szukaj
Steinmeier Frank Walter
Minister spraw pragmatycznych
Od dwóch lat kieruje niemiecką dyplomacją, od miesiąca jest także wicekanclerzem. Gdyby zaszła taka potrzeba, Frank Walter Steinmeier poradziłby sobie na miejscu Angeli Merkel. I każde z tych zadań to dla niego pestka wobec konieczności śpiewania rapu.

 

Berlin, tureckie studio nagraniowe w dzielnicy Kreuzberg. Dwóch starszych panów ze słuchawkami na uszach nieśmiało podryguje przed mikrofonami. Między nimi śniady raper wybija palcem takt, a na dany znak ci ze słuchawkami zaczynają śpiewać refren: „Deutschlaaaand, Deutschlaaaand, Deutschlaaaand”. Fałszują strasznie, właściwie skowyczą, zwłaszcza Bernard Kouchner, stojący po lewej szef francuskiej dyplomacji. Jego niemieckiemu koledze idzie lepiej, choć Frank-Walter Steinmeier ma ciężką tremę. Najlepiej bawi się turecki raper. Jego piosenka w ministerialnym wykonaniu będzie tego wieczoru hitem europejskich dzienników.

Z fizjonomii szef niemieckiej dyplomacji przypomina Ludwiga Erharda, drugiego kanclerza RFN i ojca cudu gospodarczego lat 60. Ale gdy otworzy usta, można go pomylić z Gerhardem Schröderem. Lata współpracy odcisnęły swoje piętno. Brakuje tylko schröderowskiej jowialności, dobrego samopoczucia, które tak rzucało się w oczy podczas spotkań z Putinem. Steinmeier wie dobrze, że Schrödera zgubiła przesadna pewność siebie. On na sympatię musi dopiero zapracować. Bo choć w rządzie jest od dwóch lat, to politykiem został raptem dwa tygodnie temu.

Dotąd był urzędnikiem, przez sześć lat najpotężniejszym w całych Niemczech. Jako szef urzędu kanclerskiego kierował administracją rządową z poruczenia Gerharda Schrödera. Zawsze w cieniu, był jego najbliższym doradcą. Były kanclerz zwykł mówić, że Steinmeier to jedyny człowiek, któremu ze spokojem powierzyłby stery państwa. Poza stolicą praktycznie nieznany, w berlińskich kręgach władzy zyskał przydomek „szarej eficjencji” – ze względu na talent organizacyjny, niezwykłą skuteczność, a zarazem całkowitą przezroczystość dla mediów.

To w jego biurze powstała Agenda 2010, wielki pakiet reform odchudzających niemieckie państwo opiekuńcze. Steinmeier współkształtował politykę Schrödera wobec Rosji, stworzył także departament europejski, który pilotował później przełomową dla Unii niemiecką prezydencję. Jako nadzorca służb specjalnych przerabiał wszystkie kryzysy ostatnich lat: Kosowo, ataki z 11 września, wojny w Afganistanie i Iraku oraz kolejne porwania niemieckich obywateli na Bliskim Wschodzie. Jedno z nich o mało nie złamało mu kariery.

Rysa w CV 

W styczniu 2004 r. CIA uprowadziła w Macedonii Khaleda El-Masriego, obywatela niemieckiego urodzonego w Libanie. Omyłkowo podejrzany o terroryzm El-Masri przeszedł archipelag tajnych więzień CIA, był przesłuchiwany, faszerowany narkotykami i bity. Gdy po pięciu miesiącach Amerykanie uwierzyli w końcu w jego niewinność, odwieźli go z powrotem do Europy i wysadzili w albańskim lesie nieopodal granicy z Macedonią. Po powrocie do Niemiec El-Masri zaczął opowiadać swoją niewiarygodną historię mediom, w końcu złożył w Niemczech pozew przeciw 13 agentom CIA.

Na początku grudnia 2005 r., niespełna miesiąc po zawiązaniu wielkiej koalicji, dziennik „Washington Post” ujawnił, że rok wcześniej Waszyngton informował Berlin o przypadku El-Masriego. Ale rząd Schrödera, głośno krytykujący Amerykę za Guantanamo, zachował wszystko dla siebie. W Berlinie zaczęło się szukanie winnych. Schröder podjął już pracę w Gazpromie, Joschka Fischer pakował walizki przed wyjazdem na profesurę w Princeton, więc całe oburzenie spadło na Steinmeiera.

Wielka koalicja zdołałaby sprawę wyciszyć, gdyby kilka dni później nie wypłynęła kolejna amerykańsko-niemiecka afera. 19-letni Murat Kurnaz, Turek zamieszkały na stałe w Bremie, w 2001 r. został złapany w Pakistanie i odsprzedany CIA jako groźny członek Al-Kaidy. Kolejne cztery lata spędził w Guantanamo, oczywiście bez aktu oskarżenia. Wyszedłby po roku, gdyby nie niemieckie służby specjalne, które odmówiły mu prawa wjazdu do kraju, a wcześniej potajemnie przesłuchiwały go na Kubie. Jeśli ze sprawy El-Masriego Steinmeier zdołał się wywinąć, to ta dotyczyła go już osobiście – bo to on nadzorował służby w imieniu Schrödera.

Dlaczego najbardziej antyamerykański rząd w Europie pomagał w wojnie z terroryzmem? Dlaczego to zataił? I czy były szef urzędu kanclerskiego jest współwinny cierpień więźniów w Guantanamo? Steinmeier szybko przekonał się, że nie jest już przezroczysty, a polityka przed kamerami bywa bardziej brutalna niż zakulisowe rozgrywki. Opozycja zażądała jego głowy. Ale minister się nie poddał. W Bundestagu wyjaśnił, że mając do wyboru dobro jednostki i bezpieczeństwo państwa, wybrał to drugie. Dziś zrobiłbym dokładnie to samo – powiedział potem „Spieglowi”. Deputowanych przekonał, a niemieckich Turków próbuje sobie zjednać, nagrywając prointegracyjne piosenki.

Dwuznaczny pragmatyzm 

Jego nominacja na ministra spraw zagranicznych była największą niespodzianką rządu Angeli Merkel. Pierwszy szef dyplomacji z SPD od czasów Willy’ego Brandta przez skromność rzadko powołuje się na szacownego poprzednika, za to chętnie na jego najbliższego doradcę, autora Ostpolitik Egona Bahra. To porównanie jest zresztą trafniejsze – podobnie jak Bahr Steinmeier jest skrajnym pragmatykiem.

Nie jest intelektualistą ani salonowcem pokroju Joschki Fischera, nie ma też charyzmy ani historycznej perspektywy Hansa-Dietricha Genschera. Urodzony w 1956 r., należy do młodszego pokolenia, a zarazem uosabia fundamentalną zmianę w pojmowaniu polityki zagranicznej, jaka dokonała się w Niemczech w ciągu minionych 10 lat. Steinmeier jest pierwszym szefem dyplomacji bez kompleksów na tle historii, a zarazem otwarcie afirmującym globalne, co nie znaczy mocarstwowe ambicje Berlina w świecie.

Politykę zagraniczną pojmuje nie jako sumę relacji dwustronnych, ale zbiór międzynarodowych procesów, w których Niemcy chcą odgrywać jak największą rolę. Reforma Unii Europejskiej, zatrzymanie prac nad irańską bombą atomową, pokój izraelsko-palestyński czy zapewnienie dostaw energii z Rosji – dla Steinmeiera każda z tych spraw jest ważniejsza niż na przykład wyjaśnienie zaszłości historycznych z Polską. Zwłaszcza że werbalne ataki poprzedniego polskiego rządu dawały mu wygodny pretekst, by nie prowadzić z Warszawą żadnego ambitniejszego dialogu.

Pierwszym polem konfliktu była Unia. W sprawie polskiego weta wobec nowego porozumienia o partnerstwie i współpracy z Rosją miał identyczne – krytyczne – stanowisko jak Merkel. Podobnie było z polskimi postulatami modyfikacji systemu podwójnej większości. Jeśli coś zapadło mu w pamięć, to wyciągnięcie strat wojennych jako argumentu na rzecz zwiększenia siły Polski w Unii: oczywiście pozostaje wspomnienie tych brzydkich ataków przekazywanych za pośrednictwem mediów, ale pamiętajmy o tym, że poparcie dla Unii jest w Polsce bardzo wysokie – mówił Steinmeier w telewizyjnym wywiadzie pod koniec niemieckiej prezydencji.

Steinmeier ostro krytykował też plan umieszczenia w Europie Środkowej elementów tarczy antyrakietowej. Uważa, że Rosja ma prawo czuć się zagrożona, a Polska i Czechy powinny były uzgodnić ten projekt z partnerami w Unii. To stanowisko, które w Polsce odebrano jako świadectwo bliskości Berlina i Moskwy, w samych Niemczech odczytano przede wszystkim jako wyraz nieufności Steinmeiera wobec Ameryki. Prawdziwym motywem mogła nie być ani prorosyjskość, ani antyamerykanizm, tylko europejski pragmatyzm, który każe Steinmeierowi unikać niepotrzebnych zadrażnień. Rosję pojmuje jako problem globalny, a nie – jak wiele krajów Europy Środkowej – w kategoriach konfliktu Wschód–Zachód.

Ten pragmatyzm jest jednak dwuznaczny. Z jednej strony Steinmeier nie uznaje pierwszeństwa interesów narodowych nad dobrem Unii, z drugiej strony często można odnieść wrażenie, że to, co forsuje jako dobro Unii, jest w istocie narodowym interesem Niemiec. Można w tym widzieć umiejętną strategię europejską, cynizm albo próbę prowadzenia mocarstwowej polityki, ale to podejście to w dużej mierze konsekwencja historycznego zakotwiczenia RFN w Unii. Przez kilka dziesięcioleci wspólnota była jedynym wehikułem niemieckiej polityki zagranicznej.

Przy całym pragmatyzmie i globalnym podejściu Steinmeier ceni sobie osobiste relacje z innymi ministrami. Gdy tydzień temu leciał na izraelsko-palestyński szczyt w Annapolis (to dzięki kilkuletniej mediacji Niemiec na spotkanie przyjechali przedstawiciele Syrii), do samolotu zabrał ze sobą szefów dyplomacji Norwegii i Luksemburga, których trudno uznać za kluczowych graczy globalnych. Steinmeier po prostu ceni ich jako rozmówców. Do polskich ministrów nie ma szczęścia – z Anną Fotygą nigdy nie miał dobrego kontaktu, z Radosławem Sikorskim nie pasują do siebie charakterologicznie.

W sensie poglądów ze Steinmeierem dzieli go niemal wszystko. Polski minister nie przepada za socjaldemokratami, niemiecki ma alergię na neokonserwatystów. Sikorski jest przekonanym atlantystą, Steinmeier uważa, że relacje między Europą a Ameryką wymagają gruntownej przebudowy, w praktyce zrównoważenia dominującej pozycji USA. Wreszcie, jeśli ktoś w Berlinie mógł poczuć się osobiście dotknięty porównaniem Gazociągu Północnego do paktu Ribbentrop-Mołotow, to właśnie Steinmeier. Niemiec jest wprawdzie mniej pamiętliwy od swojego polskiego kolegi, ale gdy w Warszawie kręciła się rządowa karuzela nazwisk, w Berlinie żywiono nadzieję, że Sikorski zostanie ministrem obrony.

Atak na witrynę 

Jeśli Steinmeier jest w Polsce praktycznie nieznany, to dlatego, że przez ostatnie dwa lata to Angela Merkel zbierała owoce jego pracy. Tak umówili się koalicjanci w 2005 r., a sam Steinmeier po latach spędzonych w cieniu Schrödera nie wydawał się mieć z tym problemu. Na rywalizację nie było zresztą czasu – Merkel objęła władzę na kilka miesięcy przed niemiecką prezydencją w Unii Europejskiej i przewodnictwem w grupie G8. A w Niemczech nie ma zwyczaju, by narażać politykę zagraniczną w imię partyjnych interesów. Poza tym pod rządami Merkel zmienił się tylko jej styl. Steinmeier zadbał o to, by treść pozostała ta sama.

Widać to najlepiej na przykładzie stosunków z Rosją. Owszem, Merkel nie obściskuje się z Putinem jak jej poprzednik, na początku rządów skrytykowała nawet fakt, że Schröder nie uzgodnił Gazociągu Północnego z Polską. Ale bezpieczeństwo dostaw gazu do Niemiec i niemieckich inwestycji w Rosji pozostają priorytetem, w drugiej kolejności Berlin chce zapewnić pomoc Moskwy w negocjacjach z Iranem, przekonać do zaakceptowania autonomii Kosowa i nie dopuścić do sojuszu z Chinami. Demokracja i prawa człowieka też są ważne, ale najlepiej upominać się o nie za zamkniętymi drzwiami – tłumaczył Steinmeier.

Przez dwa lata merklowska retoryka wartości i pragmatyzm Steinmeiera skutecznie się uzupełniały. Harmonijna współpraca skończyła się nagle, dzień po nagraniu z Kouchnerem. 12 listopada 2007 r. niespodziewanie do dymisji podał się minister pracy Franz Müntefering, najwyższy rangą socjaldemokrata w rządzie Merkel. SPD szybko znalazła jego następcę w resorcie, ale pozostał wakat na stanowisku wicekanclerza. Przewodniczący SPD Kurt Beck sam nie chciał wchodzić do rządu, więc na zastępcę Merkel wskazał Steinmeiera. Jeśli sądził, że stawia na sterowalnego biurokratę, to grubo się pomylił. Z urzędnika niepostrzeżenie wykluł się polityk.

Już w październiku 2007 r. na kongresie SPD zaskoczył towarzyszy frontalnym atakiem na „witryniarską politykę” Merkel. Pretekstem była wizyta dalajlamy w urzędzie kanclerskim – oficjalne przyjęcie duchowego przywódcy Tybetańczyków doprowadziło Chińczyków do apopleksji, zwłaszcza że Niemcy prowadziły dotąd stosunki dwustronne z poszanowaniem polityki „jednych Chin”. Między wierszami minister dał do zrozumienia, że szefowa rządu nie zna się na polityce zagranicznej, a jej nieodpowiedzialne gesty pod publiczkę rujnują budowaną latami pozycję Niemiec w świecie. To wtedy towarzysze z SPD po raz pierwszy zobaczyli w Steinmeierze polityka.

Nikt z tych, którzy chwalą Steinmeiera za rzeczowość, pragmatyzm i talent organizacyjny, nie potrafi jednak powiedzieć, jakimi wartościami się kieruje. W SPD uchodzi za reformatora, co znaczy tylko tyle, że nie należy ani do wewnętrznej lewicy, która wymusiła niedawno powrót do retoryki demokratycznego socjalizmu, ani do tradycyjnych socjaldemokratów ze związkowym rodowodem pokroju Becka.

Jego środowisko to raczej premier Brandenburgii Matthias Platzeck i federalny minister finansów Peer Steinbrück. Razem wydali jesienią książkę-manifest niemieckiej wersji blairyzmu, w którym nawołują do rozwinięcia Agendy 2010 w ambitny program reform przygotowujących Niemcy do rywalizacji w zglobalizowanym świecie. Kongres SPD poszedł w dokładnie odwrotnym kierunku, ale wybrał Steinmeiera na wiceprzewodniczącego partii.

W peletonie

Po dwóch latach wielkiej koalicji w SPD rośnie frustracja, bo wszystkie sukcesy rządu – także w polityce zagranicznej – idą na konto CDU. Jako wicekanclerz Steinmeier ma jasną misję: odróżnić socjaldemokratów od chadeków, podkreślić wkład SPD w rządzenie i osłabić pozycję kanclerz z CDU. Pierwsze wyniki już są: w sondażach popularności Steinmeier cichaczem przegonił zarówno Becka, jak i Merkel. Pani kanclerz zyskała w rządzie potężnego konkurenta, a lider SPD potencjalnego rywala przed wyborami w 2009 r. Potencjalnego, bo sam Steinmeier wciąż zarzeka się, że kanclerzem będzie Beck. Ale ten już raz wskazał go na swoje miejsce.

Do pełnej przemiany urzędnika w polityka brakuje Steinmeierowi już tylko miejsca w Bundestagu – nie startował nigdy w żadnych wyborach. Latem tego roku poświęcił dwa tygodnie wakacji na rowerowe tournée po swoim przyszłym okręgu w Brandenburgii. I znów zaskoczył, tym razem dziennikarzy. Łatwo nawiązywał kontakt z ludźmi, a w jednej wsi był nawet witany jak kolarz w Tour de France. Wyścig do urzędu kanclerskiego się rozpoczął.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj