Kondycja irańskiego reżimu: to już koniec?
Podziemia Iranu
W 1979 roku powrót wygnanego duchownego do Iranu dał początek republice islamskiej. Śmierć Nedy Soltan w czerwcu br. może zapowiadać od dawna wyczekiwany upadek dogorywającego reżimu – pisze Martin Amis.

Zdaję sobie sprawę, że pisanie o przyszłości to ryzykowne przedsięwzięcie, a jednak się wydaje, że jesteśmy świadkami pierwszych przedśmiertnych drgawek republiki islamskiej. W tej agonii Mir Husajn Musawi najprawdopodobniej odegra mniejszą rolę niż Neda Agha Soltan, której los w niezatarty sposób symbolizuje tragedię szyicką: męczeństwo w obliczu barbarzyńskiej niesprawiedliwości. Neda Soltan uosabia coś jeszcze: nowoczesność.

Całkiem możliwe, że sprawy mają się mniej więcej tak, jak na to wygląda: społeczeństwu przedstawiono wyniki sfałszowanych wyborów, niepokoje społeczne wywołały przemoc ze strony państwa. Ale zastanówmy się. Skoro po stosownej zwłoce najwyższy przywódca Ali Chamenei ogłosił 51-procentowe zwycięstwo prezydenta Mahmuda Ahmadinedżada, to Iran (i cały świat) właściwie mógł przytaknąć i żyć dalej. Całkiem możliwe, że chełpiono się przytłaczającym zwycięstwem, by móc wprowadzić terror i sankcje.

W 1997 roku reżim czuł się na tyle silny, że ogłosił zaskakującą wygraną prezydenta Mohameda Chatamiego, który również odniósł miażdżące, 60-procentowe zwycięstwo w radosnych wyborach przez nikogo niezakwestionowanych. Chatami, choć duchowny, miał znacznie bardziej liberalne poglądy niż technokrata Musawi (który podczas wojny irańsko-irackiej był na prawo od Chameneiego). Okrzyknięty entuzjastycznie „ajatollahem Gorbaczowem", Chatami wkrótce zaczął mówić o „rozważnym dialogu", który zamierzał zainicjować ze Stanami Zjednoczonymi. Wyglądało na to, że międzynarodowa izolacja zostanie złagodzona.

Wszyscy zdawali sobie sprawę, że proces ten wymaga czasu. W czerwcu 2001 roku Chatami został ponownie wybrany na prezydenta, uzyskując 78 proc. głosów. Siedem miesięcy później prezydent George W. Bush wygłosił przemówienie o osi zła (jedno z najbardziej szkodliwych w dziejach Ameryki), a teherańska wiosna dobiegła końca. Bush był darem niebios dla irańskiej prawicy. Działając na oślep (awanturnicza, iście eksperymentalna wojna z Irakiem), zwiększał jej wpływy w regionie, jednocześnie okazywał „stosowną" arogancję (cecha najbardziej znienawidzona przez irańskich szyitów).

Dziś mułłowie mają świadomość, że Barack Obama jest znacznie sprytniejszy. Gdyby wygrał Musawi, Obama nagrodziłby Iran - i to w sposób odczuwalny dla wszystkich Irańczyków. Taka transakcja wiązana - „liberalizacja" równa się „korzyści"
- miałaby fatalne skutki dla mułłów. Ziemia i tak już zaczyna im się usuwać spod nóg - z powodu wyników wyborów w Libanie, gdzie górę wziął kurs prozachodni, antysyryjski i antyirański.

Cztery wielkie cumy rewolucji z lat 1978-1979 albo się przecierają, albo już pękły. Z tych czterech fundamentów trzy to mity: „rewolucja islamska" nie była wcale rewolucją islamską; wojna irańsko-iracka (1980-1988), w której wyniku zginęło całe pokolenie, nie była wojną „wymuszoną", jak się ją do dziś nazywa; ajatollah Ruhollah Chomeini nie był zaś wybitnym człowiekiem (był, co rozumie od dawna każdy bystry Irańczyk, potworem na skalę światową). Lecz być może najważniejsze jest to, że czwarty filar (antyamerykańskość) został podkopany przez nadejście Obamy. Los rewolucji islamskiej jest także przesądzony za sprawą nowoczesności (w postaci błyskawicznej łączności) i demograficznego wyroku historii. Persowie, jeden z najstarszych narodów świata, stają się coraz młodsi.

Rewolucyjna teokracja

Pouczające jest porównanie rewolucji irańskiej z dwiema rewolucjami w Rosji roku 1917: lutową, czyli powstaniem społeczeństwa, i październikową, a więc przewrotem leninowskim. Lew Trocki powiedział, że bolszewicy znaleźli władzę na ulicy i „podnieśli ją jak piórko". I wtedy dopiero zaczęła się prawdziwa robota: eliminacja białych, zielonych (chłopstwa), związków zawodowych, Cerkwi i tak dalej.

16 stycznia 1979 roku szach Mohamed Reza Pahlawi odleciał z Teheranu na wygnanie w Kairze. 1 lutego do Teheranu przyleciał ajatollah Chomeini - z wygnania w Paryżu (gdzie jednym z jego sąsiadów, o czym czuję się w obowiązku wspomnieć, była Brigitte Bardot). Tak oto dokonała się polityczna rewolucja, tak oto zaczęła się rewolucja kulturalna. Rząd tymczasowy został skutecznie zneutralizowany przez komitehy (wywodzące się z meczetów grupy paramilitarne, późniejszy Basidżi), Strażników Rewolucji (późniejszy Pasdaran, czyli irańską armię) i trybunały rewolucyjne. 4 listopada grupa pobożnych studentów spontanicznie wdarła się do ambasady amerykańskiej i wzięła 53 zakładników. Chomeini tak sprytnie wykorzystał to jako znak zwycięstwa nad Wielkim Szatanem, że w zbliżającym się referendum w sprawie nowej konstytucji 99,5 proc. z 17 mln głosujących opowiedziało się za islamską autokracją.

Należało jednak coś zrobić z tym pół procenta. Ponadto Chomeini stał w obliczu twardej opozycji niemal ze wszystkich stron, głównie ze strony ruchu Mudżahedin el-Kalq. Założony 15 lat wcześniej w opozycji do szacha, ruch ten (marksistowska partia islamska walcząca między innymi o prawa kobiet) miał pół miliona członków i mógł wystawić armię partyzancką liczącą sto tysięcy doświadczonych bojowników. Gdy Chomeini usunął tych ludzi z nowego porządku politycznego, uznając ich za „nieislamskich", sięgnęli po terror.

W 1981 roku mudżahedini wysadzali w powietrze dziesiątki mułłów, w późniejszych miesiącach tego roku dokonali zamachów na ponad tysiąc urzędników państwowych. Wywiązała się terrorystyczna wojna domowa. We wrześniu Strażnicy Rewolucji wykonywali egzekucje na 50 osobach dziennie za to, że „toczą wojnę przeciw Bogu" (tę samą zbrodnię i tę samą karę przywołują dzisiejsi duchowni). Mułłowie, pełni zapału zarówno rewolucyjnego, jak i religijnego, odnieśli krwawe zwycięstwo.

Rewolucje, niemalże z definicji, są zawzięcie antyklerykalne. Iran obrał jednak kurs przeciwny. Do grudnia 1982 roku Chomeini skupił w swoim ręku prawie cały aparat przemocy, a Irańczycy zaczęli żyć pod rządami jedynej na świecie rewolucyjnej teokracji. Islamska Republika Iranu była teraz faktycznie islamska, tyle że nie była już republiką. Od tamtej pory Irańczycy mogli się cieszyć jedynie pozorami swobód obywatelskich. Poza tym w 1982 roku mieli już co innego na głowie - morderczą konfrontację z Irakiem.

Ukuta przez Chomeiniego idea welajat-e fakih, czyli rządu Bożego wiceregenta (najwyższego rangą mułły), była tak niezgodna z tradycją, że wielu jego najzagorzalszych przeciwników wywodziło się z duchowieństwa. W teologii szyickiej udział w polityce widziany jest jako coś brudnego. I nie bez powodu: przekonanie, że władza korumpuje człowieka, nie jest metaforą, zaś władza absolutna, w połączeniu z absolutną obłudą, to definicja obłąkańczego koszmaru, jakim były rządy Chomeiniego.

Jego idiotyzmy moralne nie mają sobie równych. Ograniczę się do dwóch przykładów. Po „fiasku na pustyni" poniesionym przez prezydenta Jimmy'ego Cartera, czyli nieudanej operacji Orli Szpon w kwietniu 1980 roku, Chomeini ogłosił, że Bóg osobiście nasypał piasku do silników śmigłowców, by uchronić islamski naród od zła. Gdyby to powiedział ośmiolatek, to jeszcze, ale usłyszeć coś takiego w radiu publicznym z ust wojowniczego przywódcy dużego państwa - to już inna para kaloszy.

Drugi przykład pochodzi z książki amerykańskiej politolog Sandry Mackey (jest rok 1981): „Państwowa telewizja pokazała matkę wyrzekającą się swojego syna, bo jest marksistą. Syn łka, chwyta ją za rękę i rozpaczliwie próbuje przekonać, że porzucił ideologię marksistowską. Matka jednak okazuje się nieprzejednana, mówiąc: Musisz żałować za grzechy przed Bogiem. I zostaniesz stracony. Obraz blednie i pojawia się ajatollah Chomeini, który zwraca się do Irańczyków: Chcę widzieć więcej matek wydających swoje dzieci z taką odwagą, nie roniąc łzy. Oto islam". No cóż, być może to jest islam albo nie jest, ale na pewno tacy nie są Irańczycy.

Quo vadis, Iranie

Po roku 1979 Iran przeszedł wojowniczą i pospieszną reislamizację. Stwierdzono, że czasy zaratusztriańskie były dżahilijja, mrocznym okresem ciemnoty i bałwochwalstwa, przynoszącym straszliwy wstyd wszystkim dobrym muzułmanom. W połowie lat 90. historyk Dżahangir Tafazoli został skazany na śmierć tylko za to, że był największym znawcą starożytnego Iranu. Trzydziestoletnie tłumienie dwoistej irańskiej duszy - która opowiada się za wolnością i tolerancją, za miłością, życiem i sztuką, za islamem i nowoczesnością - napędziło wypadki czerwcowe i doprowadziło do ohydnego zabójstwa Nedy Soltan.

 

Teraz czekają nas kolejne cztery lata rządów Ahmadinedżada, który będzie jeszcze bardziej dygotał z braku bezpieczeństwa. I kolejne cztery lata koszmarów sennych o irańskiej bombie atomowej. Ahmadinedżad gwarantuje jedynie śmieszność, bo nie sposób pisać poważnie o człowieku, który - pomijając inne niedorzeczności - rozstrzygnął wybory w 2005 roku na swoją korzyść dzięki temu, że nie miał jacuzzi. Tak, tak: „moment z jacuzzi", a właściwie „moment bez jacuzzi" - chwila, w której kandydat wyjawił, że, owszem, nie ma jacuzzi - został powszechnie uznany za przełom, który dał mu poparcie większości. To najwyraźniej wystarczyło, aby zabłysnął w smogu mamony i hipokryzji republiki islamskiej.

Amerykańskim politykiem, którego Ahmadinedżad przypomina najbardziej - pod jednym przynajmniej istotnym względem - jest Ronald Reagan. Zgoda, ogólne podobieństwa trudno dostrzec. Ahmadinedżad nie mieszka na ranczu z dawną starletką. Reagan z kolei nie studiował inżynierii. Ahmadinedżad nie czerni włosów (o czym dumnie świadczy jego coraz większa siwizna). Reagan z kolei nie był jako młody człowiek zamieszany w zabójstwa przeciwników politycznych. I tak dalej. Mają jednak coś wspólnego: obaj są mieszkańcami tej posępnej równiny, gdzie teologia końca dziejów spotyka się z bronią nuklearną. Wróćmy na chwilę do różnic między nimi. Ahmadinedżada nie ograniczają instytucje demokratyczne. Reagan nie wydawał publicznych pieniędzy na przygotowania do paruzji i nie był tworem kultury nasyconej ekstatycznymi fantazjami o makabrycznych mękach. Ahmadinedżad nie ma temperamentu, dzięki któremu „prostacki idealizm" (w ujęciu Erica Hobsbawma) może go doprowadzić do uświadomienia sobie „złowrogiej absurdalności" wyścigu zbrojeń. Ponadto Reagan nie musiał się tłumaczyć przed jakimś millenaryjnym duchownym ze świętego miasta, powiedzmy z Baltimore. Reagan miał możliwość zgładzenia wszystkich na Ziemi po kilka razy. Ahmadinedżad nie dochrapał się jeszcze swojego atomowego guzika.

Zdaniem obu prezydentów zbliża się nadejście Jezusa Chrystusa, ale w wizji Ahmadinedżada Nazareńczyk będzie po prostu członkiem orszaku znacznie ważniejszej postaci - Ukrytego Imama. Kim jest Ukryty Imam? W roku 873 wygasł ród Proroka, bo Hasan al-Askari (11 prawowity imam szyitów) zmarł bezpotomnie. Wówczas wśród wiernych zakorzeniła się klasyczna manipulacja. Uznano, że musi być następca; stwierdzono, że nie ma żadnych świadectw jego istnienia, bo zostały podjęte nadzwyczajne środki, by te świadectwa ukryć. A przedsięwzięto nadzwyczajne środki, gdyż ten mały chłopiec to nadzwyczajny imam - czyli Mahdi, Pan Czasu.

W eschatologii szyickiej Mahdi powróci w okresie wielkich niepokojów (na przykład w trakcie wojny jądrowej), uwolni wiernych od niesprawiedliwości i prześladowań i będzie przewodził w dniu Sądu Ostatecznego. Nie tylko sam Ahmadinedżad, ale także członkowie jego gabinetu dawali Ukrytemu Imamowi „około czterech lat" - czyli ma on nadejść w trakcie jego drugiej kadencji. A gdzie mieszka Ukryty Imam od IX wieku? „W zakryciu", cokolwiek to może oznaczać. Ukryty Imam nosi jeszcze inne, bardziej zrozumiałe miano: Pan Czasu. Bo ma tysiąc sto lat.

Zasada numer jeden: żadna teokracja nie jest w stanie rozmieścić broni nuklearnej. A Iran, zasugerujemy z całym szacunkiem, nie jest jeszcze gotów na siłę, która napędza słońce. Wszyscy wiemy, co Ahmadinedżad myśli o Izraelu (pamiętamy też jego islamską konferencję i popisy jego ludzi w Teheranie wypowiadających się na temat historii Holocaustu). Ale oto, co o Izraelu myśli Ali Rafsandżani - stary, więziony wiele lat ryzykant, pragmatyk i reformator, niesłychanie światowy i przekupny człowiek: „Użycie choćby jednej głowicy jądrowej wewnątrz Izraela zniszczy tam wszystko", podczas gdy przeciwuderzenie w Iran po prostu „nadweręży" świat islamu. „branie pod uwagę takiej ewentualności wcale nie jest nieracjonalne". Biorąc pod uwagę zamiłowanie szyitów do męczeństwa, wzajemna zagłada, jak ujął to jeden z oficjeli izraelskich, „nie jest czynnikiem odstraszającym, to zachęta".

Wydaje się, że broń nuklearna została zesłana człowiekowi wraz z serią rozdzierających serce dylematów. Dotychczas starania mułłów o bombę termojądrową były częściowo hamowane -  mocarstwa nuklearne postępowały w taki sposób, by Teheran zachował twarz, a jednocześnie przykrawały swoje arsenały, idąc w kierunku opcji zerowej. Ale dziś do tych mocarstw dołączyła Korea Północna (już teraz kraina żywych trupów), a szanse na okiełznanie Islamskiej Republiki Iranu wydają się niewielkie. Wyposażony w broń masowej zagłady, największy przywódca może na debiut wybrać Hezbollah albo Zew Islamu, albo Legion Czystych. Albo może sam stanie się pierwszym zamachowcem-samobójcą, którego siła rażenia będzie mierzona w megatonach.

Co się tyczy apokaliptycznego islamizmu we wszystkich jego formach, to najlepiej rzecz wyraził wybitny historyk Norman Cohn. Poniższe słowa pochodzą z przedmowy do „Warrant for Genocide" (Uzasadnienia ludobójstwa), którego tematem jest fabrykacja „Protokołów mędrców Syjonu" i to, co Żydzi nazywają szoah, czyli Wiatr Śmierci: „Istnieje świat podziemny, w którym patologiczne fantazje szerzone są pod pozorem idei przez oszustów i niedokształconych fanatyków (zwłaszcza duchowieństwo niższego szczebla) na rzecz nieuków i ludzi przesądnych. Bywa, że ten podziemny świat wyłania się z głębin i nagle fascynuje, opanowuje i zachwyca rzesze na ogół poczytalnych i odpowiedzialnych ludzi, którzy zapominają wówczas o poczytalności i odpowiedzialności. I zdarza się czasem, że ten podziemny świat staje się siłą polityczną i zmienia bieg historii".



Martin Louis Amis (ur. w 1949 r.),angielski pisarz, krytyk literacki,autor opowiadan i esejów. Absolwent wydziału literatury na Uniwersytecie Oksfordzkim. W swojej twórczosci chetnie parodiuje i przerysowuje absurdy zycia w epoce postmodernizmu. W Polsce ostatnio ukazała sie jego powiesc „Dom schadzek”(2008).



 

 

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj