo na miejscu. Album rockowy nie jest już maszynką do robienia pieniędzy, to na koncertach można coś zarobić. Sprzedaż książek w Wielkiej Brytanii raczej nie spada, lecz utrzymuje się na tym samym poziomie (książkę w twardej oprawie jednak trudniej skopiować niż mp3), ale nawet optymiści oceniają ten rynek jako dojrzały. A to zmusza wydawców i autorów do szukania innych sposobów rozwijania biznesu, nawet jeśli miałyby one mniej wspólnego z książkami. - Dawniej, gdy wychodził nowy tytuł, wysyłało się egzemplarze do recenzentów, autor podpisywał książki w kilku księgarniach i to było wszystko - mówi Caroline Priday z wydawnictwa Princeton University Press. - Dzisiaj sprzedaje się nie tyle książkę, co autora, szukając dla niego imprez i reklamy przez okrągły rok.

Autor-wykonawca nie jest nowym tworem. Karol Dickens i Oscar Wilde byli znakomitymi mówcami, a w latach 20. ubiegłego stulecia występy autorów gwarantujących zyski przyjęły się już na tyle, że wyzwanie podjął nowy autor bestselerów Joseph Conrad (z fatalnymi skutkami - polski pisarz mówił po angielsku z akcentem i tak niewyraźnie, że nawet jego sekretarka z trudem go rozumiała, a słuchacze niechętnie płacili za niejasność, nawet literacką).

Słowo mówione nie jest już niczym wyjątkowym. To podstawowa rozrywka, wieczorny wykład lub odczyt pełnią tę samą funkcję towarzyską co kino. Jest tylko jeden problem: nikt nie zajmuje się badaniami historycznymi, żeby wystąpić na Wembley.

Niektórzy starają się sprostać temu zadaniu. Amit Chaudhuri pisze powieści i wykonuje muzykę oraz skutecznie eksperymentuje z występami, podczas których prezentuje obie dziedziny twórczości. Komik Robin Ince w czasie występów przeplata żarty objaśnianiem teorii strun. Kto jednak umie pisać, niekoniecznie umie mówić. Niektórzy nie najlepiej sobie radzą w kontaktach towarzyskich.

- Słuchacze tego rodzaju po prostu chcą przebywać w obecności sławnego człowieka, który podzieli się z nimi swoją wiedzą - mówi Peter McDonald, pracownik naukowy St Hugh's College w Oksfordzie. Ale uwaga: gdy autorzy książek przemawiają, zwykle muszą rezygnować z subtelności i złożoności. W druku można posłużyć się statystykami, rozmieścić wykresy i stosować liczne dygresje. Spróbujcie pozwolić sobie na takie fanaberie w publicznej wypowiedzi, a narazicie się na utratę publiczności. Czytelnikowi można rzucić wyzwanie, ale słuchacza trzeba zainteresować.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj