ESEJ: Polityka pojednania
Trupy w szafach Europy
Każdy naród w Europie zmaga się z jakąś hańbą domową i jakimś wstydem, ranami po wojnach i konfliktach.

17 października 1961 r. wieczorem 30 tys. Algierczyków wyszło na ulice Paryża, by zaprotestować przeciwko godzinie policyjnej. Od bez mała dwóch tygodni „muzułmańskim Francuzom z Algierii" nie wolno było po niej opuszczać domów. De Gaulle wprawdzie już nawiązał rozmowy z FLN (algierskim Frontem Wyzwolenia Narodowego), ale wojna nadal trwała, a francuscy generałowie grozili kolejnym puczem.

Demonstranci zachowywali się spokojnie, gdy policja zaatakowała ich z niebywałą brutalnością. Zginęło ponad 200 osób - około 150 jest znanych z nazwiska. Jednych zastrzelono na ulicy. Innych wrzucono do Sekwany lub zamordowano na podwórzu prefektury policji. Jeszcze innych zatłuczono w trakcie przewożenia na stadion Coubertina, zamieniony czasowo w obóz koncentracyjny dla 14 tys. zatrzymanych, niemal połowy uczestników demonstracji!

Te wydarzenia, pisze Olivier Le Cour Grandmaison, przewodniczący Stowarzyszenia 17 października 1961 - Przeciwko Zapomnieniu, zostały następnie poddane orwellowskiej akcji wypierania się zbrodni. Ciała ofiar ukrywano lub wrzucano do Sekwany, by upozorować utonięcia lub wewnętrzne porachunki między Algierczykami. Minister spraw wewnętrznych Roger Frey w sprawozdaniu przed senatem mówił o 6 zabitych i 36 rannych. Przecież państwo francuskie nie popełnia zbrodni!

Racja stanu, cynizm, tchórzostwo dziennikarzy i ciasno pojęte interesy partyjne wpłynęły na zmowę milczenia, która trwała ponad 30 lat. Książki i artykuły prasowe o masakrze były konfiskowane. Film Jacques'a Panijela „Październik w Paryżu" przeleżał na półce. Rehabilitacja generałów-puczystów z 1961 r. i pięć kolejnych amnestii ogłoszonych przez de Gaulle'a i Mitterranda ułatwiły niemal całkowite wyparcie tamtych zdarzeń z francuskiej świadomości. Dopiero w latach 90. sprawa zaczęła wracać na fali ujawniania francuskich białych plam. Przemilczana paryska masakra z 1961 r. to pierwszy z brzegu przykład na to, że poukrywane w państwowych szafach szkielety po latach jednak wychodzą na światło dzienne. Domagają się honorowego pogrzebu i rachunku sumienia wnuków za czyny dziadków.

Demony prakatastrofy

Francuska zadra to nie tylko brudne wojny w koloniach, które miały zatrzeć szok haniebnej klęski 1940 r., lecz przede wszystkim Vichy, gorliwa kolaboracja z III Rzeszą. Z okazji 70 rocznicy 1 września 1939 r. telewizja francuska godzinnym filmem dokumentalnym przypomniała Francuzom, że administracja i policja „Państwa Francuskiego" z własnej woli internowała i przekazała Niemcom tysiące żydowskich imigrantów z Europy Wschodniej (głównie z Polski), zanim jeszcze zażądały tego od nich władze okupacyjne.

Podobnie było w Holandii. Powojennym kultem Anny Frank - wspieranym również przez państwo - przesłaniano wstydliwy fakt, że dzięki sprawnej współpracy holenderskiej administracji aż 75 proc. Żydów (105 tys. ze 140 tys.) zostało wydanych Niemcom (w Belgii i Norwegii - 40 proc.). Zaś ci, którzy przeżyli kacety, byli po powrocie traktowani wrogo nie tylko przez holenderskich szmalcowników, nazywanych pulsami, ale i przez administrację państwową.

Trupy w szafie hiszpańskiej to ofiary wojny domowej i późniejszego - jak mówi Anthony Beevor - frankistowskiego gułagu, 30 tys. egzekucji, 190 obozów koncentracyjnych, 200 tys. zamordowanych i zmarłych. Po śmierci Franco przez niemal ćwierć wieku trwała zmowa milczenia. Przerwano ją dopiero w latach 90., gdy do głosu doszło pokolenie obdarzone łaską późnych urodzin.

Z kolei w powojennych Włoszech mit lewicowego ruchu oporu w latach 1943-1945 i niemieckich pacyfikacji na długo wytarł z pamięci zbiorowej uczestnictwo milionów Włochów w imperialnych wojnach Mussoliniego w Etiopii, Libii, Albanii, Grecji, aneksję Nicei i udział w napaści Hitlera na ZSRR. Przemilczane są także ofiary, ciągnącej się przez całe powojenne dziesięciolecia, ukrytej wojny domowej - policyjne masakry w czasie kampanii wyborczych, lewicowe i prawicowe zamachy terrorystyczne, mafijne skrytobójstwa w elicie władzy...

Zaś szafy naszej części Europy są pełne kości ludzkich pozostałych po prakatastrofie (Tomasz Mann) I wojny światowej, ofiar rewolucyjnego zamętu, rzezi i wojen o granice państw powstających na peryferiach rozpadających się imperiów, zamachów stanu i wojskowo-policyjnych akcji pacyfikacyjnych zarówno wobec mniejszości etnicznych, jak i strajkujących robotników czy wiejskiej biedoty. Pamięć o nich szybko przesłoniła ludobójcza kolonizacja Europy Wschodniej przez III Rzeszę, terror na terenach przyłączonych do ZSRR w wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow, a po 1944 r. stalinizacja krajów zajętych przez Armię Czerwoną.

Wielkie wietrzenie

Dopiero upadek komunizmu w 1989 r. otworzył te szafy. Wróciły stare rachunki krzywd i zasług. Pojawiły się nowe pytania o miarę dumy i wstydu za wojenne i powojenne postawy. Czy współpraca z okupantem zawsze była naganna? Kiedy chwalebny był opór za wszelką cenę, a kiedy ugięcie się dla obrony biologicznej i materialnej substancji narodu? Dlaczego skazywać na infamię pisarza kolaborującego w 1941 r. w Wilnie z nazistami, skoro nie potępia się poety piszącego w 1940 r. we Lwowie panegiryki na cześć Stalina i ZSRR? Czy kolaboranckie formacje łotewskie, które nie tylko walczyły z komunistami, ale też brały udział w niemieckich akcjach eksterminacyjnych, można uznać za kombatantów? Jeśli kombatanci wileńskiej AK i organizacji litewskich mogli się ze sobą pojednać, to czy możliwe jest pojednanie kombatantów wołyńskiej dywizji AK i UPA albo UPA i LWP?

Europa tylko z bardzo wysoka może wydawać się Arkadią. Piękny kontynent, łagodny klimat, od dawna żadnej wojny. Jednak z żabiej perspektywy przypomina dom umarłych. Narody użalają się nad własnymi cierpieniami i albo wypierają z pamięci krzywdy wyrządzone sąsiadom, albo usprawiedliwiają je historyczną koniecznością.
A jednak narody Europy zaczynają sprzątać swe historyczne zaszłości. Niektóre już odbyły pokutę. Inne dopiero zaczynają rachunek sumienia. W drugiej połowie XX w. Europa znalazła kamień filozoficzny, pozwalający godzić kompletnie przeciwstawne spojrzenia na wspólną historię. Jest nim polityka pojednania. Zaczęła się od uścisku Konrada Adenauera i generała de Gaulle'a w katedrze w Reims w 1962 r. Dwa lata później był list polskich biskupów do biskupów niemieckich z przełomowym „przebaczamy i prosimy o przebaczenie". W grudniu 1970 r. Willy Brandt ukląkł w Warszawie...

Od pół wieku teologiczne pojęcie pojednania - reconciliation, Versöhnung - weszło na stałe do języka polityki i do badań nad rozwiązywaniem konfliktów, budowy zaufania i utrzymywania pokoju - peace studies, Friedensforschung. Nie brakuje, co prawda, krytyków, którzy zżymają się, że inscenizacje medialnych gestów polityków to tylko „kicz pojednania", i wolą używać neutralnego pojęcia „współistnienie". Nie doceniają jednak wagi instancji moralnej w polityce, która sięgając do takich pojęć, jak rachunek sumienia, żal, wstyd, poczucie winy, odkupienie, wybaczenie i wreszcie pojednanie, odwołań do osoby, a nie do abstrakcyjnej zbiorowości. To ten język ułatwia terapeutyczne uwolnienie się od traumy spowodowanej wojennym upokorzeniem, poczuciem krzywdy, lękiem i wstydem, kompleksami i żądzą zemsty. Pozwala w dawnym wrogu dostrzec godnego zaufania partnera. Przejść oczyszczającą przemianę...

Polityka pojednania

Polityka pojednania była w latach 90. jednym z filarów procesu dochodzenia krajów Europy Środkowo-Wschodniej do UE i NATO. Każdy z kandydatów musiał nie tylko wykazać, że nie ma żadnych konfliktów granicznych z sąsiadami, ale też że w pełni respektuje u siebie prawa mniejszości narodowych i etnicznych. Ta zasada działała. Polska i Litwa zażegnały historyczne spory równie szybko jak Węgry i Rumunia, a Czechy i Słowacja rozwiodły się bez najmniejszych konwulsji. Natomiast w Jugosławii, która europejskiej perspektywy nie miała, wybuchła krwawa wojna.

Wojnę w byłej Jugosławii zakończyła interwencja NATO w 1999 r. A realizacja polityki pojednania stała się - obok wspierania demokracji, rozwoju gospodarczego i bezpieczeństwa - jednym z czterech wyznaczników polityki UE wobec państw byłej Jugosławii. Rozgrywa się ona, jak mówi dr Martina Fischer z berlińskiego ośrodka konstruktywnego rozwiązywania konfliktu na Bałkanach, na trzech płaszczyznach: odgórnie, oddolnie i od środka.

  • Polityka odgórnego pojednania polega na tym, że UE pomoc dla krajów bałkańskich uzależniła od wzajemnych przeprosin prezydentów państw uczestniczących wwojnie za krzywdy wyrządzone sąsiadom oraz wydania trybunałowi haskiemu winnych zbrodni wojennych.
  • Pojednanie od środka to zachęcanie administracji regionalnej do współpracy ponadgranicznej z sąsiadami.
  • A pojednanie oddolne to wspieranie przez agendy unijne i fundacje międzynarodowe organizacji pozarządowych i wyznaniowych, które w terenie pomagają ofiarom wojny, dokumentują zbrodnie ipomagają wterapii pourazowej poprzez tworzenie lokalnych obywatelskich stowarzyszeń pojednania, w których zarówno kombatanci, jak i ofiary opowiadają swe traumatyczne przejścia.

Wszyscy jesteśmy ofiarami

Stopnia pojednania niepodobna jednak zmierzyć. Nie jest też jasne, czy trybunał haski przyczynia się do pojednania, czy je utrudnia. Już jego utworzenie w 1993 r. miało odstraszać strony prowadzące wojnę od łamania praw człowieka. Jednak, jak pokazała masakra w Srebrenicy, odstraszanie nie było skuteczne. Po wojnie trybunał rozpatrzył ponad 100 przypadków: 5 osób uniewinniono, 52 skazano, 36 oskarżeń wycofano, a kilku oskarżonych - w tym Slobodan Miloszević - zmarło w trakcie procesu.
14 przypadków przekazano trybunałom narodowym, ponad 60 przypadków wciąż jest rozpatrywanych. Akceptacja trybunału w byłej Jugosławii jest bardzo różna. W Bośni cieszy się uznaniem. W Serbii i „Republice Serbskiej" uchodzi za przejaw dyktatu zwycięzców.

Główny problem polega na tym, twierdzi Martina Fischer, że do wyznania win i wspierania współpracy z sąsiadem gotowi są zwykle politycy umiarkowani, nastawieni na wejście do UE, którzy potrafią wpisać interesy narodowe we współpracę, a nie w konfrontację z sąsiadami. Są za to atakowani przez nacjonalistycznych polityków i wspierające ich media. Bardzo często też nie są słuchani przez szerszą publiczność. Większość decydentów w rządzie i parlamencie zachowuje rezerwę, a w debatach publicznych ton nadają radykalni patrioci, co polega na ciągłej stylizacji własnego narodu na wieczną ofiarę. Na Bałkanach wszyscy czują się ofiarami. Chorwaci są celem „serbskiej agresji", a Serbowie ofiarami „obcych": zmowy wspólnoty międzynarodowej i NATO, którzy dokonali agresji.

Ten mechanizm znamy niemal wszyscy w Europie. W Rosji Memoriał jest przez rosyjskich nacjonalistów atakowany za oczernianie dobrego imienia Rosji. W Polsce na zdradę narodową zakrawało wskazywanie na Jedwabne czy wyrażanie współczucia niemieckim wypędzonym. W Austrii do ideologii państwowej należy mit pierwszej ofiary Hitlera przy niemal całkowitym wytłumieniu wstydu za aktywny udział Austriaków w hitlerowskim ludobójstwie. W Niemczech sytuacja jest nieco inna ze względu na oczywistość zbrodni popełnionych przez III Rzeszę. A mimo to NRD szybko zrzuciła z siebie niemiecką winę, utożsamiając się z ofiarami nazistów - niemieckimi antyfaszystami. Również Republika Federalna z oporami i stopniowo przyjmowała na siebie odpowiedzialność za hitlerowskie zbrodnie, czego dowodem były trudne negocjacje o odszkodowania za pracę przymusową. Mimo to niemiecki sposób powojennego przezwyciężania przeszłości słusznie uchodzi w Europie za wzorowy. Niemcy nie tylko musieli. Wielu z nich - od elity po ludzi z ulicy - rzeczywiście chciało.

Przy wszystkich sporach o upamiętnianie wypędzeń, przy niezupełnie słusznych podejrzeniach, że Niemcy w ostatnim dziesięcioleciu dokonują rewizji swej historii, akcentując przede wszystkim własne ofiary, to jednak pamięć Holocaustu i ludobójczej okupacji Europy Wschodniej weszła do kanonu niemieckiej polityki historycznej, której częścią jest konsekwentna polityka pojednania. Jej dowody dawali wszyscy kanclerze federalni, poczynając od Adenauera (w stronę Francji) przez Willy'ego Brandta (w stronę Polski), aż po Helmuta Schmidta, Helmuta Kohla, a także Gerharda Schrödera, który swoim wystąpieniem w Warszawie 1 sierpnia 2004 r. przeciął wszelkie wątpliwości co do ewentualnych roszczeń niemieckich wypędzonych. Najnowszy dowód tej wierności zasadzie pojednania złożyła Angela Merkel. Nie tylko swym przemówieniem na Westerplatte, ale i sposobem rozwiązania sporu, podkręcanego przez narodowców z obu krajów wokół muzealizacji wypędzeń.

Niemiecka polityka pojednania z sąsiadami nie sprowadzała się jedynie do owego kiczu rytualnych gestów. Jest obudowywana instytucjonalnymi inicjatywami - od wymiany młodzieżowej, poprzez partnerstwa miast, po stałe konsultacje międzyrządowe, parlamentarne, współpracę Kościołów, nauczycieli, mediów, organizacji pozarządowych, fundacji, przełamujących uprzedzenia i stereotypy.

Cała ta infrastruktura polityki pojednania była dla naszych strażników wieczystej wrogości kolcem w oku, dowodem aksamitnej agresji ze strony niemieckiej, a wyprzedażą narodowych interesów z polskiej strony. Dlatego szef LPR jako minister oświaty blokował wymianę młodzieżową z Niemcami i naukę niemieckiego w polskich szkołach. A szef PiS i chwilowy premier sadzał przy brukselskim stole obrad cienie Polaków pomordowanych w czasie II wojny. Miały wołać o pomstę do nieba i dbać o dodatkowe gratyfikacje unijne dla Polski. Wywołało to jedynie niesmak w kraju i Europie: oto polityk urodzony już po wojnie traktuje jej ofiary jako kapitał obrotowy.
Polityka godnościowa naszych narodowców to dokładne odwrócenie zasady Clausewitza, że wojna to kontynuacja polityki. Traktują oni politykę jako kontynuację wojny dla wojny, bo taki jest jakoby charakter stosunków międzynarodowych i wszelkiej walki o władzę. Chętnie powołują się na narodowe tradycje katolickie, ale w istocie zachowują się jak pogańska sekta, która uznaje tylko zemstę krwi, bo nie akceptuje ani chrześcijańskiego nakazu: nie czyń nikomu, co tobie niemiłe, ani słów własnych biskupów. Filozoficzną podstawą polityki pojednania - tej odgórnej, oddolnej i od środka - jest kantowska zasada: zachowuj się tak, by twoje postępowanie mogło być normą uniwersalną. Zmień się i pomóż zmienić się sąsiadowi...

Trudna droga na Wschód

Być może wielkim - politycznie i moralnie - zadaniem nadających dziś ton pokoleń jest znalezienie klucza do polsko-rosyjskiej polityki pojednania. Również i te stosunki, podobnie jak polsko-niemieckie, nie są symetryczne. Ze względu na różnice wielkości i potencjałów obu krajów, a także znaczenia, jakie mają dla sąsiada. Wiele instytucjonalnych rozwiązań można przejąć od modelowego pojednania polsko-niemieckiego: wymianę młodzieżową, konsultacje międzyrządowe, partnerstwo miast, komisję podręcznikową, współpracę dziennikarską...

Trudno natomiast znaleźć dziś dla stosunków polsko-rosyjskich tych pośredników, którzy odegrali kluczową rolę w dialogu polsko-niemieckim: Kościoły katolickie i protestanckie, niezależnych pisarzy i publicystów. Gdy w czasie niemiecko-polsko-rosyjskiej konferencji w Twerze o przezwyciężaniu przeszłości była mowa o roli Kościołów w procesie polsko-niemieckiego pojednania, któremuś z naszych rosyjskich kolegów wyrwało się, że prośba o przebaczenie za zło wyrządzone sąsiadom przez Rosję jest teologicznie nie do pomyślenia. Rosja jest święta. A jednak dwa lata później patriarcha Moskwy potępił zbrodnie Stalina. Może to pierwszy krok do podobnego wyznania winy, do jakiego w imię zachodniego chrześcijaństwa zdolny był Jan Paweł II?

Nie przystoi wymuszać na sąsiadach pożądanych słów i gestów. Warszawa nie negocjowała z Brandtem, by kanclerz padł w Warszawie na kolana, ani z Romanem Herzogiem, by w 1994 r. przeprosił za niemieckie zbrodnie. To Rosja sama powinna odkryć w sobie potrzebę spojrzenia na własną historię również oczyma sąsiadów. A my nie powinniśmy się zżymać na to, że dzień odparcia polskiej dymitriady z XVII w. jest dziś rosyjskim świętem narodowym, skoro sami wciąż dziarsko śpiewamy, że co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy. A cóż jeszcze mamy odbierać sąsiadom? I znowu szablą?

Pojednanie polsko-rosyjskie jest trudniejsze niż polsko-niemieckie, ponieważ brak mu pozytywnej wizji. Niemcy i Polacy byli po 1945 r. związani ze sobą polską pamięcią wojny oraz niemiecką raną granicy na Odrze i Nysie i podziału Niemiec. Jednak po budowie muru berlińskiego w 1961 r. elity niemieckie uprzytomniły sobie, że jedynie poprzez uznanie niechcianej granicy z Polską można złagodzić skutki podziału Niemiec. Stosunek do Polski po raz pierwszy w historii Niemiec stał się kluczem do rozwiązania dławiącego niemieckiego problemu wewnętrznego. Z kolei dla Polski uznanie granicy przez Niemcy było warunkiem do wyślizgiwania się spod radzieckiej hegemonii i powrotu do Europy. Poza tym mieliśmy z Niemcami wielki wspólny temat - nasze wejście po wojnie do ich domów rodzinnych i ich zderzenie z naszą historią.

Jakby nie rozszczepiali nasi narodowcy włosa na czworo, dowodząc, że cierpienie Polki wypędzonej w 1939 r. z Wielkopolski czy z Wołynia ma większy ciężar moralny niż cierpienie Niemki wysiedlonej przymusowo z Pomorza w 1945 r., to jednak gdy obie te kobiety spotkały się w latach 70., bardzo szybko okazywało się, że łączyła je wspólnota losu oraz łatwy do pogodzenia sentyment do wspólnej małej ojczyzny. To dlatego niemieccy gdańszczanie od 20 lat mogą na zamku w Gemen rok w rok wraz z gdańszczanami polskimi odbywać podróż sentymentalną nie tylko w przeszłość, ale i w przyszłość.

Tymczasem dialog polsko-rosyjski nie ma już ani takiej egzystencjalnej wspólnoty, ani historycznej wizji. Mit braterstwa broni, wspólnego marszu na Berlin, który Władimir Putin przywołał na Westerplatte, był oparty nie tylko na orwellowskim wyparciu z oficjalnej pamięci wspólnej defilady Wehrmachtu i Armii Czerwonej we wrześniu 1939 r., ale i na lęku o granicę na Odrze i Nysie. Dopóki potęga ZSRR i podział Niemiec były jedynymi gwarantami polskiej granicy zachodniej, dopóty peerelowski zanik pamięci był racją stanu.

Zmiana przez powiązania

Dziś, na pierwszy rzut oka, Polski i Rosji nie łączą kwestie na tyle egzystencjalne, by młodzi politycy, intelektualiści i ludzie Kościołów z obu krajów uznali terapię naszych wzajemnych stosunków za nakaz moralny lub choćby tylko za historyczne wyzwanie swego pokolenia.

Z rosyjskiej perspektywy - jak się wydaje - Polska to peryferyjny kraj, który z premedytacją działa na szkodę Rosji. Na Ukrainie wspiera pomarańczową rewolucję. W UE blokuje rosyjskie interesy gospodarcze. A wyciągając z szafy stalinowskie trupy, psuje opinię Rosji, która po gospodarczej i politycznej katastrofie gorbaczowowskiej pierestrojki i skorumpowanym chaosie jelcynowskiej smuty nie ma innego wyjścia, niż cofnąć się dwa kroki do radzieckich wzorców myślenia o państwie i wypracowywać rosyjską formę demokracji sterowanej.

A z polskiej perspektywy - jak się słyszy od większości polityków i publicystów - Rosja to autorytarne państwo o neoimperialnych ambicjach wobec swoich byłych kolonii, która odmawia przejęcia odpowiedzialności za zbrodnie stalinowskie, dlatego wciąż jej trzeba wypominać pakt Ribbentrop-Mołotow, 17 września 1939 r., Katyń i Powstanie Warszawskie. Trzeba bić na alarm wobec niemiecko-rosyjskiego flirtu gazowego i sypać w naszej części Europy amerykańskie szańce.
Polsko-rosyjskie pojednanie jest trudne, ale wspólnota interesów istnieje. Zarówno w sferze twardych faktów gospodarczych, jak i miękkich - świadomości społecznej i kultury politycznej, które w końcu również przekładają się na pozycję kraju w świecie. Gospodarczą wspólnotę interesów dobrze wyraża formuła niemieckiego ministra spraw zagranicznych Franka-Waltera Steinmeiera: zmiana poprzez powiązania. Jeśli celem ma być wspólnota interesów od Władywostoku po Vancouver, to stosunkom Rosji właśnie z Polską przypada rola czujnika stosunków UE-Rosja, nie ze względu na polską mocarstwową fanfaronadę, tylko na asymetrię. To w partnerskich, wolnych od hegemonialnych tęsknot stosunkach gospodarczych Rosji z krajami bliskiej zagranicy, a nie w uprzywilejowanych relacjach z Paryżem, Londynem czy Berlinem sprawdza się europejskość Moskwy.

Rosji potrzebna jest soft power, większa umiejętność pokojowego rozwiązywania konfliktów - również w polityce wewnętrznej - przejrzystość i spolegliwość, ponieważ same głowice atomowe i surowce nie zapewnią jej takiego uznania w świecie, jakie chciałaby mieć. I otóż stosunki polsko-rosyjskie są probierzem nie tylko rosyjskiej, ale i polskiej soft power.

Na dobrą sprawę młodzi Rosjanie i Polacy, wychowani już po 1989 r., mogliby odkryć dla siebie fascynujące zadanie rozwiązania kwadratury koła. Jak złożyć w całość pamięć wojny, pierestrojki i Solidarności, pomarańczowej rewolucji w Kijowie i niemiecko-rosyjskiego gazociągu, a przede wszystkim jak rozwinąć w sobie empatię wobec sąsiada?
Chętni do polsko-rosyjskiego dialogu muszą, niestety, szukać trochę na własną rękę, ponieważ nie ma zbyt wielu uznanych pośredników między obydwoma krajami. Radzieckie pokolenie lat 60., które na peerelowskich gazetach uczyło się Zachodu, szybko się wykrusza. A i u nas sam Jerzy Pomianowski, wydawca „Nowoj Polszi", nie wystarczy. Niemniej polsko-rosyjskiej polityki pojednania nie trzeba wymyślać od nowa. Są sprawdzone wzorce, musi jednak być wola klasy politycznej, administracji państwowej i zaangażowanie zwykłych ludzi. Tylko tyle i aż tyle.

Czyżby więc cała polityka pojednania, praktykowana w naszych krajach w czasie dochodzenia do UE, była tylko serwitutem, który można było zrzucić, kiedy już nas w końcu dopuszczono do klubu? Tak ją niektórzy traktowali. Niemniej członkostwo w UE wciąż działa tonizująco na recydywę nacjonalizmu. Ministrowie spraw zagranicznych Węgier i Słowacji szybko sprzątają porozlewane przez głowy państwa mleko. Słowacki minister Miroslaw Lajcak, do niedawna specjalny wysłannik UE w Bośni-Hercegowinie ds. rozwiązywania konfliktów etnicznych, nauczył się, jak w sytuacjach konfliktowych stosować zasady polityki pojednania...

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj