szukaj
Jesień w Jakucku
Syberia: zjawy na jawie
Jakuck jesienią łatwo ginie z oczu: to w kłosach trzciny, przez które nie dojrzeć ludzi i domów, to w tumanach kurzu, który przez tysiące lat nanosiła tu pra-Lena. A jeszcze to jesienne słońce: świeci nisko znad horyzontu, męczy wzrok. Jakuck bywa wtedy jak omam.
Michał Książek/Polityka

Horyzont. Atlas chromatyczny Dumonta, nazywający 999 kolorów świata, to za mało, by opisać to, co widać w dolinie Tujmaada, w której leży Jakuck. Już pod koniec września wszechobecny tu modrzew przybiera barwę świeżego żółtka, ale nie wypełnia całej doliny monotonną jajecznicą, bo inaczej żółcieją młode, a inaczej stare osobniki, inaczej w mieście, a inaczej poza jego granicami. Gamę tonów i półtonów żółtego urozmaica brzoza. Jej liście barwią się na żółto w ciemniejszych aniżeli modrzewiowe odcieniach. W dolinie Tujmaada mają skłonność do czerwienienia, współgrając z korozyjnym karminem. Może to dlatego, że na patelni Tujmaady słońce operuje po coraz węższym łuku, prawie tak łagodnym jak skośne oczy Miss Jakucji 2008 Jany Marii Irnazarowej?

Jesień na Krestiańskim. Realny jest bez wątpienia zapach świeżej sielawy na rynku Krestiańskim, dopiero co przywiezionej znad Jany (rzeka na północy Jakucji). Sielawa, ryba ze szlachetnej rodziny łososiowatych, umiejętnie solona, podawana jest tutaj na surowo. Jeśli nieco skruszeje, skóra odchodzi od tuszki jak papierek od cukierka. Mięso ma mało ości, nie pozostawia zapachu i nie wywołuje pragnienia jak śledź. Tuż za sielawą, z małą przerwą na lubiane tu powszechnie karasie, pojawiają się czyr, muksun, omul i nelma, czyli białorybica północnosyberyjska. To znak, że na Indygirce i Janie już zima i że rozpoczęło się łowienie spod lodu.

Następny po rybach zwiastun jesieni na Krestiańskim to wyborne borsucze sadło. Cena za słoik tego specyfiku znad Morza Ochockiego dochodzi do 1000 rubli, czyli 100 zł, i droższa od niego może być już tylko żółć niedźwiedzia. Kiedy pojawi się po raz drugi sielawa, a z nią sieja i peluga – łowione spod lodu – to znak, że na północy już prawdziwa zima i wszystkie rzeki stanęły. A po ściętych lodem bagnach wyładowane sieją i sielawą samochody mogą dotrzeć do Jakucka.

Smak jesieni. Jesienny czyr jest tak ceniony, że przywozi się go tylko samolotem. Ryba słynie z delikatnego tłuszczu, który umożliwia spożywanie jej na surowo, ba, właśnie tylko na surowo, a do tego zamrożonej. Ze zmarzniętej na kość tuszki heblujesz ostrym nożem ogromne wióry (straganina), które nieco posolone doskonale rozpływają się w ustach jak gęsty napój. Straganina z jesiennego czyra uważana jest za danie królewskie, równać się z nią może tylko strugany jesiotr. Ważne, by ryby były z jesiennego połowu, kiedy to mają najwięcej szlachetnego tłuszczu. Na Nowy Rok będą już chudawe i nie tak smaczne. Nie dziw więc, że na Krestiańskim kolejki wylegają aż na ulice.

Balaghan. Jakucka nazwa września, balaghan yja, oznacza miesiąc domu. Kiedy nastawał, dawni Sacha (tak nazywają siebie Jakuci) gromadzili żywność, gacili swoje balaghany (domy) ziemnym wałem i ocieplali ściany krowim nawozem. Mieszkający w tajdze myśliwi i pasterze półdzikich tabunów robią tak po dziś dzień. Muszą też zatroszczyć się o modrzewiowy susz, żeby było co wrzucić do paleniska, i muszą zwieźć z jeziora wielką jak igloo kupę lodu, żeby było z czego brać wodę.

W Jakucku przygotowania do zimy wyglądają nieco inaczej. Stare, nieszczelne okno w bloku najlepiej zabić na głucho, aż do wiosny. Jeżeli jest duże, można nawet zastawić materacem. Drewniane drzwi w XIX-wiecznym domku na starym osiedlu Załog koniecznie trzeba obić nowym filcem. Okna na poczcie, w sklepie i w urzędzie uszczelnić pakułami bądź watą. Uszczelniają studenci w akademikach, właściciele domów w drewnianej dzielnicy Sajsary, mieszkańcy bloków i susły dziabaraasky, zasypiające w norach na pastwiskach za miastem. Służby miejskie szalikiem z pianki owijają rury ciepłownicze – ku radości wróbli i mazurków; za zwojami izolacji, przytulone do rury z ciepłą wodą, ptaki będą mogły przetrwać największe mrozy.

To jeszcze jesień. Wokół rynku Krestiańskiego pojawiły się już prowizoryczne kramy, na których jakuckie babcie, czasami ledwo rozumiejące po rosyjsku, sprzedają ytyys – skóry z końskich goleni na zimowe obuwie, zwane eterbees, i kamus, czyli skóry z nóg renów, na ciepłe unty. Znajdziesz tu i podeszwę filcową, i walonki, czapkę uszankę i szal z owczej lub koziej wełny. Czasem ktoś półszeptem zaproponuje czubuku – skórę rzadkiej owcy górskiej, najlepszą na półkożuszek i czapkę. Ale lepiej udać, że nie słyszysz, bo czubuku pod ochroną.

Śniegu jeszcze jak na lekarstwo, ale w początkach października przydałby się już kożuch ze skóry górskiego barana – temperatura za dnia 0 stopni, a w nocy spada do minus 10. Na placu Lenina widać już pierwsze uszanki – tak samo rzucają się w oczy jak pierwsza goła głowa na wiosnę albo pierwszy rowerzysta. Mieszkańcy północnej republiki wdziewają najpierw te najlżejsze czapki – piżmaki albo norki, cieplejszego wilka lub lisa nikt teraz jeszcze, w październiku, nie założy. Choćby na zewnątrz było i minus 12 stopni, powiadają, że to jeszcze jesień.

Babie lato. A jesienią Jakuck pełen jest uczących się chodzić na obcasach studentek. Dla tysięcy młodych Sacha to jedyne miasto (w Jakucji są jeszcze dwa, ale uchodzą za rosyjskie), czyli miejsce, gdzie można wdziać wysokie buty i bynajmniej nie są to kosmate unty z Krestiańskiego. Na prowincji trudno o asfalt czy chociażby bruk, obcasem tam nie stukniesz, toteż opalone po sierpniowych sianokosach 19-latki chętnie sięgają po miejskie buty. Stąpają ostrożnie jak renifery albo młode źrebaki, ciesząc się, nierzadko pierwszym w życiu, pobytem w mieście. Chwiejny krok nadrabiają uśmiechem i trzeba przyznać, że ich opalenizna, pokryta pudrem Silk Touch 12 880 (średni) albo Avon Pocałunek Słońca SPF6, to jeden z przyjemniejszych odcieni jesiennej Tujmaady. Warto im się przypatrzeć, bo lada chwila Byk Zimy (patrz tegoż autora o syberyjskiej zimie, POLITYKA 12/08 – red.) chuchnie mrozem, sypnie śniegiem i jakuckie caryce zginą w futrach, kapturach, ogromniastych kapiszonach i szalach. Długo trzeba będzie na nie czekać.

Pierwszy lód. Niby babie lato, a w początku października północne rzeki Jakucji: Jana, Kołyma, Indygirka i Anabar zamieniają się w żyły lodu. W Jakucku tężeją wtedy kałuże. Wyglądają jak brudne zerkała porozrzucane po całym mieście. Nad ranem możesz się w takim przejrzeć, a w południe już zamieni się w wodę. W połowie miesiąca mróz już zwarzył jeziorka w centrum, ściął łączące je kanały i pokrył szyby ułazów cienką sztukaturą. Na koniec skrzepił największe śródmiejskie jezioro Sajsary, a z nim starorzecza Leny. Zanim zaskoczy główny nurt rzeki, krępuje jej wąskie ramiona i odgałęzienia w pobliżu Jakucka. Jako ostatnie, parę dni po świętym Michale, zaciąga się niebo. Nad doliną Tujmaady zapada dekiel w kolorze siniec-ultramaryna.

Pierwszy śnieg. Profesor Nakaya z uniwersytetu Hokkaido w swojej pracy „Klasyfikacja kryształów śnieżnych” opisał aż 41 typów różnych śnieżynek. Poszczególne kryształki oznaczał kombinacjami dużych i małych liter i cyfr. Poczytasz trochę profesora Nakaya w Jakucku i wyda ci się, że oto P2b przeleciał ci przed nosem, N1a roztopił się na rękawiczce, A2d osiada na parapecie. Dosłownie: litery i literki, cyfry i cyferki lecą z nieba.

Na ich widok milkną wróble. Osowiałe siedzą na końcach pędów wierzb jak suche owoce. Mazurki znaczną część dnia spędzają w ciepłych ścianach domów bądź izolacji rur ciepłowniczych. Pustułki wynoszą się dalej na południe. Zostają za to głupie i nieostrożne gołębie – nieświadome, że w tym mieście zimy nie przeżyją. Nerwowe i niebezpieczne stają się zgraje bezdomnych kundli na osiedlu Sajsary. Im tej zimy też nie przeżyć: zginą z głodu albo od kuli gdzieś na przedmieściach. Jeden z nich, pies z kulawą nogą, wyje w padający śnieg pośrodku ulicy Gogola.

Spokój zachowują za to dwa wielbłądy baktriany, które jak z innej opowieści pojawiają się nagle na ulicach Jakucka. Nikt nie wie, czy z cyrku, czy może z prywatnej hodowli? Może z jakiegoś planu filmowego? Żują z południowym spokojem folię, grzebią w odpadach, pozwalając fotografować się i oglądać.

Śryż na Lenie. Kiedy zamarza Sajsary i kurzy pierwszy śnieg, to znak, że po Lenie płynie już śryż i że lada moment zamknie się promowa przeprawa (w Jakucku nie ma mostu). Śryż, czyli krupy lodu i śniegu na rzece, które zbijają się w ogromne strupy, łączą z lodem narastającym od brzegów i zatrzymują nawet najbardziej bystry nurt. Póki nie zatrzymają Leny, promy w wielkim pośpiechu przewożą ludzi ze wschodniego na zachodni brzeg i na odwrót. Najbardziej śpieszą się kierowcy wielkich ciężarówek – ci jadą najdalej. Jeżeli przez Kołymę do Magadanu, to spieszą się na przeprawę na Ałdanie (jest mniejszy i zamarza wcześniej), jeżeli nieco bliżej, do Nierungri (gdzie zaczyna się kolej), to gonią, by zdążyć z jeszcze jednym kursem. Aby się nie spóźnić czy znaleźć trochę miejsca na promie, kamaziści – jak nazywają ich kierowcy osobowych – zdolni są do wszystkiego. Jeżeli postukają kluczami po przedniej szybie albo przewrócą Moskwicza do góry kołami, to jeszcze pół biedy. Rok temu kilku rozochoconych bywalców trasy Jakuck–Magadan wyrzuciło za burtę niewielką Toyotę. Twierdzili zgodnie, że kierowca po prostu nieumiejętnie wjechał na trap promu, pewnie przez to, że była mgła. A może coś mu się przywidziało...

Bez, jarzębina i głóg. Właśnie przez mgłę, w ostatnich dniach października, atlas Dumonta nie jest już potrzebny do oznaczania kolorów Tujmaady. Przez niskie chmury zimne światło sączy się osmotycznie na niemiłosiernie gołe pędy modrzewi, brzóz i wierzb. Jedynie sosna trzyma zielony fason. Korony drzew często pokrywa teraz szron, rzadziej szadź. Kiedy śnieg spada na ozdobione szronem pędy, efekt jest zupełnie inny: śniegu zatrzymuje się dużo więcej, potrafi trwać nawet na cienkich igłach sosen. Tajga w dolinie Tujmaada doskonale nadaje się wówczas na scenografię Królowej Śniegu.

Zima. Na razie to zima przyszła do Tujmaady po cichu, niezauważenie dla tych, u których na ścianie wisi kalendarz juliański lub gregoriański. Dawno już po świętym Michale, a od pierwszego nowiu po tym święcie, według starego jakuckiego roku, zaczyna się zima. Miasto wtedy nie mniej oniryczne niż jesienią: spojrzysz przez okno w domu czy autobusie, zobaczysz co najwyżej trzeciorzędową oranżerię: skrzypy, paprocie, ogromne cyprysy, wymalowane 50-stopniowym mrozem. Najbardziej nierzeczywisty jednak jest Załog, dzielnica, gdzie nie brakuje starych domów i ulic, prosto z XIX w. Wystarczy, żeby buran (wiatr ze śnieżycą) sypnął ci w oczy i, zmęczony brodzeniem po zaspach, spotkasz tam – wypisz, wymaluj – brodatego zesłańca w łachmanach, syberyjskiego kupca w wilczej czapie, z czerwoną od mrozu fizys, a nawet ponętne ladacznice w pobliżu pomnika Lenina, ginącego w roju białych płatków P2a, P2c, P2b.

 

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj