Jakość życia w polskich miastach

Nasze miejsca
W Warszawie jakość życia jest najwyższa – tak wynika z rankingu, w którym porównywaliśmy 66 polskich miast o statusie powiatu. Ale uwaga: w pierwszej piątce znalazły się jeszcze Sopot, Wrocław, Rzeszów i Ostrołęka.
Polityka

Przez ponad rok, w comiesięcznym cyklu „Portrety miast polskich”, opisywaliśmy kolejne polskie metropolie.
Jerzy Bartkowski/KFP, Dariusz Zarod/East News, Maciej Rałowski, Krystian Maj/Reporter, Wikipedia

Przez ponad rok, w comiesięcznym cyklu „Portrety miast polskich”, opisywaliśmy kolejne polskie metropolie.

Most Tumski we Wrocławiu
Dariusz Zaród/EAST NEWS

Most Tumski we Wrocławiu

Trudno o lepszą ilustrację, że o kondycji miasta nie musi decydować ani jego wielkość, ani zamożność, ani miejsce na mapie. Powinni o tym pamiętać zarówno startujący w wyborach samorządowych, jak i ich wyborcy. Ta mniejszość, która pójdzie głosować, i ci, którzy wybory zignorują. Tak czy owak w niedzielę podejmą bardzo ważne decyzje.

Wybory samorządowe, uchodzące za politycznie mniej ważne niż prezydenckie czy parlamentarne, pod względem rozmachu, gdy chodzi o zaciąg do władzy, nie mają sobie równych. W tym roku do wszystkich szczebli lokalnej władzy kandyduje ponad 240 tys. osób – prawdziwe pospolite ruszenie. Do wzięcia jest 47 tys. foteli radnych, 806 posad burmistrzów, 106 miejskich prezydentur i 1566 stanowisk wójta. W jednej radzie Warszawy zasiądzie 60 radnych. Motywów kandydowania jest pewnie tyle, ilu kandydatów: od misyjnych – autentycznej chęci zrobienia czegoś pożytecznego dla lokalnej wspólnoty – po najbardziej cyniczne. Nie ulega bowiem wątpliwości, że gra toczy się o wielką liczbę posad, nie tylko w samych samorządach, ale też w kontrolowanych przez nie instytucjach i spółkach; także o prawo dysponowania miejskim czy gminnym majątkiem. To jest często walka może nie tyle o życie, co o środki do życia.

W lokalnych wyborach ujawnia się wielki żywioł polityczny, słabo widoczny z poziomu ogólnopolskiego. Dość powiedzieć, że w skali kraju PKW zarejestrowała łącznie 12 582 komitety wyborcze (w samym woj. mazowieckim to 1685 komitetów, w wielkopolskim – 1280), z czego tylko 22 to ogólnopolskie komitety, w tym partyjne, reszta to drobnica, tworzone ad hoc platformy, które jednak odgrywają znaczącą rolę. Wybory samorządowe coraz bardziej różnią się od pozostałych, a miejscowe sploty interesów, sojusze i układy, często silnie spersonalizowane, oddzielają się od „centralnego” życia politycznego i jako tako są czytelne wyłącznie na miejscu.

Na ogólnokrajowym rynku politycznym liczą się przede wszystkim rezultaty głosowania na radnych sejmików wojewódzkich (555), gdzie będą już dominować główne partie polityczne. Sejmiki są dość dziwnym tworem, słabo osadzonym w wyobraźni i emocjach wyborców. Gdyby nie to, że odbywają się w pakiecie z wyborami wójtów, burmistrzów i miejscowych rad, miałyby pewnie frekwencję kilku–kilkunastoprocentową. Ale jednocześnie to na tym szczeblu, poprzez marszałków, wojewódzkie koalicje i programy regionalne, dokonuje się podział wielkich pieniędzy europejskich, jakie wciąż płyną w polski interior. I to właśnie te wybory są traktowane jako najważniejszy test przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi. Tu też jednak są trzy miary, według których ugrupowania będą próbowały wykazać swoją przewagę: po pierwsze, kto wypadnie najlepiej po zsumowaniu głosów do wszystkich sejmików, po drugie, jaka partia wygra w największej liczbie województw, i po trzecie, jaka partia utworzy najwięcej rządzących sejmikami koalicji. (PiS i Platforma zapewne podzielą się tymi cząstkowymi zwycięstwami, choć partia Kaczyńskiego ma chyba najmniejsze szanse w trzeciej „koalicyjnej” kategorii. Wydaje się, że ogólny wynik w granicach remisu Platformy i PiS, a zwłaszcza nawet nieduża przewaga PO, urządzałby partię Ewy Kopacz, ale dla PiS byłby kolejną porażką).

Prognozy podpowiadają jednak, że wybory nie przyniosą rewolucji – w większości rad i sejmików utrzymają się dotychczasowe koalicje, a w zdecydowanej większości metropolii władzę zachowają dotychczasowi prezydenci. Czy to dowód, że polska demokracja samorządowa ustabilizowała się i okrzepła, czy też po prostu uległa zabetonowaniu? To dowód kompetencji lokalnych władz czy siły miejscowych układów żerujących na niskiej frekwencji i bierności wyborców? Życie podpowiada, że proces samoodtwarzania lokalnych elit – jedna z najważniejszych cech polskiej demokracji – jest napędzany tą samą mieszanką sukcesów i interesów. Ale od przynajmniej kilku lat działa kolejny czynnik stabilizujący: to były łatwe kadencje, maskujące niemal każdą niekompetencję, związane na ogół z wydawaniem unijnych pieniędzy (kilkadziesiąt miliardów w cztery lata) i niebywałym wręcz inwestycyjnym boomem.

Odnowione fasady

Przez ponad rok, w comiesięcznym cyklu „Portrety miast polskich”, opisywaliśmy kolejne polskie metropolie, przyglądaliśmy się ich estetyce (w najnowszym Niezbędniku Inteligenta zatytułowanym „Miasta i ludzie” prezentujemy pierwszy architektoniczny i urbanistyczny ranking polskich miast), kulturze, rozmawialiśmy z mieszkańcami i badaliśmy sekrety życia politycznego, pytaliśmy o gospodarkę i życie intelektualne. To było bardzo specjalne redakcyjne przedsięwzięcie, dedykowane właśnie nadchodzącym wyborom, swoisty audyt największych polskich miast w 25-lecie odzyskania niepodległości i w dekadę po wejściu do Unii.

Pierwsze ogólne wrażenie mamy takie, że w ciągu ostatnich kilku lat nasze miasta dokonały rzeczywiście wielkiego skoku cywilizacyjnego, bez precedensu w swojej najnowszej historii, zeuropeizowały się, nabrały blichtru, poprawiła się miejska infrastruktura, podniosła jakość życia (patrz ranking). Ale, jednocześnie, te pięknie odnowione fasady kryją zapowiedź możliwego kryzysu: miasta są zadłużone (długi samorządów sięgają 70 mld zł), wiele inwestycji było dyktowanych względami prestiżowymi, w budżetach brakuje pieniędzy na ich utrzymanie, nie udało się stworzyć trwałych fundamentów rozwoju i atrakcyjnych miejsc pracy.

Odkryliśmy też – choć stwierdzenie to brzmi jak banał – że każde miasto jest inne. A to owe odmienności decydują o wyborze jakiegoś lokalnego modelu rozwoju, a często też o irracjonalnych sporach, jakie dzielą miejscowe elity i uniemożliwiają, na przykład, bliższą współpracę tak bliskich sobie (geograficznie) ośrodków, jak Bydgoszcz i Toruń (oba miasta przewodzą w rankingu zadłużenia w stosunku do dochodów) lub Gdańsk, Gdynia i Sopot.

Pierwszy wymiar odmienności wynika ze sposobu, w jaki nasze metropolie poradziły sobie ze schedą PRL, zwłaszcza w wymiarze gospodarczym. Niewątpliwym zwycięzcą w tej rozgrywce jest Warszawa. Czerwona Wola stała się dzielnicą banków i instytucji finansowych, Służewiec Przemysłowy zamienił się w wielkie centrum biznesowe dające pracę większej liczbie „białych kołnierzyków”, niż kiedyś służewieckie fabryki oferowały robotnikom. W Ursusie na terenie dawnej fabryki traktorów powstać ma nowe miasto. Że już nie wspomnimy o drugiej linii metra.

Stolica odskakuje od swego regionu – dysproporcje ekonomiczne między Warszawą a jej otoczeniem nie mają precedensu w Polsce, dla naukowców to jednak w pełni zrozumiały proces zwany metropolizacją: – Aktywność gospodarcza stolicy tylko w 10 proc. wynika z zasileń płynących z regionu. No bo co może dać Warszawie jeden z najsłabiej rozwiniętych w Polsce regionów? Studentów, których sobie potem Warszawa zatrzyma? Może dać tereny rekreacyjne na dacze. I może dać słabo kwalifikowanych robotników – wyjaśnia prof. Grzegorz Gorzelak, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego, i dodaje, że nawet w funkcji zaplecza żywieniowego Mazowsze traci na znaczeniu, bo bogacąca się klasa metropolitalna domaga się francuskich serów i chilijskich win.

Ligi polskich miast

Podobnie dzieje się na Węgrzech, w Czechach i na Słowacji, gdzie stolice pod wpływem procesu metropolizacji zdominowały życie gospodarcze nie tylko swoich regionów, ale całych krajów. Polska szczęśliwie ma bardziej zrównoważoną strukturę miejską – obok blisko dwumilionowej Warszawy istnieją inne duże miasta, a Kraków, Wrocław i Poznań także włączyły się do metropolitalnego wyścigu. Próbuje w nim sił i ma szanse Trójmiasto, o ile właśnie będzie bardziej Trójmiastem niż sumą trzech miast. Wielką zagadką i jednocześnie wyrzutem na procesie polskiej transformacji jest Łódź, która utraciła na rzecz Krakowa pozycję drugiego pod względem wielkości miasta Polski.

Kraków nie tylko urósł, lecz stał się także doskonałym przykładem przemian miejskiej społeczności. Drugi po Warszawie ośrodek akademicki, ze znakomitymi uczelniami, wypuszcza co roku na rynek pracy absolwentów, których zalety odkryli zachodni inwestorzy. W ciągu dekady Kraków urósł do najważniejszego w Europie centrum usług biznesowych i zatrudnia w tym segmencie ok. 40 tys. pracowników. Dawny proletariat z Nowej Huty został wyparty przez digitariat z klimatyzowanych biurowców.

Podobnie stało się w innych metropoliach – szczególnie imponuje awans Rzeszowa, oczywiście Wrocławia czy Lublina. Miejscowe uniwersytety dziś są największymi pracodawcami, produkując najcenniejszy zasób współczesnej zglobalizowanej gospodarki – kapitał ludzki potrzebny do pracy w firmach konsultingowych, usługach biznesowych i finansowych, w centrach badawczo-rozwojowych, a także w administracji publicznej i usługach publicznych. Niestety, często produkują na eksport. Absolwenci wielu (zbyt wielu?) uczelni nie mogą znaleźć pracy ani na miejscu, ani w kraju. Prawie każda polska metropolia w planach na przyszłość przymierza się do „innowacyjnej gospodarki”, ale brzmi to na ogół jak zaklinanie rzeczywistości lub kolejny trick do wyciągnięcia unijnych pieniędzy z nowej perspektywy budżetowej.

Polskie miasta wyraźnie podzieliły się na ligi. Warszawa wyskoczyła ponad konkurencję i gra już w rozgrywkach globalnych, co jednak tylko do pewnego stopnia jest zasługą samych warszawiaków i włodarzy miasta. Stolica była skazana na sukces z tego właśnie powodu, że jest stolicą dużego, integrującego się z Europą i światem kraju. Kraków, Wrocław, Poznań i Trójmiasto, potencjalne metropolie o swoje miejsce w globalnej sieci powiązań ciągle muszą walczyć. Wszystkie jednak miasta, niezależnie od ligi, stanęły przed podwójnym wyzwaniem.

Rozwój czy hamowanie

Pierwsze, to efekty integracji z Unią Europejską. Niezależnie, czy jest się w Białymstoku czy we Wrocławiu, Katowicach lub Gdańsku, unijne odciski widać od rogatek miast: nowe arterie komunikacyjne z obowiązkowymi już ścieżkami rowerowymi obok, nowy tabor komunikacji miejskiej, nowe kampusy akademickie, nowe hale sportowe, kongresowe, filharmonie, opery i muzea. Mniej widoczne oczyszczalnie ścieków i zakłady utylizacji śmieci oraz zyskująca na popularności infrastruktura „inteligentnego miasta”, czyli systemy zintegrowanego zarządzania ruchem i innymi miejskimi funkcjami. To wszystko zachwyca – mamy w końcu podobne (a może i lepsze) stadiony jak Niemcy, a sale koncertowe jak Austriacy.

Po naturalnym zachwycie pojawia się jednak nieuniknione pytanie: Czy gigantyczne inwestycje zapewnią miastom długotrwały rozwój, czy też staną się kosztownym obciążeniem rozwój hamującym? Uczeni nie mają jeszcze gotowej odpowiedzi, zbyt wcześnie na precyzyjne podsumowania. Prof. Paweł Swianiewicz z Uniwersytetu Warszawskiego podkreśla, że trudno zdefiniować, czym jest produktywna inwestycja w przypadku miasta. Do filharmonii lub akwaparku być może trzeba będzie dopłacać, lecz ich obecność może mieć wpływ na decyzję zagranicznego inwestora. Bo ten coraz częściej szuka już nie tylko taniej siły roboczej, lecz także zwraca uwagę na jakość życia. Na nią zaś wpływ ma wiele czynników, zarówno twardych, jak infrastruktura, ale i mniej uchwytnych, jak bezpieczeństwo, oferta kulturalna lub jakość środowiska. Znowu doskonale tę złożoność ilustruje nasz ranking.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj