Kazik Staszewski
12 lipca 2008

Kanary po mojemu

Mógłbym kusić opowieściami, że na Wyspach Kanaryjskich sporo tańsze niż u nas są papierosy, alkohol i markowe perfumy. Ale ile w końcu można jarać, chlać i się perfumować?

Kiedy jakieś kilkanaście lat temu mój kolega powiedział mi, aby nasze rodziny zrobiły sobie lato w zimie, to nie bardzo się zapaliłem do pomysłu. Niewiara przykryła atrakcyjność. Miałem naturalnie świadomość, że na półkuli południowej jest odwrotnie z porami roku niż u nas, ale koszty dostania się w te rejony wykluczały raczej eskapadę z całą rodziną. Że coś jest bliżej i na moją kieszeń, to raczej trudno mi było uwierzyć. Coś tam słyszałem o Teneryfie. Jako że chodziło o to, że klub z tej wyspy wyrwał w ostatniej chwili Realowi Madryt tytuł mistrza Hiszpanii na rzecz Barcelony, to wyobrażałem sobie wyspę bardzo dziecinnie, jak coś na kształt stadionu otoczonego oceanem. Wiedziałem też naturalnie, że na sąsiedniej Gran Canarii karierę piłkarską próbował zrobić Wojciech Kowalczyk.

 

Po przybyciu na Teneryfę okazało się, iż kolega nie fantazjował. Było ciepło. Wieczory czasem chłodne i bez swetra ciężko się było obejść, lecz we dnie spokojnie wylegiwaliśmy się na plaży, zażywając od czasu do czasu kąpieli w oceanie, którego ciepłota była nieco wyższa od bałtyckiej, tyle że latem oczywiście. Gdy po tygodniu plażowanie nas nieco znużyło, zaczęliśmy wycieczkować. Teneryfa jest dużą wyspą, ma w obwodzie prawie 300 km, a w tych trzystu kilometrach parę różnych stref geograficznych i takoż klimatycznych. Jest bardzo piękna naprawdę. Jeśli ktoś przyjedzie na tydzień i przebąbluje cały czas na plażach Las Americas, to oczywiście może wyjechać z poczuciem, że to jest syfiasta jakaś plaża i do tego w budowie. Ale jak poświęci się nieco wysiłku i czasu i porobi parę indywidualnych wycieczek, najlepiej pożyczonym autem, to cały urok ukaże się w pełnej krasie. Mając dwa tygodnie (lub więcej) czasu możemy pozwiedzać inne wyspy, które są też niezapomniane, a naczelną zaletą ich wszystkich jest to, że każda jest niemal zupełnie inna. W moich krótkich opisach nie będę się wdawać w szczegóły, po te odsyłam do profesjonalnych wydawnictw, od których właściwie się roi na naszym rynku księgarskim.  

Najbliżej na zachód od Afryki jest Lanzarote. Ta niemal pozbawiona zieleni wyspa przypomina Mars ze starych filmów science fiction. Ostatnio odwiedziłem tam pewną knajpkę stojącą na odludziu, gdzie swego czasu nakręcono „Drogę do Saliny”, ostatni bodajże film z Ritą Hayworth, o czym z dumą opowiadała obecna właścicielka. Do Lanzarote przyklejona jest niemal La Graciosa, przepiękna wyspa, gdzie asfalt jeszcze nie dotarł, ale obfitość różnorakich barów i knajp owszem. Jest to największa z tych sześciu mniejszych Wysp Kanaryjskich, których na mapach nie uświadczysz. Bo Wysp Kanaryjskich nie jest siedem, jest ich trzynaście, z tym że sześć jest zbyt małych, aby załapać się na mapy mniej szczegółowe.

A na tych mniej szczegółowych, gdy przesuniemy paluszkiem bardziej na zachód, to pojawia się Fuerteventura, druga co do wielkości, ale zaludniona słabo. Ciągnące się kilometrami wzdłuż wybrzeża złociste plaże stanowią niewątpliwy raj dla każdego surfera i miłośnika to kąpieli morskich, to słonecznych. Wspomniane wyspy plus trzecia, Gran Canaria, stanowią jedną prowincję ze stolicą w Las Palmas. To miasto jest jednocześnie stolicą najbardziej zaludnionej wyspy archipelagu, Gran Canarii właśnie. Prawie półmilionowa aglomeracja jako jedyna na Kanarach spełnia wymogi tego, co na kontynencie europejskim może być nazwane metropolią. Chociaż w ostatnich latach żwawo depcze jej po piętach stolica Teneryfy Santa Cruz, mająca już niedługo zasłużyć na miano nowoczesnego portu XXI w.

Obie stolice miały swego czasu własne drużyny występujące w pierwszej lidze hiszpańskiej, dzięki czemu dwa razy do roku gościły tu Real, Barcelona czy inna Valencia. Niestety, jak zdradził mi jeden znajomy, parę lat temu zawiązała się w Primera Division (hiszpańska ekstraklasa futbolowa), tzw. spółdzielnia w celu spuszczenia do niższych lig drużyn z wysp. Czemu? A temu, że nikomu nie chciało się latać od tysiąca dwustu kilometrów (Cadiz) do grubo ponad dwóch tysięcy (Baskowie i Katalończycy) na mecze ligowe. Nie wiem, czy to prawda, ale brzmi rozsądnie. Przypomnę, że spółdzielnia to taka akcja, gdy wszyscy grają na maksa przeciw jakiejś konkretnej drużynie, a tego żaden team nie jest w stanie na dłuższą metę znieść. Ten ewentualny spisek pogrążył obie drużyny kanaryjskie do dziś w otchłaniach ligi drugiej, a UD Las Palmas czasowo w trzeciej.

Ale przesuwamy palcem na mapie dalej i mamy już nowe województwo. 74 kilosy na zachód jawi nam się Teneryfa i trzy inne wyspy. Do Tenerki niebawem wrócę, a trzy wyspy z jej prowincji to La Gomera (przepiękny zielony raj, z którego Kolumb startował odkrywać nieznane lądy), La Palma (nie byłem) i El Hierro. W czasach prekolumbijskich uznawano tę ostatnią, Żelazo, za koniec świata. Od jakiegoś czasu już tak nie jest, ale na tej mieszaninie Lanzarote, Tatr i Irlandii jest nadal dziewiczo i spolegliwie. Mieści się tam owoż najmniejszy hotel świata, w którym miałem przyjemność zanocować. Śniadając zauważyłem na ścianie pośród wielu tablic okrętowych także ślady stoczni z Gdańska, Szczecina i Ustki. Wyspa przepiękna, gdzie ślad cywilizacji wykonał liźnięcie jedynie w minimalnym stopniu.

Ale wracamy na Teneryfę, gdyż tam jednak, a nie gdzie indziej, rzucił mnie ongiś wiatr losu. Wyspa ma dobre połączenia z Warszawą, a jeśli komuś śmiertelnie nie zależy, by były to połączenia bez tzw. międzylądowań, to można znaleźć naprawdę tanie rzeczy. Chociaż poza sezonem są tanie bilety także na loty bezpośrednie. Rekordzistą jest mój friend Kapeć, który jakieś cztery lata temu przyleciał w tę i z powrotem za 1 PLN plus opłaty lotniskowe. Wtedy wyniosło go to ok. 300 PLN.

Poza dogodnymi połączeniami mam tam też rodzinę i sporą grupę koleżanek i kolegów. Tak, kolonie polskie na archipelagu powiększają się z miesiąca na miesiąc, dotyczy to głównie Teneryfy i Gran Canarii, ale nie tylko. W najmniejszym hotelu świata na El Hierro jednym z pracowników jest nasz rodak. Na Teneryfie z kolei coraz częstszy jest na przystankach autobusowych widok kilku panów z wąsami, którzy trzymając w jednej ręce foliową reklamówkę, a w drugiej otwartą puszkę z piwem, głośno konwersują o właśnie zakończonym dniu pracy, ochoczo wspomagając się wyrazami na k... oraz p... Coraz więcej bowiem Polaków zjeżdża na wyspy do pracy i chociaż klimat wspaniały, to jednak nie radziłbym. Pieniążki są raczej marne, tysiąc euro to według tutejszych standardów całkiem pokaźna pensja, a pamiętać trzeba, że jest tu sporo drożej. Mitem jest pogląd, że Wyspy Kanaryjskie są tanie! Oczywiście, sporo tańsze niż u nas są papierosy, alkohol i markowe perfumy, ale ile w końcu można jarać, chlać i się perfumować? Żywność jest sporo droższa, nie mówiąc już o takich opłatach, jak czynsze, świadczenia i ogólne koszty związane z nieruchomościami. A to podstawa. Tu zresztą, tak jak wszędzie, widać grozę wymiany lokalnej waluty na euro, gdyż po przeprowadzeniu tej operacji wszystko podrożało o ok. 100 proc

Teneryfa jest warta grzechu. Co prawda atmosfera, klimat i inne takie historie niemalże namawiają do bezustannej imprezy, to jednak pozwiedzajmy nieco. Przylatując na lotnisko Królowej Zofii, większość kieruje się na Los Cristianos i Las Americas. Na wyspie są dwa lotniska, ale to południowe obsługuje ogromną większość lotów międzynarodowych. Jeśli ktoś ma międzylądowanie albo przesiadkę w Madrycie czy Barcelonie, to przyleci z dużą dozą prawdopodobieństwa na lotnisko północne, gdzie ongiś miała miejsce największa katastrofa w historii lotnictwa cywilnego. Zresztą właśnie po tej katastrofie podjęto decyzję o budowie drugiego aeroportu na południu, bo ten jeden już nie wyrabiał.

Takoż wracamy do niego. Dalej, właśnie od Los Cristianos gdzieś tak do Los Gigantes ciągnie się pas wiecznej wiosny, a nawet wiecznego lata. Krajobraz jest mocno pustynny oraz do granic rozsądku nasycony hotelami lub hotelami w budowie. Tu mieszczą się niemal wszystkie w miarę ładne plaże, z tą najbardziej lubianą przeze mnie: Del Duque. Ale i tak kudy im do Dębek?! Najbardziej wysunięty na zachód punkt wyspy osiągamy po jakiejś godzinie jazdy po górach. Jest to prześwietna zatoka – ideał dla nurkujących.

 

Najpiękniejsze strony Teneryfy to północ. Nie radziłbym jednak wykupywać tam pobytu w hotelu w miesiącach jesienno-zimowych, bo może zdarzyć się, że obudzi państwa śnieg. Zresztą, gdy leżymy na plaży na południu wyspy, to nie tak rzadki przypadek, że u nas słońce i takaż kąpiel, a widać, że w górach i na północy pada śnieg. Niemniej to na północy jest najpiękniej. Tam znajduje się prześliczna Orotava, moim zdaniem najpiękniejsze miasto na całych Wyspach Kanaryjskich, uniwersyteckie centrum wyspy – La Laguna (drugie w rankingu piękności archipelagu) czy Puerto de la Cruz. Nie zawadzi też zajrzeć do stolicy Santa Cruz, gdzie w lutym odbywa się ponoć największy w Europie i drugi na świecie (po Rio) karnawał z ogromną paradą na finał.

Powracając na południe, po okrążeniu wyspy, nie powinno się ominąć Candellarii z bazyliką i najświętszą panienką, ale czarną, której miejscowe kobiety co dzień zmieniają przyodziewek. Słowem, Candellaria jest dla miejscowych czymś takim jak dla nas Częstochowa. Nie zachęcałbym jednak do oglądania piramid w Guimar. Są to jedyne piramidy w Europie, ale za to mają jakieś dwa metry wysokości i dla mnie to lekka ściema – jak mawiać zwykła była obecnie młodzież.

Gdy pojedziemy w poprzek wyspy, to wjedziemy w góry. Jedzie się tam przez olbrzymi obszar lasów, które dla mnie wyglądają zupełnie tak jak na Podhalu. W lasach są grzyby. Jako że miejscowi mało grzybobraniem się interesują, a turyści z Niemiec i Wielkiej Brytanii to już w ogóle, w lasach buszują przeważnie Rosjanie i Polacy. Sam zebrałem tam pokaźną liczbę naprawdę dorodnych prawdziwków, które na dodatek nie były robaczywe. Wiadomo, że robale uwielbiają te grzyby, ale na Tenerce jakoś jest inaczej. Sporo jest także maślaków.

Minąwszy lasy wjeżdżamy w kosmiczny krajobraz parku narodowego Teide. Wulkan Teide to najwyższa góra w Hiszpanii. Słyszałem, że wielu zawodników wykłada się w teleturniejach na pytaniu o największą górę, gdyż sporo z nich sytuuje ją gdzieś w Pirenejach, ale nie na Kanarach. Jest doprawdy zjawiskowo. Nic a nic nie dziwi fakt, że podjęto gdzieś decyzję, aby tu kręcić niektóre sceny z „Gwiezdnych Wojen”, „Powrotu Jedi” czy „Planety Małp”.

Ja temat Kanarów zaledwie liznąłem, bo jest to podstawa do pracy na kilkaset stron. Żeby poznać archipelag jako tako, potrzeba by gdzieś około roku, samą Teneryfę – kilka miesięcy. Tu drobna rada; gdy się przyjeżdża na nieco dłużej, dobrze jest wyrobić sobie dokumenty rezydenta, wtedy wszystkie bilety na promy, samoloty i różne imprezy wyniosą nas dwukrotnie mniej. Teraz jest to w miarę proste i załatwia się na przynależnym do miejsca zamieszkania komisariacie. Takoż, tak uzbrojeni, nie wątpię, że zostawicie tam swoje serce i będziecie tam powracać co i raz. Fizycznie, mentalnie. Zresztą zapytajcie Michnika. Albo Rydzyka.

 

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną