Jak samorządy dbają o kulturę

Wolne miasta
Gdy państwo, zamiast bronić wolności sztuki, zaczyna na tę wolność wpływać, oczy artystów i ludzi kultury z nadzieją kierują się w stronę samorządu.
Poznański festiwal Malta w tym roku nie otrzymał dotacji od Ministerstwa Kultury.
Maciej Zakrzewski

Poznański festiwal Malta w tym roku nie otrzymał dotacji od Ministerstwa Kultury.

Noc Kultury w Lublinie
Piotr Jaruga

Noc Kultury w Lublinie

audio

AudioPolityka Edwin Bendyk Urszula Schwarzenberg-Czerny - Wolne miasta

Władze miast i gmin muszą zdać sobie sprawę, że to na nich dziś spoczywa odpowiedzialność za kulturę w Polsce, przekonywał Paweł Łysak, dyrektor warszawskiego Teatru Powszechnego, podczas Lubelskiego Kongresu Kultury. Jego teatr znalazł się na linii ognia, gdy Oliver Frljić wystawił tu „Klątwę”. Spektakl wywołał burzę, został okrzyknięty bluźnierstwem, prokuratura wszczęła postępowanie, a najbardziej zmobilizowani antywidzowie spod szyldu ONR i skrajnej prawicy, uzbrojeni w race i kije, ruszyli pod znakiem falangi na teatr, by wymusić zdjęcie sztuki z afisza. Teatr się obronił, m.in. dzięki mobilizacji społeczności widzów i zdecydowanej postawie ratusza: „Nigdy nie było i mam nadzieję, że nigdy nie będzie w warszawskim ratuszu cenzury. Wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się obraza uczuć religijnych kogokolwiek. Natomiast nie decyduje o tym prezydent miasta, tylko sąd” – stwierdził tuż po premierze „Klątwy” Michał Olszewski, wiceprezydent miasta.

Inne zdanie wyraziło Ministerstwo Kultury w „komunikacie w sprawie zajść przed Teatrem Powszechnym w Warszawie” z 26 kwietnia br. Kierownictwo resortu przyznaje w nim, że „zna kształt spektaklu »Klątwa« z przekazów medialnych i recenzji”. Ta skromna wiedza pozwala wyrazić ubolewanie z powodu zamieszek, zamiast jednak potępienia przemocy bojówek skrajnej prawicy dostaje się władzom Warszawy – bo to one prowadzą Powszechny, więc gdyby chciały, mogłyby w nim zrobić porządek. A wtedy nie byłoby i rozrób.

Podobnym rozumieniem wolności sztuki wykazał się minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński już w pierwszych dniach urzędowania, gdy próbował przy pomocy swych urzędników wpłynąć na samorząd województwa dolnośląskiego, by nie dopuścił do premiery „Śmierci i dziewczyny” we wrocławskim Teatrze Polskim. Ministra i wicepremiera przeraziła zapowiedź, że w spektaklu Eweliny Marciniak wystąpią czescy aktorzy porno.

Samego Olivera Frljicia otacza dziś aura klątwy – kto się z nim zadawał lub zadaje, wypada z łask resortu. I tak tegoroczny poznański festiwal Malta nie otrzymał, mimo umowy z Ministerstwem Kultury, dotacji, bo jego kuratorem jest właśnie „prowokator Frljić”. Z kolei bydgoski Teatr Polski nie dostał dofinansowania na Festiwal Prapremier, jedno z najbardziej uznanych wydarzeń teatralnych w Europie. Trudno się jednak dziwić, skoro podczas poprzedniej (i ostatniej) edycji festiwalu skandal wywołał, no właśnie, Oliver Frljić spektaklem „Nasza przemoc i wasza przemoc”.

To jednak nie chorwacki reżyser jest problemem dla kultury w Polsce, jest on jedynie symptomem problemu prawdziwego – władzy państwowej przekonanej, że dysponuje demokratycznym mandatem do określania, nawet bez znajomości dzieł, jaka kultura i sztuka jej się podoba, a więc godna jest wsparcia publicznym groszem, a jaka nie, w związku z czym nie powinna gościć w publicznych instytucjach. Tyle tylko, że z budżetu państwa idzie ok. 20 proc. publicznych pieniędzy wydawanych w Polsce na kulturę. Reszta jest w rękach samorządów, które na ten cel przeznaczają 3–4 proc. swoich budżetów (państwo ok. 1 proc.). Stąd właśnie apel Pawła Łysaka do samorządowców.

Po co miastom kultura?

Czy jednak dyrektor Teatru Powszechnego dobrze lokuje swoje nadzieje? Przecież wspomniany wcześniej Teatr Polski we Wrocławiu, do niedawna jedna z najważniejszych scen w Polsce, dogorywa, bo tak o jego losie zadecydowała władza samorządowa województwa dolnośląskiego. Minister kultury jedynie nie przeszkodził w wyborze nowego dyrektora, a teraz utrudnia jego odwołanie, broniąc czystości procedur. I to nie ministerstwo doprowadziło do zmiany na stanowisku dyrektora wrocławskiego Muzeum Współczesnego. Dorota Monkiewicz, która stworzyła tę instytucję i nadała jej metropolitalny, międzynarodowy sznyt, musiała odejść, a cała prowincjonalna awantura rozegrała się w czasie, gdy Wrocław z dumą realizował program Europejskiej Stolicy Kultury.

Teatr Polski w Bydgoszczy, owszem, nie otrzymał pieniędzy na Festiwal Prapremier, ale to nie Piotr Gliński nie przedłużył kontraktu Pawłowi Wodzińskiemu. Gospodarzem sceny jest miasto i to bydgoski ratusz zdecydował o wyborze nowego dyrektora. W efekcie Teatr Polski straci nie tylko Wodzińskiego, ale i część znakomitego zespołu, która zdecydowała podążyć za swym liderem.

W Olsztynie to również nie minister kultury odwołał w skandaliczny sposób, tuż przed szczytem sezonu, Agnieszkę Kołodyńską, dyrektorkę Miejskiego Ośrodka Kultury. Nie pomogły bardzo dobre oceny tworzonego przez nią programu ani protesty środowisk animatorów w całej Polsce. Prezydentowi do podjęcia decyzji wystarczyły niepotwierdzone zarzuty o mobbing. I to nie minister nie przyznał dotacji na uznany festiwal Multi.Art w Kaliszu, tylko władze miasta. (Organizatorzy nie poddają się i XI edycja festiwalu odbędzie się we wrześniu).

Przykłady niepokojące, czy jednak można na ich podstawie wnioskować, jaka jest samorządowa norma w podejściu do kultury? Bardziej systematyczny obraz od lat tworzy kierowany przez Artura Celińskiego zespół programu DNA Miasta, związany z „Magazynem Miasta” i „Res Publicą Nową”. Polityki kulturalnej nie można oceniać jedynie na podstawie incydentów, pojedynczych decyzji personalnych. Zdaniem badaczy ważniejsze jest pytanie o system, o to, czy w świadomości samorządowych władz kultura to tylko kosztowny ornament potrzebny, by dostarczyć ludności rozrywki, czy też obszar o znaczeniu strategicznym dla rozwoju lokalnej społeczności.

Lublin może być przykładem

Gdzie najlepiej? Jak odpowiedzieć na to pytanie? Analizując miejskie dokumenty, budżety, statystyki i rozmawiając na miejscu z zainteresowanymi. W efekcie powstaje ciekawy obraz samorządowej polityki kulturalnej, przekładający się na monografie przedstawiające miejskie kulturalne DNA. – Nasze obserwacje nie dają powodu do euforii – zauważa Artur Celiński. – W wielu ośrodkach dominuje zasada, że jeśli nie ma skandalu w kulturze wywołanego np. sprawami personalnymi, to już dobrze. Ale też są miasta, które wyłamują się z tego schematu, pokazując, że ambitne zarządzanie kulturą jest możliwe.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj