szukaj
Negocjować, nawet z Al-Kaidą!
Roman Kuźniar („My mamy zegarki, oni mają czas”, POLITYKA 33), analizując militarną i polityczną sytuację w Afganistanie, napomyka: „Zastanówmy się, czy nie podjąć rozmów z talibami”. Postawmy sprawę jasno: talibom trzeba oddać część władzy – i przekonać do tego zachodnią opinię publiczną.

Kraj, który prowadzi wojnę, wygląda inaczej niż Polska. Państwa w stanie wojny wprowadzają cenzurę wojskową, jak Izrael, ograniczają swobody obywatelskie, jak Stany Zjednoczone. W krajach w stanie wojny scena polityczna polaryzuje się i zwolennicy wojny zwalczają przeciwników wojny, zarzucając im defetyzm i tchórzostwo; prasa codziennie przynosi doniesienia z frontu, ludzie śledzą losy swoich bliskich, intelektualiści mają tylko jeden temat, a eksperci dyskutują o alternatywnych strategiach, zmianie taktyki i układzie sił.

Nic takiego nie dzieje się w Polsce, Wielkiej Brytanii ani w Niemczech. Niemiecki rząd jak ognia unika nazywania interwencji w Afganistanie wojną i przedstawia ją jako rodzaj akcji policyjnej; stara się stworzyć wrażenie, że żołnierze wspierają tam głównie społeczeństwo obywatelskie, budują szkoły i walczą o równouprawnienie kobiet. Ze strony internetowej polskiego MSZ można się dowiedzieć, że „po upadku talibów Polska aktywnie rozwija kontakty polityczne z władzami Afganistanu” i że „Departament Współpracy Rozwojowej aktywnie wspiera odbudowę Afganistanu”. Ta strategia informacyjna ma jedną zaletę: kiedy taka wojna zostaje przegrana, jej zachodni uczestnicy nie muszą się do tego przyznawać. Po prostu wycofują się i przestają budować żłobki i szkoły. Wojny, której oficjalnie nie ma, przegrać się nie da.

Zachód już przegrał

Ta wojna jednak już została przegrana. Nikt się do tego otwarcie nie przyznaje, bo międzynarodowe i wewnętrzne skutki takiej deklaracji byłyby dramatyczne. Ale fakty – i nawet niektóre oświadczenia polityków – mówią za siebie. Interwencja w Afganistanie trwa od 2001 r. Od tego czasu wszystkie państwa koalicji zachodniej zwiększyły swoje kontyngenty. Liczba ofiar po obu stronach jest dziś wielokrotnie większa niż liczba ofiar nowojorskiego zamachu z 11 września 2001 r., który spowodował amerykańską krucjatę. Konflikt destabilizuje Pakistan i Indie, państwa atomowe. Gdy wojska koalicji stabilizują jedną prowincję, talibowie wycofują się do innej albo do Pakistanu. Nie jest to trudne, bo koalicja musiałaby zwiększyć liczbę swoich żołnierzy kilkudziesięciokrotnie, aby rzeczywiście kontrolować Afganistan.

W maleńkim Kosowie po 1999 r. NATO miało 50 razy więcej żołnierzy na kilometr kwadratowy niż obecnie ma w Afganistanie, w sytuacji, w której olbrzymia większość ludności w Kosowie była tym żołnierzom przychylna. W Afganistanie koalicja ma do czynienia z wielokrotnie bardziej złożoną sytuacją: skłócone plemiona, zwalczające się partie polityczne, klany, które wspierają talibów, poparcie dla nich ze strony pakistańskich służb specjalnych i ludności na pograniczu obu krajów, wsparcie ze strony zagranicznych ośrodków Al-Kaidy i radykalnych organizacji muzułmańskich.

Tej wojny nie można wygrać. Nikomu się dotąd nie udało trwale ustabilizować Afganistanu, ani Anglikom, ani Sowietom; wiara w to, że uda się to Stanom i ich sojusznikom, graniczy z arogancją. Administracja Busha skutecznie wmówiła sojusznikom, że Afganistan to problem wojskowy, chociaż wiele rządów europejskich od początku uważało to bardziej za problem polityczny, który można rozwiązać za pomocą policjantów, szkół, pomocy technicznej, kredytów i programów rozwoju.

Wąskie elity w Kabulu, skupione wokół obecnego prezydenta, za pomocą zachodnich pieniędzy umacniają teraz swoją pozycję w walce z innymi grupami, ale trudno to nazwać stabilizacją. Organizacje pozarządowe i zachodni urzędnicy eksportują tolerancję, równouprawnienie kobiet i koncepcję społeczeństwa obywatelskiego do wiosek, w których od wieków dominuje patriarchat, wojownicze tradycje i posłuszeństwo wobec starszyzny. Kiedy odchodzą, miejscowa ludność wygania nauczycielki, rozpędza rady i przywraca tradycyjne zwyczaje i surowe kary.

To nie oznacza, że Zachód nie ma żadnych osiągnięć. W ostatnich latach muzułmańskim terrorystom nie udało się dokonać żadnego spektakularnego zamachu – ani w Stanach, ani w Europie, gdzie kilka prób zostało udaremnionych. Al-Kaida jest osłabiona i skutecznie inwigilowana. Ibn Ladenowi i jego zwolennikom nigdzie na świecie nie udało się doprowadzić do powtórki z końca lat 90., kiedy powstało w Afganistanie państwo fundamentalistyczne, przyciągające ortodoksyjnych muzułmanów z całego świata. Ale Stanom i ich sojusznikom z kolei nie udało się wygonić talibów z Afganistanu. Żadna strona nie osiągnęła swoich celów. Mamy pat. To idealna sytuacja wyjściowa do poważnych negocjacji bez warunków wstępnych.

Tym bardziej że rozmowy z niektórymi grupami talibów toczą się przynajmniej od 2006 r. Jeśli bowiem przeciwnika nie można pokonać, trzeba z nim negocjować. W Iraku generałowi Davidowi Petraeusowi udało się wyizolować najbardziej radykalne ugrupowania i zwiększyć bezpieczeństwo, włączając w instytucje państwa nawet te siły polityczne, które walczyły po stronie Saddama Husajna. W tej chwili podobne zabiegi szykują się w Afganistanie, choć przydałoby się więcej konsekwencji w tych staraniach. Nowy sekretarz generalny NATO Anders Fogh Rasmussen ostatnio opowiedział się za negocjacjami z umiarkowanymi talibami, z wykluczeniem Al-Kaidy. Trudno, aby świeżo upieczony szef Sojuszu wypowiedział się na tak drażliwy temat bez wcześniejszych konsultacji. I faktycznie: wcześniej podobny pogląd wygłosił brytyjski minister spraw zagranicznych David Miliband. 

Opinia publiczna: wróg numer 1

Szkopuł w tym, że negocjacje pokojowe są skuteczne tylko wtedy, kiedy obejmują wszystkich, którzy mogą storpedować ich wyniki. Stawianie warunków wstępnych przez jedną lub drugą stronę obraca się przeciwko niej: co bowiem daje najlepszy traktat pokojowy, jeśli nie obejmuje tych, którzy mogą zniweczyć jego postanowienia? Skoro talibowie związani z Al-Kaidą są w Afganistanie głównym przeciwnikiem koalicji, to także z nimi NATO będzie musiało negocjować.

I tu jest pies pogrzebany: największą przeszkodą dla poważnych negocjacji w Afganistanie nie są talibowie, lecz opinia publiczna w Stanach i w Europie, latami karmiona obrazami Al-Kaidy, jako ugrupowania fanatyków, pozbawionych ludzkich cech i wszelkiej racjonalności, którzy marzą jedynie o męczeńskiej śmierci i niszczeniu Zachodu. Zamachy Al-Kaidy potwierdzały ten obraz – taki pewnie był ich cel. Ale historia wszystkich udanych procesów pokojowych dowodzi, że kto chce pokoju, ten musi negocjować z wrogiem, obojętnie, jak odrażająco go przedtem przedstawił.

Podczas dekolonizacji Indochin francuska propaganda przedstawiała partyzantów wietnamskich jako absolutnie zło: okrutnych, pozbawionych ludzkich cech wojowników, z którymi nie można i nie wolno negocjować. I w końcu usiadła z nimi do rozmów w Genewie. Potem amerykańska propaganda wmawiała światu, że partyzanci Wietkongu to komunistyczne potwory, które trzeba tępić – aby w końcu negocjować z nimi warunki pokoju i wymianę jeńców. Przez prawie wiek biała władza w RPA zwalczała ruch wyzwoleńczy czarnych mieszkańców, jako odrażających terrorystów – aby w końcu podzielić się z nimi władzą.

Negocjować trzeba z tymi, którzy mają realną władzę – niezależnie od tego, czy są sympatyczni. Ale jak to sprzedać własnej opinii publicznej? Jak przyznać, że przez osiem lat żołnierze ginęli w walce z kimś, z kim teraz chcemy rozmawiać? Oto dylemat, który zbliżył Francję za czasów generała de Gaulle’a do wojny domowej (nieudany pucz wojskowy i kilka zamachów na prezydenta).

Niemoralna cena kompromisu

Dlatego od trzech lat trwają zabiegi wokół umiarkowanych talibów, inicjatywy skierowane do szefów wpływowych klanów i kolejne amnestie dla indywidualnych partyzantów, aby wykruszyć ich ze struktur zbrojnego podziemia. Barack Obama wykonał kilka spektakularnych gestów pod adresem państw muzułmańskich i umiarkowanych muzułmanów na świecie, starając się izolować radykałów, wspierających Al-Kaidę i talibów. Niestety, wystarczy spojrzeć na mapę, aby zdać sobie sprawę, że w tej grze kluczowym państwem jest Iran i być może ceną za stabilizację w Iraku, Afganistanie i Pakistanie będzie zgoda na irańską broń nuklearną.

Na końcu tej drogi będzie kompromis wynegocjowany ze wszystkimi ugrupowaniami afgańskimi, dzięki któremu koalicja będzie mogła się stopniowo wycofać z Afganistanu. Państwo, które powstanie, będzie – niestety – też efektem kompromisu, z przewagą tradycyjnych wartości afgańskich. Będzie to kraj mało sympatyczny z punktu widzenia liberalnej, zachodniej demokracji i koncepcji państwa prawa. Mówiąc zapewne nieco cynicznie, tolerancyjny jak po wycofaniu Sowietów, demokratyczny jak Chiny i świecki jak Algieria po wycofaniu się Francji. Ale żaden kompromis nie jest możliwy bez relatywizmu w sferze wartości.

Klaus Bachmann jest profesorem politologii Uniwersytetu Wrocławskiego i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, prezesem zarzadu Fundacji na rzecz Studiów Europejskich (FEPS).

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj