szukaj
Plan atomowej abolicji
Bombę rzuć!
Świat bez broni jądrowej? Za tę wizję Barack Obama odbierze w grudniu pokojową Nagrodę Nobla. Rozbrojenie atomowe to klamra jego polityki zagranicznej.

Artykuł został opublikowany w październiku 2009 roku

Dwa tygodnie przed otrzymaniem pokojowego Nobla Barack Obama przewodniczył widowiskowej sesji Rady Bezpieczeństwa. 24 września za słynnym okrągłym stołem w siedzibie ONZ zasiedli prezydenci i premierzy 15 państw, m.in. Dmitrij Miedwiediew, Hu Jintao, Gordon Brown, Nicolas Sarkozy i Yukio Hatoyama. Zabrakło tylko Muammara Kadafiego – Libia sprawuje w tym roku rotacyjne członkostwo, ale za wyraźną sugestią USA na posiedzenie przysłała ambasadora. Pod kierunkiem Obamy Rada jednogłośnie przyjęła rezolucję 1887, wzywającą świat do zatrzymania zbrojeń atomowych i rezygnacji z broni jądrowej.

Dzień później rezolucję przykryło wystąpienie Obamy, Sarkozy’ego i Browna w Pittsburghu, gdzie ogłosili, że Iran potajemnie zbudował drugi ośrodek wzbogacania uranu. Pokaz jedności w ONZ i denuncjacja Teheranu były częścią tej samej rozgrywki, mającej zmusić Irańczyków do ustępstw przed rozmowami w Genewie. I przyniosły efekt: 1 października Teheran przystał na inspekcję nowego ośrodka i wyraził wstępną zgodę na przekazanie wzbogaconego dotychczas uranu do Rosji i Francji, gdzie zostanie przerobiony na paliwo jądrowe – dobre do reaktora, ale nie na głowice.

Dążenie do pokoju

Rozbrojenie to jedyny dział polityki międzynarodowej, na którym znał się Barack Obama, zanim został prezydentem USA. Jeszcze jako początkujący senator pojechał z delegacją komisji spraw zagranicznych na objazd sponsorowanych przez USA zakładów utylizacji broni masowego rażenia w republikach byłego ZSRR. Przy tej okazji powstało słynne zdjęcie Obamy z kieliszkiem wódki – przed odlotem na Ukrainę amerykańska delegacja została zatrzymana na trzy godziny na lotnisku w Permie, a na zakończenie incydentu musiała wychylić strzemiennego z rosyjską strażą graniczną.

W kampanii prezydenckiej wiodącymi tematami polityki zagranicznej były wojny w Iraku i Afganistanie, ale rozbrojenie wróciło jak bumerang już dwa miesiące po zaprzysiężeniu Obamy. W kwietniowym przemówieniu w Pradze, anonsowanym jako exposé polityki zagranicznej nowego prezydenta, Obama nakreślił wizję świata wolnego od broni atomowej. – Istnienie tysięcy głowic atomowych to najgroźniejsze dziedzictwo zimnej wojny – mówił na Hradczanach. – Jasno i z przekonaniem deklaruję, że Ameryka będzie dążyć do pokoju i bezpieczeństwa w świecie wolnym od broni atomowej.

Pomysł, przyjęty w pierwszej chwili jako akt oratorskiego marzycielstwa, szybko nabrał praktycznego wymiaru. Jeszcze w Pradze Obama zapowiedział obniżenie rangi broni atomowej w amerykańskiej strategii obronnej, ratyfikację przez Waszyngton traktatu o całkowitym zakazie prób jądrowych, rozpoczęcie negocjacji z Iranem bez warunków wstępnych i zwołanie konferencji do przygotowania traktatu o zakazie produkcji materiałów rozszczepialnych do celów bojowych. W kolejnych miesiącach podjął całą serię działań, które fachowcy od rozbrojenia określają już mianem tzw. agendy praskiej.

Podczas wizyty w Moskwie 6 lipca uzgodnił z Dmitrijem Miedwiediewem ramy nowego układu o redukcji arsenałów strategicznych w miejsce dotychczasowego traktatu START-I, który straci ważność w grudniu tego roku. 17 września Biały Dom zrezygnował z tarczy antyrakietowej według projektu George’a Busha, uzyskując w zamian zniesienie rosyjskiego weta wobec ostrzejszych sankcji dla Iranu, co pozwoliło wziąć Teheran w kleszcze przed rozmowami w Genewie. A wszystko wpisane w ten sam ramowy projekt, przyjęty w uroczystej rezolucji Rady Bezpieczeństwa: globalnego rozbrojenia, a z czasem zniesienia broni atomowej.

Klub atomowy

Na świecie jest dziś ponad 23 tys. głowic atomowych, z tego 96 proc. w arsenałach USA i Rosji. Mimo to ład nuklearny znajduje się na krawędzi rozpadu. Na dziewięć państw, które dysponują bronią jądrową, tylko pięć (USA, Rosja, Francja, Wielka Brytania i Chiny) posiadało ją w chwili podpisania Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) w 1968 r. Pozostali weszli do klubu atomowego tylnymi drzwiami – nie podpisując NPT (Izrael, Indie, Pakistan) albo występując z traktatu tuż przed próbą jądrową (Korea Płn.). O budowanie bomby podejrzewa się dziś Iran, a wśród państw, które mogłyby ulec tej pokusie, wymienia się Wenezuelę, Syrię, Egipt i Arabię Saudyjską.

Zgodnie z NPT, wszystkie kraje świata mają prawo do energii jądrowej, potęgi atomowe winny się rozbrajać, a pozostałe państwa wyrzec się broni jądrowej. Na straży tego porządku postawiono Międzynarodową Agencję Energii Atomowej (MAEA), obsadzając ją w podwójnej roli: policjanta pilnującego, by żadne państwo nie zbudowało po cichu bomby, a zarazem dilera, który ułatwia wszystkim krajom dostęp do cywilnych technologii atomowych z energetyką jądrową na czele. Bo zakazując innym budowy broni jądrowej, mocarstwa chciały zachować prawo do zarabiania na sprzedaży reaktorów.

W latach zimnej wojny miarą ładu nuklearnego był fakt, że nie doszło do wojny jądrowej. Ale stało się tak nie dzięki NPT i MAEA, ale za sprawą MAD, doktryny wzajemnego zniszczenia, w myśl której Ameryka i Związek Radziecki przez 40 lat trzymały się na muszce. Zamiast wyzbywać się arsenałów, supermocarstwa wdały się w wyścig zbrojeń, u jego szczytu gromadząc aż 75 tys. głowic. Dopiero w 1986 r. Ronald Reagan i Michaił Gorbaczow uzgodnili w Rejkiawiku pierwsze redukcje arsenałów, na początek pocisków pośredniego i krótszego zasięgu. Pięć lat później obie strony podpisały układ START-I, po raz pierwszy ograniczając liczbę głowic na rakietach dalekiego zasięgu.

Po rozpadzie ZSRR rozbrojenie ustąpiło miejsca pilnej potrzebie zabezpieczania poradzieckiego arsenału na Białorusi, Ukrainie i w Kazachstanie. W 1993 r. USA i Rosja podpisały jeszcze START-II zakazujący głowic wieloładunkowych, ale układ ten nie zdążył wejść w życie – Moskwa wycofała się z niego dzień po tym, jak Waszyngton wypowiedział traktat ABM, by móc rozpocząć budowę tarczy. Ostatnie, co obu stronom udało się jeszcze uzgodnić, to zaprzestanie celowania do siebie z broni atomowej. Z Ameryką jako jedynym hegemonem nie było już kogo odstraszać, a nową obsesją ekspertów od rozbrojenia stała się groźba zdobycia bomby przez mafię lub terrorystów.

Nuklearny dialog

Dziwnym zrządzeniem losu ryzyko globalnej wojny jądrowej zmalało, ale ryzyko ataku atomowego wzrosło – mówił w Pradze Obama. I nie miał na myśli terrorystów. W 2002 r. Amerykanie odkryli, że ojciec pakistańskiej bomby atomowej Abdul Kadir Khan sprzedał technologie wzbogacania uranu Koreańczykom, Libijczykom i Irańczykom. Z tych trzech krajów tylko Libia zgodziła się oddać prototypy wirówek, otrzymując w zamian prawo powrotu na międzynarodowe salony. Korea Płn. wykonała test atomowy w 2006 r., Iran jest o krok od tzw. breakout capacity, zasobu materiałów i technologii, przy którym produkcja bomby będzie już tylko kwestią politycznego wyboru.

W obu przypadkach bezpośrednim powodem przyspieszenia prac nad bombą były amerykańskie interwencje w Afganistanie i Iraku – Kim Dzong Il i Mahmud Ahmadineżad nie chcieli podzielić losu Saddama Husajna. Z tego samego powodu atomem interesuje się od niedawna bliski przyjaciel irańskiego prezydenta Hugo Chavez. Żaden z nich nie odważy się użyć broni jądrowej, ale nie to spędza sen z powiek zachodnim przywódcom – wystarczy jeden irański test, by na Bliskim Wschodzie ruszył atomowy wyścig zbrojeń, to samo może stać się w Azji Wschodniej i Ameryce Łacińskiej. A wtedy dawne potęgi na zawsze stracą kontrolę nad bronią, która kiedyś była ich wyłącznym przywilejem.

Dlatego Obama tak demonstracyjnie zrywa z polityką poprzednika, a zamiast grozić, wyciąga do reżimów rękę. Gotowość dialogu ma zachęcić te kraje do przehandlowania bomby za gwarancje bezpieczeństwa, a program powszechnego rozbrojenia pozwala im wpisać własne ustępstwa w międzynarodowe przedsięwzięcie, a tym samym zatrzeć wrażenie, że kapitulują przed Waszyngtonem. Agenda praska odpowiada też na koronny argument reżimów przeciw inspekcjom: że Zachód nie ma prawa ich lustrować, bo sam nie wypełnia Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, czyli się nie rozbraja.

Ale nawet jeśli Obama zdoła odwieść Iran od budowy bomby, a Koreę Płn. namówić na jej demontaż, ład atomowy nakreślony w 1968 r. nie ma już racji bytu. Tabu rozprzestrzeniania zostało złamane, materiały rozszczepialne i wiedza potrzebna do budowy broni jądrowej są dziś łatwo dostępne, a reżim kontrolny MAEA zawiódł. Stąd plan ostatniej szansy, zanim kolejny reżim zacznie szantażować świat swoim programem jądrowym: całkowita eliminacja broni atomowej. Wielcy mają wyrzec się swoich arsenałów, mali raz na zawsze zrezygnować z ich budowy, a wszystko w imię światowego pokoju.

Świat bez bomb

Plan atomowej abolicji przedstawiła w grudniu ubiegłego roku międzynarodowa Global Zero Commission, w której zasiedli tacy jastrzębie jak Henry Kissinger i George Shulz. Na dobry początek USA i Rosja miałyby zredukować swoje zasoby do tysiąca głowic każde, później do 500 w zamian za to, że pozostałe potęgi atomowe nie zbudują ani jednej nowej bomby. W 2019 r. międzynarodowa konferencja miałaby ustalić harmonogram wyzerowania wszystkich arsenałów do 2030 r. Tak ambitny terminarz nie zostanie oczywiście przyjęty, ale od dat ważniejszy jest proces polityczny, który już udało się uruchomić.

Bo inicjatywa Obamy to przede wszystkim inteligentny sposób na odbudowę amerykańskiego przywództwa i ożywienie dialogu między mocarstwami – za to dostał Nobla. Wizja świata bez broni atomowej przemawia do wszystkich, także niedemokratycznych potęg, bez których Ameryka nic dziś nie zrobi. Rezygnacja z tarczy pozwoliła wciągnąć na pokład Rosję, bez której jakiekolwiek redukcje arsenałów nie miałyby sensu i która blokowała sankcje dla Iranu. Niebawem podobnej uwertury doczekają się także Chiny, których wsparcia Obama potrzebuje w rozmowach z Phenianem.

Dlaczego mocarstwa godzą się na abolicję? Bo nie mają nic do stracenia. Swoją pozycję zawdzięczają i tak siłom konwencjonalnym, głowice atomowe od końca zimnej wojny są bezużyteczne, a ich utrzymanie kosztuje. To jeden z powodów, dla których Wielka Brytania ogłosiła, że rezygnuje z jednego z czterech okrętów podwodnych do przenoszenia rakiet międzykontynentalnych Trident. Rosja wpisała abolicję jako cel do swojej nowej strategii obronnej. Redukcji arsenałów nie przyklasnął tylko Nicolas Sarkozy, choć poparł rezolucję wzywającą do powszechnego rozbrojenia.

Znacznie więcej do stracenia mają nieoficjalni członkowie klubu atomowego. Indie od lat wzywają do likwidacji arsenałów, ale to one wraz z Pakistanem były w ostatnich 20 latach najbliżej użycia broni, wykonując serię pokazowych, podziemnych eksplozji w 1998 r. Izrael, który wciąż nie przyznaje się do posiadania bomby, nawet nie rozważy rezygnacji przed zakończeniem procesu pokojowego z Palestyńczykami, uregulowaniem stosunków z Syrią i całkowitym rozbrojeniem Iranu. Arsenały tych trzech krajów są jednak na tyle małe, że w tej chwili nie stanowią przeszkody w realizacji planu Obamy.

Najbliższe miesiące pokażą, czy agenda praska trafi do jej najpilniejszych adresatów. Początek rozmów z Iranem był obiecujący, Korea Płn. wkrótce rozpocznie podobne negocjacje. Teheran i Phenian wiedzą, że lepszej okazji do rozmów nie będzie, a odtrącając rękę Obamy, ryzykują nie tylko sankcje, ale otwartą konfrontację z Ameryką. Pytanie, czy sam Zachód jest gotów do ustępstw, których mogą zażądać reżimy – np. uznania roli Iranu w polityce bliskowschodniej albo zmniejszania amerykańskiej obecności wojskowej na Płw. Koreańskim. Świat bez broni atomowej może okazać się zbyt kosztowny nawet dla Baracka Obamy.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj