Pilot Luftwafe wspomina wojnę
Czarne krzyże nad Europą
Günther Rall był jednym z najskuteczniejszych pilotów Luftwaffe podczas II wojny światowej. Zestrzelił 275 samolotów.
Günther Rall udekorowany Żelaznym Krzyżem

Günther Rall udekorowany Żelaznym Krzyżem

Czy czuł się pan bohaterem?

Günther Rall: Nie, naprawdę nie. Bohater to dla mnie ktoś inny. Ktoś taki jak Leonidas, król Sparty, pod Termopilami: „Przechodniu, powiedz Sparcie, żeśmy tu legli, posłuszni jej prawom". Słowo „bohater" ma w sobie coś starożytnego, mistycznego. Wcale nie pasuje do mnie.

Ale oglądał pan kroniki filmowe, w których oddawano panu cześć jako bohaterowi.

No cóż, nic na to nie poradzę.

Odnosił pan wielkie sukcesy jako pilot samolotów bojowych w czasach, gdy wielbiono bohaterów.

Jak można scharakteryzować bohatera? To ktoś, kto z narażeniem własnego życia angażuje się na rzecz idei albo w obronie innych ludzi. My w czasie wojny nie myśleliśmy o  ideach i ideałach. Walczyliśmy dla ojczyzny i o własne życie.

Ale co to znaczyło dla pana jako młodego człowieka, który słyszał w relacjach z frontu, że każdy człowiek w Niemczech zna jego nazwisko?

Miałem do tego inny stosunek, niż się panu zapewne wydaje. Gdy wracałem do domu do Wiednia, zrzucałem mundur i wybierałem się z żoną do Lasku Wiedeńskiego. A tam nie staraliśmy się rzucać nikomu w oczy ani wzbudzać podziwu.

Przecież ludzie poznawali pana na ulicy także w Wiedniu?

Nie, to się zdarzało rzadko. Gdy przyjeżdżałem do domu na urlop, chodziliśmy do lokalu Stadtkrug blisko katedry św. Szczepana - wszyscy nas znali. A tam siedział Curd Jürgens (1915-1982, austriacki aktor teatralny i filmowy - przyp. FORUM) i zapraszał nas do swojego stolika. Innym razem siadywaliśmy z Hansem Moserem (1880-1964, austriacki aktor filmowy, znany z charakterystycznych ról wiedeńczyków - przyp. FORUM), który tak koło dziesiątej wieczór mamrotał: Panie majorze, zamów no pan jeszcze butelkę, bo mnie nie chcą już dać więcej wina! Nie, w domu się cieszyłem, że nie muszę znowu słuchać o samolotach, wojnie i zabitych. Rozmawialiśmy o wszystkim, ale o tym jak najmniej.

Czy i dziś jeszcze śni się panu czasem wojna, trupy?

W każdym razie ta wojna nie śni mi się już każdej nocy. To mija z czasem.

Pan walczył jeszcze w czasach, gdy lotnik mógł zbliżyć się bardzo do nieprzyjaciela, do człowieka w drugim samolocie - i ostrzelać go z karabinu maszynowego. Tych 275 zestrzeleń oznacza, że zabił pan prawdopodobnie wiele ludzi, których twarze zdążył wcześniej zobaczyć.

Rozumiem sens pańskiego pytania. Ale my tak wtedy nie myśleliśmy. Była wojna. Byliśmy dumni z każdego wygranego pojedynku w powietrzu. A przede wszystkim cieszyliśmy się, że to nie my zostaliśmy trafieni. Oczywiście dzisiaj w chwilach cichej zadumy myślę sobie niekiedy: Zabijałeś po to, by chronić innych i samemu nie zostać zabitym. Ale w imię czego? Trzecia Rzesza miała 30 tys. wyszkolonych pilotów samolotów bojowych. II wojnę światową przeżyło tylko dziesięć tysięcy, wliczając tych, którzy dostali się do niewoli lub zostali kalekami. Czyli dwie trzecie zginęło. To najwyższy procent poległych, jeśli nie liczyć załóg U-Bootów.

Dlaczego akurat panu udało się przeżyć?

O to trzeba już zapytać Pana Boga. Sam zadaję sobie to pytanie. 15 miesięcy leżałem w lazarecie, cztery razy solidnie oberwałem. Po kontuzji kręgosłupa wyłożyli mi poduszkami fotel w kabinie, wtedy piloci w innych maszynach mówili: Patrzcie, to jakiś starzec, siedzi taki nachylony do przodu. A ten starzec miał 22 lata i był dowódcą eskadry. Ta wojna ukradła nam młodość.

Był pan dobrym żołnierzem w służbie złej sprawy. Myślał pan wtedy, jaki jest sens tej wojny?

Celem Hitlera - ale wtedy tego nie wiedzieliśmy - była oczywiście Ukraina i Rosja. Ale dla nas wojna zaczęła się wtedy, gdy Anglia i Francja wypowiedziały nam wojnę po ataku na Polskę. Wtedy żywa była jeszcze pamięć I wojny światowej. Ojciec zabierał mnie nad Ren w czasach, gdy jeszcze Nadrenia była okupowana, a na moście na Renie stał francuski posterunek. Między nami i Francuzami panowała wrogość. A o co naprawdę chodziło w tej wojnie, o tym nas Hitler nie informował. Ale muszę powiedzieć, że w 1939 roku nie było entuzjazmu. Ani wśród niemieckiej ludności, ani wśród żołnierzy Wehrmachtu. Było całkiem inaczej niż w roku 1914, gdy wszyscy wiwatowali. Nie mogliśmy sobie nawet wyobrazić, że oto nadchodzi wojna. To wydawało się nie do pomyślenia.

A więc pan, młody oficer w nazistowskich czasach, był właściwie apolityczny?

Byliśmy narodowcami, jak się wtedy mówiło. Pochodzę z niemieckiej rodziny o orientacji narodowej. Mój kuzyn był deputowanym do Reichstagu z ramienia Niemiecko-Narodowej Partii Ludowej (DNVP). Ale potem Hitler został kanclerzem i w dwa lata później nie było już bezrobotnych, Nadrenia nie była pod okupacją, skończyło się płacenie kontrybucji na rzecz zwycięskich mocarstw. To bez wątpienia zaimponowało nam, młodym żołnierzom.

Kiedy usłyszał pan po raz pierwszy o niemieckich zbrodniach? A może sam był kiedyś ich świadkiem?

Wiedzieliśmy o Dachau, o obozie koncentracyjnym, ale nie wiedzieliśmy dokładnie, co się tam działo. Ja zresztą w czasie wojny rzadko bywałem w Niemczech. O obozach zagłady nie wiedzieliśmy w ogóle, a służąc w lotnictwie na froncie, nie mieliśmy pojęcia, co się działo na naszym zapleczu.

Aż trudno to sobie wyobrazić.

A jednak tak właśnie było. Gdy w niewoli usłyszałem o Auschwitz, nie chciałem w to wierzyć. Wtedy amerykański wartownik przerzucił mi przez parkan gazetę „Stars and Stripes", gdzie były zdjęcia z obozu zagłady. Pomyśleliśmy: To oczywiście propaganda. Dopiero potem byliśmy zmuszeni sobie uświadomić, że to była rzeczywistość. Napawało nas to wstydem. Zagłada Żydów - to było największe szaleństwo tej i tak już obłędnej wojny.

Pan sam miał przecież trudności z tego powodu, że pańska żona pomagała prześladowanym Żydom.

To było w 1938 roku w Wiedniu. Tam, w pierwszej dzielnicy, 80 proc. inteligencji stanowili Żydzi: byli lekarzami, prawnikami, dziennikarzami, aktorami. I moja późniejsza żona Hertha Schön, która sama była lekarką, miała wśród nich wielu znajomych. Po przyłączeniu Austrii do Rzeszy w 1938 roku pomogła niektórym z nich, przy udziale przyjaciół z Londynu, w porę wyjechać z kraju. Mnie w związku z tym przesłuchiwano w 1943 roku na Krymie, gdy musieliśmy odbywać loty bojowe trzy, nawet cztery razy dziennie. Pewnego razu mój dowódca Hubertus von Bonin powiedział mi: Günther, przyjdź do mnie, kat już na ciebie czeka. Był to sędzia polowy, który przybył specjalnie po to, aby zbadać sprawę pomocy, jakiej moja żona udzieliła wiedeńskim Żydom.

Bał się pan wtedy?

Naskoczyłem na tego śledczego: Nie ma pan większych zmartwień? My tu jesteśmy w ogniu walk, a pan się zajmuje takimi duperelami? No i zabrał się z powrotem.

Nie pociągnęło to za sobą żadnych następstw?

Trzy miesiące później dostałem Krzyż Żelazny z liśćmi dębu. Po odznaczeniu przez Hitlera zaprowadzono nas do marszałka Rzeszy Hermanna Göringa. Jak tylko Göring mnie zobaczył, zawołał: Mój kochany Rall, jakże się cieszę, że mogłem przymknąć na tę sprawę i jedno, i drugie oko! Podczas obiadu siedziałem przy nim, wtedy ujął mnie za ramię, jak troskliwy ojciec: Rall, mieliśmy tu z panem wielki kłopot w związku z tą żydowską historią w Wiedniu. Ale dzięki niezmierzonej dobroci Führera... No, coś okropnego. Ale na tym się skończyło.

Przydał się panu status bohatera.

Na pewno. Ale warto się też przyjrzeć, jak nazistowska propaganda fabrykowała bohaterów. Na początku wojny byli nimi tacy ludzie, jak Werner Mölders (1913-1941, as lotnictwa, inspektor Luftwaffe - przyp. FORUM) czy Erwin Rommel (1891-1944, feldmarszałek, dowódca Afrika Korps - przyp. FORUM). Wydaje mi się, że Goebbels i jego aparat propagandy na początku nie brali pod uwagę faktu, że bohaterowie mogą się wyemancypować i wymknąć spod kontroli. Gdy Mölders zaczął się sprzeciwiać, zginął w katastrofie, a Rommel musiał później zażyć truciznę. Naziści musieli więc trzymać bohaterów na uwięzi, gdy ci stawali się niepewni politycznie.

Tak jak w pańskim przypadku?

W moim przypadku takim środkiem nacisku była „ta żydowska historia". Inny przykład: pilot Helmut Lent, zdeklarowany antynazista. Jego brat był pastorem ewangelickim, tak samo jak jego ojciec. Ten brat przeczytał z ambony list Möldersa (sfałszowany, krytykujący nazistów list, rzekomo napisany przez Möldersa - przyp. FORUM) i został aresztowany przez gestapo. A Lent napisał do szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy: „Jestem odznaczony Krzyżem Żelaznym z liśćmi dębu, chcę, żeby mój brat został wypuszczony na wolność". Ale oni go nie wypuścili. Aparat władzy szukał środków nacisku, za pomocą których mógł trzymać wojskowych w ryzach, by nie odważyli się wypowiadać przeciw reżimowi.

Pisał pan, że utracił złudzenia już przy pierwszym spotkaniu z Hitlerem.

W sumie tych spotkań było cztery. Pierwsze, po przyznaniu „liści dębu", nastąpiło w roku 1942. Po ceremonii usiedliśmy przy kominku, a Hitler wygłosił przemowę. Mówił, że zamierza nawodnić rosyjskie stepy i osiedlić tam niemieckich rolników. Wtedy przypomniało mi się, że wcześniej czytałem w „Völkischer Beobachter": „Zanim spadnie pierwszy śnieg, będzie już po wszystkim". Ale gdy spadł pierwszy śnieg, leżałem w namiocie na froncie wschodnim i marzłem jak pies, toteż przerwałem Hitlerowi i zapytałem: Mein Führer, jak długo jeszcze potrwa ta wojna? A wtedy Adolf zamilkł na chwilę, po czym powiedział: Rall, ja tego nie wiem. To mnie zdumiało. Jak to, Führer nie zna odpowiedzi na to pytanie? Przecież zawsze wszystko wiedział.

Napisał pan w swojej książce, że w 1944 roku wiedział już, tak samo jak pańscy koledzy, że kierownictwo Trzeciej Rzeszy ma was gdzieś. Co myślał pan wtedy o najwyższych władzach?

Rzucono nas do walki i bezwzględnie wykorzystywano. Spośród młodych lotników, których po 1944 roku wysłano na front, tylko co piąty nie zginął podczas pierwszych dziesięciu lotów na pozycje nieprzyjaciela. Byliśmy pochłonięci tym, by walczyć i przeżyć. Nasz horyzont ograniczał się do własnej jednostki i bieżącego dnia. Staliśmy się dla siebie jak gdyby rodziną i liczyliśmy tylko na siebie nawzajem.

Jak ważny był dla pana motyw obrony ojczyzny w tych ostatnich latach wojny? Pod koniec już na Zachodzie walczył pan przeciw alianckim bombowcom, które pustoszyły kraj.

To było straszne. Widok 800 ciężkich, czterosilnikowych bombowców zrzucających swój ładunek na miasto to coś przerażającego. Żaden z nas nigdy nie zapomni widoku tych flot bombowców, gdy tysiące smug kondensacyjnych pokrywało niebo.

Każdego dnia żył pan ze świadomością, że może nie doczekać jutra.

Ta myśl z czasem przestaje zaskakiwać. Dzięki temu niebezpieczeństwo staje się możliwe do zniesienia. Człowiek się przyzwyczaja.

Niektórzy weterani, jak na przykład pilot bojowy Hans-Ulrich Rudel, który zdobył najwyższe odznaczenia w czasie wojny, a w Republice Federalnej stanął po stronie skrajnej prawicy, w późniejszych latach idealizowali wojnę i Trzecią Rzeszę, ukazywali ją w glorii chwały.

Odwaga Rudla nie szła w parze z rozumem. To, co robił po wojnie, było żenadą. Nigdy nie pogodził się z nową rzeczywistością.

Poglądy podobne do tych, jakie wygłaszał Rudel, były po wojnie jeszcze szeroko rozpowszechnione. Jak bardzo odbiło się to na tworzeniu nowego lotnictwa wojskowego RFN?

Większość z nas w młodzieńczym wieku przeżyła dyktaturę i wojnę. Teraz znaleźliśmy się w jednym sojuszu wojskowym razem z dawnymi wrogami. Oczywiście byli tacy wariaci, jak Rudel czy inni wysoko odznaczeni byli towarzysze broni, którzy do dziś kwestionują Holocaust. Tacy ludzie nie weszli jednak do Bundeswehry. W odróżnieniu od nich, my dostrzegliśmy szansę, jaką nam i naszemu krajowi stwarzała demokracja.

Nie powinno już nigdy dojść do wojny takiej, jaką pan przeżył...

Och, taka wojna to by było szaleństwo! Ale czy ludzkość stała się rozsądniejsza? Sam nie wiem.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj