szukaj
Wschód żeni się z Zachodem?
Wanda chce Niemca
Sto tysięcy polsko-niemieckich par świadczy dziś o tym, że młodsze pokolenia nie zwracają uwagi na resentymenty. Liczy się miłość, czasem pragmatyzm, ale nie historia.
Ślub po niemiecku
Gábor Hojtsy/Flickr CC by SA

Ślub po niemiecku

Joanna zatrzymała dłużej wzrok na młodym mężczyźnie we frankfurckim centrum handlowym. Zwracał na siebie uwagę wysportowaną sylwetką, sympatyczną twarzą, dobrymi ciuchami. Przystojniak! To było przed dwunastu laty. Joanna studiowała kulturoznawstwo w przygranicznym uniwersytecie Viadrina we Frankfurcie nad Odrą, otoczona międzynarodowym kręgiem przyjaciół i znajomych. Na którejś ze studenckich imprez zobaczyli się znowu i zostali sobie przedstawieni: Markus, Joanna. On – Niemiec z nadodrzańskiego Frankfurtu, ona – Polka z Mazur. Byli siebie bardzo ciekawi, historii swoich rodzin, zainteresowań i zamierzeń. 

Dzisiaj są rodzicami trzyletniego Leo. Mieszkają we Frankfurcie, kwadrans drogi od granicy polsko–niemieckiej. Mąż Joanny prowadzi własną firmę handlową i to on obecnie utrzymuje rodzinę, bo ona – opiekując się synkiem – zbiera jednocześnie materiały do swojego doktoratu. Czasy Wandy, która nie chciała Niemca, należą do przeszłości. Przeciwnie, Niemcy są liderami wśród ich cudzoziemskich narzeczonych. Nasze rodaczki zdominowały małżeńską konstelację: ona z Polski, on z Niemiec – takie pary stanowiły w 2007 r. ponad 90 proc. par polsko-niemieckich. Emilia Jaroszewska z Instytutu Polityki Społecznej na Uniwersytecie Warszawskim poświęciła tym Polkom swoją dysertację, analizując ich życie w Niemczech. Pisze w niej, że Polki cenią przede wszystkim solidność swoich niemieckich mężów. Ich większą tolerancję i bardziej partnerskie podejście do związku.

 

Coś mało kombinują

Są to fascynacje obustronne. Wśród zagranicznych wybranek naszych zachodnich sąsiadów Polki są na pierwszym miejscu. Miłe, opiekuńcze, gospodarne, chętnie podporządkowujące się – taką opinią cieszą się wśród Niemców. Specjaliści od migracji dodają jednak, że decyzję zawarcia ślubu podsuwa również twarda rzeczywistość. Jaroszewska twierdzi, że część polskich wybranek osiągnęła wiek balzakowski – to kobiety po przejściach, zaradne przedstawicielki powojennego wyżu demograficznego. W małżeństwo z niemieckim seniorem pcha je nie tylko samotność czy chęć bycia potrzebnym, ale również własna niepewna przyszłość w Polsce i nadzieja na emeryturę małżonka. Statystycy doliczyli się przed dwoma laty 100 tys. polsko-niemieckich par. Tyle, ile mieszkańców liczy Jaworzno lub Słupsk! Co więcej, są to związki dość trwałe – analitycy przypuszczają, że to efekt zdolności adaptacyjnych polskich partnerek.

Po pierwszej wizycie u przyszłych teściów Marta dochodziła do siebie kilka godzin. Gdy usłyszała uprzejme pytanie, ile filiżanek kawy wypije, poprosiła o powtórzenie, bo była przekonana, że źle zrozumiała. Bąknęła w końcu, że jedna w zupełności jej wystarczy, co zostało potraktowane z solenną powagą. Później było jednak jeszcze gorzej – nadszedł czas kolacji i Marta, wierna zasadom dobrego wychowania wyniesionego z Polski, podziękowała za poczęstunek, na co rodzice Thorstena zaniepokoili się jej brakiem apetytu i ani im w głowie było ponowić zaproszenie! Sfrustrowana i głodna nie miała wątpliwości, że trafiła na wyjątkowe skąpiradła. Nie wiedziała jeszcze, że Niemcom nieznane są polskie finezje poprzedzające poczęstunek: gość zgodnie z grzecznościowym rytuałem będzie najpierw odmawiał, ale później zgodzi się spróbować „dosłownie troszeczkę”, co stanie się sygnałem dla gospodarza, by suto zastawić stół.

Respondenci Emilii Jaroszewskiej byli podzieleni w ocenie „typowo niemieckich cech”. 46 proc. z nich uznało, że stanowią one walor partnera – no bo jakże nie cenić punktualności, słowności, dokładności, poczucia odpowiedzialności, rozsądnego stosunku do alkoholu! Ankietowane Polki podkreślały też talenty organizacyjne i pracowitość Niemców, postrzeganą jako dominujący rys niemieckiego społeczeństwa. Interesujący wydaje się jednak fakt, że gdy jedne z ankietowanych wspominały o uczciwości i solidności jako pozytywnych stronach partnera, inne zauważały z przyganą: „Jak powiedzą mu, że czegoś nie wolno, to nie próbuje jakoś tego ominąć, bo zakaz to zakaz. Brak mu zupełnie umiejętności kombinowania”, „skrupulatnie przestrzega przepisów ruchu drogowego. Niezależnie, czy w danej sytuacji mają sens”.

Chłodno i z kalendarzem

Nie ulega wątpliwości, że małżonkowie reagują inaczej: wychowali się w innych systemach wartości obowiązujących w ich krajach. Według Geerta Hofstede, holenderskiego kulturoznawcy i socjologa, społeczeństwa można posegregować oceniając ich stosunek do autorytetów, równouprawnienia, obywatelskiego posłuszeństwa. Kolejne kryterium dotyczy charakteru kontaktów międzyludzkich, stosunku do przestrzegania prawa, wyobrażeń na temat związków przyczynowo-skutkowych. Z badań socjologów wynika, że Polakom bliżej do Włochów niż do Niemców. Zarówno Włosi, jak i Polacy mają nieufny stosunek do władzy, spryt, życiową elastyczność. W Niemczech te cechy wywołują niechęć i zaniepokojenie.

Inny jest również stosunek do rodziny. W Niemczech jej funkcje ochronne przejął w dużym stopniu rozbudowany system zabezpieczeń społecznych. W wychowaniu dzieci, które znacznie wcześniej opuszczają rodziców, kładzie się nacisk na samodzielność i umiejętność formułowania niezależnych poglądów. Polacy tymczasem od swojej rodziny oczekują wsparcia, a nawet azylu – praktycznie przez całe życie. Nic więc dziwnego, że polskim żonom obce są chłodne, luźne i sformalizowane więzi rodzinne niemieckich partnerów. Z kolei oni, ceniąc serdeczność, gościnność i wzajemną troskę polskich krewniaków, skarżą się z czasem, że tego ciepła jest im za dużo, że czują się wręcz osaczeni.

Marta przestała z czasem dziwić się, że rzadkie wizyty u teściów, ustalane z kalendarzem w ręku dwa–trzy razy w roku, przebiegają w grzecznej, za to niemal bezosobowej atmosferze. Thorsten opuścił rodzinny dom, gdy tylko dostał dowód osobisty. Przeprowadził się do Wohngemeinschaft, wspólnoty mieszkaniowej dzielonej z czterema rówieśnikami. Każdy z nich chciał wyrwać się jak najszybciej z rodzinnego domu, zarabiać na siebie. Finansowe wsparcie rodziców uważali za ostateczność. Mogli przecież na siebie zarobić. Tego oczekiwano zresztą w ich rodzinach. Kontakty z rodzicami i rodzeństwem stawały się coraz rzadsze, i tak już zostało.

Geert Hofstede dzieli społeczeństwa na zmaskulinizowane i sfeminizowane. W tym pierwszym aprobatą cieszy się sprawność działania, logika, spokój, siła – cechy uznawane za męskie. W drugim – okazywanie emocji, fantazje, przywiązywanie znaczenia do stroju, a także opinii innych. Według tego podziału polscy współmałżonkowie, wychowani w społeczeństwie sfeminizowanym, muszą się odnaleźć w społeczeństwie zmaskulinizowanym, o charakterystycznym, rozbudowanym systemie ubezpieczeń oraz tysiącu formalnych regulacji.

Mija zwykle parę lat, nim polscy partnerzy zaczną kojarzyć, że porządek, dokładność, punktualność, chęć zaplanowania wszystkiego do najdrobniejszego szczegółu to próby ograniczenia życiowego ryzyka. „Mój mąż ma silną potrzebę bezpieczeństwa”, napisała jedna z respondentek Emilii Jaroszewskiej. „Wszystko musi być uregulowane i przejrzyste. W sytuacji zaskakującej natychmiast puszczały mu nerwy”. Niemcy cierpią katusze, gdy w progach ich domów staje niezapowiedziana rodzina z Polski i wyjaśnia z szerokim uśmiechem „wracając z urlopu w Hiszpanii postanowiliśmy wpaść i przenocować”.

Porozmawiajmy, bitte

Emilia Jaroszewska zwróciła uwagę na inne jeszcze zjawisko: 90 proc. jej respondentów posługiwało się dobrze lub wręcz perfekcyjnie niemieckim, ale mimo to jedna trzecia przyznawała, że konflikty w ich związkach wynikają z nieporozumień komunikacyjnych. Polki wskazywały na brak wrażliwości partnerów – skórę słonia („Nie czytają między wierszami. Trzeba im dokładnie powiedzieć, o co chodzi”), a także asertywną bezpardonowość („Brakuje im wyczucia i taktu”). Niemcy natomiast uznawali wypowiedzi swoich żon za zbyt zawoalowane, a ich intencje za niejasne – stąd już tylko krok do podejrzeń o nieszczerość.

Okazuje się, że źródłem nieporozumień może być już ton wypowiedzi. Mąż Justyny, przysłuchując się niezrozumiałej dla niego rozmowie telefonicznej, był przekonany, że pokłóciła się ze swoją siostrą. – Jesteśmy bardziej spontaniczni, głośniejsi w wyrażaniu emocji – mówi Justyna – ale to my tak siebie oceniamy. Wychowanym w innej kulturze Niemcom spontaniczność może się kojarzyć z nieumiejętnością panowania nad sobą, a głośniejszy ton z agresją. Gdy kiedyś, zdenerwowana jakąś sytuacją, podniosła głos, Werner popatrzył na nią wstrząśnięty. Potem stwierdził, że cywilizowani ludzie są w stanie o wszystkim spokojnie porozmawiać. Gdyby była Niemką, to może skoncentrowałaby się na tym „spokojnie porozmawiać”, jako Polka poczuła się dotknięta „cywilizowanymi ludźmi”.

Justyna przyznaje, że brak wrażliwości Wernera na sprawy wspólnej historii też położyłyby się cieniem na ich wspólnym życiu. Twierdzi, że nie wyobraża sobie życia z partnerem – obojętnie jakiej narodowości – który uważałby, że to, co się zdarzyło w przeszłości, jest nieważne i można to zbagatelizować. Chociaż – jak sama podkreśla – temat wojny rzadko pojawia się w ich rozmowach, chyba że przy okazji lektur albo dokumentów, które akurat puszcza telewizja. – Ale obwinianie Wernera za to, co się stało 70 lat temu tylko dlatego, że jest Niemcem, byłoby niemądre – dodaje.

Barbara Jańczak od trzech lat bada na Uniwersytecie Viadrina we Frankfurcie sposoby językowej komunikacji w polsko-niemieckich rodzinach. Interesuje ją, w jakim języku porozumiewają się małżonkowie, w jakim rozmawiają ze swoimi dziećmi. Z jej prowadzonych w Niemczech badań wynika, że w tych mieszanych rodzinach dominuje niemiecki. Panowie w większości nie znają polskiego i raczej nie kwapią się dorównać Steffenowi Möllerowi. Dzieci zazwyczaj są dwujęzyczne; bo nawet jeśli ojcowie zwracają się do nich w ojczystym języku, większość matek deklaruje używanie polskiego.

Choć małżeństwo z Polką nie zwiększa zapału do nauki naszego języka u niemieckich mężów, to jednak – co potwierdziły badania – przynosi większe zainteresowanie krajem pochodzenia żony, rewiduje stereotypowe wyobrażenia o Polakach. Emilia Jaroszewska przedstawiła następujący rachunek: jeśli te pozytywne zmiany dotyczyć miałyby tylko 20 proc. związków, to przy 100 tys. małżeństw przybyło w Niemczech 20 tys. osób mających szerszą wiedzę i bardziej życzliwy stosunek do wschodniego sąsiada. Jednocześnie na 100 polsko-niemiecko rodzin przypada około 60 dzieci, z czego połowa bardzo dobrze zna język polski. Daje to w perspektywie 30 tys. obywateli Niemiec mówiących biegle lub bardzo dobrze po polsku.

To tylko ostrożne szacunki, tych małżeństw będzie przybywać. Prognostycy są o tym przekonani.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj