Irlandia znów wypowie się w referendum ws. traktatu lizbońskiego
Strącanie gwiazdek
Tylko Irlandia traktaty o Unii Europejskiej przyjmuje w referendach. Albo ich nie przyjmuje. 2 października Irlandczycy po raz drugi wypowiedzą się o traktacie z Lizbony.

Wszystko przez Eurowizję. Gdyby rok temu muzyczny konkurs Eurowizji wygrała piosenka zgłoszona przez Irlandię, traktat lizboński może by nie przepadł w referendum. Ze sceny w Belgradzie indyk Dustin – uwielbiana w Irlandii kukiełka telewizyjna – w asyście kręcących biodrami wokalistek przymilał się skrzeczącym głosem o poparcie widowni, zwłaszcza w krajach południowej i wschodniej Europy. Nic z tego. Dustin musiał wrócić do Dublina bez lauru. To było w lutym. A w czerwcu na ulicach Irlandii pojawiły się plakaty z Dustinem podpisane: „Bo na nas nie głosowali. Głosuj NIE”.

I Irlandczycy usłuchali różnych Dustinów, na czele z milionerem Declanem Ganleyem, który batożył w kampanii przed referendum brukselską eurokrację. Przy frekwencji 53,1 proc., stosunkiem głosów 53,4 do 46,6 proc., uczestnicy referendum odrzucili traktat lizboński. W ten sposób 862 tys. Irlandczyków, czyli ułamek jednego procenta prawie 500-milionowej ludności UE, wprawiło wspólnotę w polityczne turbulencje, które trwają do dziś. Traktat przegrał z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że publiczność nie była zbyt zorientowana w materii traktatowej, za to pełna obaw i lęków podsycanych umiejętnie w kampanii przeciwników Lizbony.

Irlandia na celowniku

Teraz Zieloną Wyspą znów rządzą lęki i wynik referendum stoi pod wielkim znakiem zapytania. Nie cieszy to rządu i świata biznesu, nie cieszy obozu TAK dla Lizbony, ale wiele więcej już zdziałać obóz ten nie może. Wyniki sondaży są dla niego niby korzystne – TAK ma znaczną przewagę – ale znaczna jest też grupa niezdecydowanych. A podatność głosujących na argumenty za i przeciw też się przez rok nie zmieniła zasadniczo, choć do starych irlandzkich lęków, że Unia powolutku odbiera wyspie suwerenność, doszedł całkiem nowy: strach przed kryzysem.

Zwolennicy Lizbony przekonywali, że kryzys pokazuje, jak bardzo Irlandia potrzebuje zreformowanej Unii, a traktat jest narzędziem tej reformy, a więc służy też interesom irlandzkim. Ale czy przekonali? W końcu referenda, jak wybory, bywają jedyną powszechnie dostępną obywatelom formą wystawienia władzy cenzurki z rządzenia. I tak będzie za chwilę w Irlandii. Nieszczęść tam huk, a sukcesów zero. Cóż prostszego, niż ukarać rząd ponownym odrzuceniem traktatu. Czeka nas zażarta bitwa – przyznaje członek rządu, minister spraw zagranicznych Micheal Martin.

Na domiar złego 11 września odezwał się człowiek, który zatopił traktat rok temu. Declan Ganley w wywiadzie dla amerykańskiego dziennika „Wall Street Journal” wezwał ponownie do głosowania na NIE. Nic się przecież nie zmieniło i nic się nie zmieni, przekonywał, to jest ta sama Lizbona w nowym, lichym opakowaniu. Ewentualny powrót – choć Ganley wycofał się z polityki – irlandzko-brytyjskiego krezusa oznacza, że obóz NIE miałby lidera o wiele bardziej charyzmatycznego niż socjalista Higgins, no i z wypchaną po brzegi sakiewką.

To nie żarty, nawet jeśli pochodzenie tej kasy jest wciąż niejasne. Rok temu Ganley sypnął na europarlamentarną kampanię 30 mln euro. Wprawdzie on sam i kandydaci Libertas ponieśli sromotną klęskę, lecz to przecież nie przeszkadza spróbować znowu. I jedzie ostro: traktat jest głęboko niedemokratyczny, a Irlandii przystawiono lufę do czoła, wymuszając drugie referendum. Ostrość proporcjonalna do frustracji. A jaka jest prawda, tego w kampaniach nie da się ustalić, przewagę zdobywają prostsze hasła.

Tak dla Lizbony

Irlandia zapłaciła wysoką cenę za związki gospodarcze z Ameryką. Stany są drugą ojczyzną Irlandczyków, duża część kapitału pochodzi zza oceanu. Tym razem te związki okazały się patogenne. Kryzys amerykańskiego sektora finansowego, amerykańskich banków i agresywnych funduszy inwestycyjnych, a w końcu całej gospodarki amerykańskiej i światowej uderzył w Irlandię z całą mocą. Rządowy doradca od cięć wydatków budżetowych Colm McCarthy zaleca likwidację 17 tys. miejsc pracy w sektorze publicznym, obcięcie zasiłków socjalnych o 5 proc., a nawet likwidację zasiłku na dziecko.

Ten kraj zbankrutował – mówi McCarthy – a rząd miłosiernie pożycza co tydzień 400 mln euro głównie na pensje sektora publicznego. Tymczasem Irlandia dowiaduje się z mediów, że rządowa agencja ekologiczna zamówiła reklamę za 600 tys. euro, która nie została wyemitowana. Efekt tych wszystkich doniesień nietrudno przewidzieć: „Jesteśmy planetą wkurzonych ludzi – pisze irlandzka publicystka Catherine Reilly – bo przecież nie jesteśmy święci ani uczeni”.

PKB Irlandii ma skurczyć się do końca roku o ok. 10 proc., bezrobocie we wrześniu wynosi 12 proc., a w końcu roku może sięgnąć 15 proc., co oznacza pół miliona ludzi w kolejkach przed urzędami pracy w kraju liczącym 4,5 mln mieszkańców. Inwestycje i konsumpcja wewnętrzna spadły, a deficyt budżetowy się potroił, dług zewnętrzny wynosi ponad 1,7 bln euro. Rząd zapowiada cięcia w sektorze usług publicznych – czyli zwolnienia i obniżki wynagrodzeń, może nawet o 17 mld euro – a zarazem proponuje wykupienie złych długów bankowych za 90 mld euro od podatników.

Socjalista Joe Higgins, poseł do Parlamentu Europejskiego i jeden z liderów obozu NIE, od razu wyłapuje ten słaby punkt polityki rządowej: jak to jest, że Komisja Europejska zezwala na ratowanie banków, a nie pozwala na ratowanie miejsc pracy? Obóz TAK mógłby się sporo nauczyć od przeciwników Lizbony takich jak Higgins czy Ganley, by wiedzieć, jak dać im odpór. Trzeba rozmawiać z ludźmi, wysłuchać ich obaw i oczekiwań. To może zdziałać dla traktatu więcej niż wizyty gwiazd i seminaria o tym, jak czytać Lizbonę.

Traktat jest atakowany przez narodowców, część lewicy, związków zawodowych i konserwatywnych katolików. Ci ostatni nie cofają się przed puszczaniem w obieg bredni, że traktat pozwoli likwidować starych ludzi i dzieci chore na autyzm. Takie strachy łatwo uruchomić, kiedy prawie nikt, poza elitami, a i te w małej części, w ogóle nie czytał traktatu i nie potrafi go zinterpretować zgodnie z wolą twórców. No i jest bezradny wobec manipulacji cytatami z dokumentu.

Zresztą sam premier Brian Cowen przyznał, że lektura traktatu nie jest spacerkiem po różach – opozycja zrobiła z tego od razu pompowanego newsa, że Cowen nie czytał traktatu, a jest liderem obozu TAK! Jego koalicyjny rząd centrowo-liberalny z domieszką Zielonych broni Lizbony, jak umie. Z pomocą politycznych vipów z całej Europy, od Jerzego Buzka przez popularnego w Irlandii Pata Coksa, kiedyś prezentera tamtejszej telewizji, później szefa Parlamentu Europejskiego, po aktualną komisarz Margot Wallström. Tak już drzewiej bywało, gdy trzeba było ratować wcześniejsze traktaty.

Tu krótka nota: sami Irlandczycy nie są wielbicielami referendów. To orzeczenie irlandzkiego Sądu Najwyższego z 1987 r. nakazuje poddawać głosowaniu powszechnemu każdy traktat, którego przyjęcie wymaga zmian w konstytucji, a tak jest w przypadku traktatów o zasadach, na jakich działa wspólnota europejska nazywana dziś Unią. I stąd ta irlandzka mania referendalna: głosowanie 2 października będzie ósmym z kolei. Przed powtórką z Lizbony była powtórka z Nicei – nad traktatem nicejskim głosowano dwa razy w 2001 r. i 2002 r. Za drugim podejściem TAK wygrało wyraźnie. Ale to było dawno temu, kiedy irlandzcy Celtowie przeżywali swoje długie pięć minut.

Kiedy wstępowali w 1973 r. do wspólnoty europejskiej, byli w niej krajem najbiedniejszym, niewiele różniącym się od naszej ówczesnej ściany wschodniej. Jeszcze w końcu lat 80. PKB, choć wyraźnie tłustszy, wciąż był poniżej średniej wspólnotowej. Ostatnio przekraczał średnią unijną o prawie 50 proc.! I z tak wysokiego konia Irlandia teraz spada. Z beniaminka zmienia się w hamulcowego integracji. Tak to widzą koła proeuropejskie w Irlandii, nie tylko biurokraci w Brukseli. Irlandzki minister finansów Brian Lenihan stawia sprawę równie jasno jak irlandzcy przeciwnicy traktatu: głosowanie na NIE podkopie międzynarodowe zaufanie, że Irlandia zdoła wyjść z kryzysu.

Przekonać Celtów

Irlandia jest w zasadzie za Europą i widzi, ile zyskała na członkostwie. Z drugiej strony ma swoje kompleksy i ambicje. Za każdym razem, gdy w Unii wybucha kryzys z powodu irlandzkiego NIE, wspólnota gotowa jest do ustępstw. Po odrzuceniu traktatu w zeszłym roku rząd Cowena dostał od Unii gwarancje, że Lizbona nie naruszy tego, na czym Irlandczykom szczególnie zależy. Włącznie z ochroną rolników, systemu edukacyjnego, statusu sektora publicznego i praw pracowniczych.

Nie zmieni się jej prawo rodzinne i antyaborcyjne ani system podatkowy. A trzeba przypomnieć, że jednym z kluczy irlandzkiego cudu był niski, 12,5-proc. podatek korporacyjny. Nawiasem mówiąc, Irlandia zwalnia z podatku od tantiem artystów, z czego skorzystali m.in. Frederick Forsyth, U2 i noblista Seamus Heaney. Na osiedlenie się w Irlandii z tego powodu może jednak być już za późno, bo w dyskusji o kryzysie padł postulat, by tę ulgę zlikwidować.

Nietknięte pozostaną zasady irlandzkiej polityki imigracyjnej, wizowej i azylowej, a także droga Irlandczykom neutralność (podczas II wojny światowej w siłach alianckich służyło jednak kilkadziesiąt tysięcy wyspiarzy). No i najważniejsze, bo właśnie ambicjonalne: Irlandia będzie miała swego komisarza w Komisji Europejskiej. Te wszystkie zapewnienia zostaną dołączone do traktatu jako protokół irlandzki.

Czy te bonusy Celtom wystarczą? Czy uwierzą niepopularnemu rządowi, że jest w stanie dopilnować tych uzgodnień? Duży biznes, na przykład Ryanair, czy lobby pracodawców IBEC są za Lizboną, ale to tylko dodatkowa amunicja dla jej przeciwników. Jeśli duży biznes jest za, to mały biznes i pracownicy najemni powinni być przeciw – taka jest logika opozycji.

Gdyby doszło do ponownego odrzucenia traktatu, Unia się nie zawali. Tak jak nie zawaliła się po irlandzkim NIE dla Nicei czy francuskim i holenderskim NIE dla tzw. traktatu konstytucyjnego w 2005 r. Ale powodów do zmartwień przybędzie. Szef londyńskiego think-tanku Centre for European Reform, proeuropejskiego, lecz niebezkrytycznie, Charles Grant uważa, że traktat lizboński tak czy inaczej, odrzucony czy przyjęty, zakończy erę unijnych megatraktatów próbujących w jednym tekście zintegrować wszystko co unijne.

Następne traktaty będą sektorowe: energetyka, imigracja. Zwraca też uwagę, że ponowne odrzucenie Lizbony skonsoliduje siły eurosceptyczne w nowej Unii. Bo co wtedy robić z mordercami unijnych traktatów? Już po pierwszym NIE dla Lizbony jeden z rumuńskich europosłów, bardziej europejski niż Europa, zażądał usunięcia Irlandii z Unii za obstrukcję.

Wolne żarty, lecz problem nie jest wyssany z palca: jak zapewnić 27-gwiazdkowej Unii sterowność, jeśli Irlandczycy pogrzebią traktat do tego służący? Czy to jest fair wobec tej ogromnej większości, która Lizbonę już przyjęła? Ale nie kraczmy. I podpisujmy, jak tylko wkurzeni Celtowie powiedzą TAK.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj