Kajakiem po Litwie, Łotwie i Estonii
Woda obiecana
Pod rozmaitymi imionami was tylko sławiłem, rzeki – mógłbym powtórzyć śladem Czesława Miłosza, który rzekom i wiosłom poświęcił niemało strof. Po ćwierćwieczu kajakowania, corocznych wyprawach widać coraz wyraźniej, że to, co było na początku, w latach 80., zwykłą jeszcze, wakacyjną przygodą, stało się naszym sacrum. Obrazy z przeszłości giną, wspomnienia się kruszą, lecz rzeki tkwią w pamięci jak kryształ, sedno życia. Odliczamy czas do kolejnego spływu; w chwili, gdy piszę te słowa, zostało jeszcze dziewięć i pół miesiąca. Zapewne znowu wrócimy na Łotwę.
Z rzek polskich do innych
Pływamy coraz dalej od Polski. W kraju przepłynęliśmy mniej więcej wszystko, co się nadaje na dłuższą podróż: Brdę ze Zbrzycą, Wdę, Drawę z Korytnicą, Obrę, Wel, Wieprz, Słupię, Rospudę z Biebrzą i Narwią, Ełk z Jegrznią, Gwdę z Różycą i parę innych; pozostało kilka krótszych rzek, które odkładamy ewentualnie na starość. Od siedmiu lat przeprowadzamy się na czas wakacji, wciąż ta sama trójka przyjaciół i ja, do krajów bałtyckich, na Litwę, teraz na Łotwę i do południowej Estonii, zaczynamy nieśmiało marzyć o Finlandii i Szwecji; ze zgrozą myślimy, że wyżej już nie ma dla nas nic. Go to the West, boy! – brzmiało słynne hasło amerykańskich kolonizatorów, a później beatników; my sobie mówimy: jedź na Północ!
Kajakowanie stało się w Polsce w ostatnim dziesięcioleciu tak modne, tak powszechne, że czołowe nasze rzeki – a są wyjątkowej urody – zaczynają przypominać wodne autostrady; całe firmy i instytucje zsyłają tu w ramach dorocznych spędów gratyfikacyjnych swoich pracowników, a młodzież, nie tylko studencka, na nowo chwyciła tego tradycyjnego („ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal!”) polskiego bakcyla. Wzdłuż rzek rośnie turystyczna infrastruktura, tu cię przenocują, tam cię wyżywią, tu zapędzą do sauny, tam podsuną regionalny produkt, przewoźnik dowiezie manele – jest wygodnie i schludnie, biwaki wyznaczone, za siusiu na Czarnej Hańczy chłop pobiera złotówkę.
Nie ukrywam, że nasz wybór wakacyjny jest dość prosty i banalny: im mniej człowieka, im mniej organizacji, tym lepiej. Tym lepiej, tym czyściej, tym ciszej. W Pribałtyce, mówiąc z rosyjska, nasze odwieczne spływanie, rozpoczęte w 1984 r., przybrało ostateczną formę, osiągnęło swoje apogeum. Nie wyobrażamy już sobie regularnego, jak niegdyś, kajakowania w kraju; hipnoza pustki i odosobnienia jest zbyt silna. Na Północy, gdzie z kajaków przesiedliśmy się na kanoe, czujemy się na egzotycznym wygnaniu; wydaje się nam, że w tych pustych przestrzeniach najskuteczniej uciekamy pod spód dziejów, własnych i światowych, że tutaj zakopujemy się w nieruchomym, wiecznym trwaniu.
Ale na Litwie też z wolna zaczyna być tłoczno. Za dzień pobytu w parku narodowym, przez który przepływa piękna, choć nieco krótka Uła, Litwini brali niegdyś parę groszy, teraz wsysają po kilkanaście złotych od osoby. Gdy siedem lat temu płynęliśmy Ułą pierwszy raz, a później Mereczanką, której jest dopływem, i Niemnem, nie spotykaliśmy na rzece niemal nikogo. Któregoś dnia bez skutku szukaliśmy jakiegoś nadającego się na biwak miejsca do spania, dzikiego, jak to mamy w zwyczaju. Wreszcie wylądowaliśmy w ciemnym lesie, lecz naprzeciw wioski. Rzeka była w tym miejscu co prawda dość szeroka, jednak czuliśmy na sobie baczne spojrzenia. Dojrzeliśmy niebieskie, plastikowe beczki i zrozumieliśmy dlaczego: ludność pędziła na brzegu bimber. Przez całą noc działy się tam niestworzone rzeczy, amok unosił się w powietrzu, poczuliśmy się niepewnie. Nad ranem przybiły do naszego brzegu łodzie; wyglądały we mgle jak czółna Indian. Pijane w sztok załogi wyszły na brzeg. Zapytali: Boicie się, co? Wręczyli butelki i zaraz odpłynęli, równie głośno i hucznie.
Gdy rok później przemierzaliśmy cichą, spokojną Lokaję, która wpada do szerokiej, epickiej Żajmeny (a ta do Neris, czyli Wilii, rzeki dużej, którą na ogół się nie pływa, a przecież pięknej), podróż była równie samotna. Pewnego wieczoru dostrzegliśmy na brzegu ogniska i wokół nich kilka starszych, nieco pijanych kobiet. Były tak zaskoczone naszym widokiem i polską mową, że z przejęcia zaczęły śpiewać polski hymn, tuż obok istotnie rozciągała się polska wioska. Ledwie uszliśmy z życiem z ich serdecznej gościny. Na Visinčy, rzece krótkiej i wąskiej, pełnej wówczas przeszkód, wydawało się nam, że jesteśmy pierwszym spływem w dziejach, który toruje – piłując i przesuwając drzewa – drogę innym białym zdobywcom. Na Salcii, do której Visinča wpada, nie spotkaliśmy niemal nikogo; w zapuszczonym gospodarstwie kupiliśmy raz kartofle od dwóch urżniętych w sztok Polaków; pili, „odkąd mamusia umarła”... Tak, zdaję sobie sprawę, że po raz trzeci mówię o wódce.
Wyjątkowo atrakcyjna Święta, długimi fragmentami płynąca, podobnie jak Uła, wśród stromych brzegów, stawała się tłoczna tylko w swej najbardziej malowniczej, zaliczanej do parku narodowego, części. Dzisiaj większość tych rzek jest oblegana przez polskie spływy, a w weekendy także przez miejscowych; w Internecie znajdziemy opisy kilometr po kilometrze. Najpiękniejsza rzeka Pribałtyki, Gauja, przecinająca pół Łotwy, ściąga już turystów z całej Europy; ale tak wysokich i skalistych brzegów nie ma w tej części kontynentu nigdzie. Jest również znakomicie opisana, u nas świetną mapę wydał Jan Kramek, jeden z prekursorów nadbałtyckich wypraw. Inne rzeki łotewskie jeszcze świecą miłymi pustkami, podczas niemal miesiąca tegorocznego wiosłowania natknęliśmy się tylko na jeden niedzielny spływ.
Życie bez leśnika
Pamiętam, że po powrocie z pierwszej wyprawy na Litwę miałem zaszczyt zamienić kilka słów z Tadeuszem Konwickim. Powiedziałem mu z dumą: wie pan, widzieliśmy Wilejkę i spływaliśmy Wilią przez Wilno. Spodziewałem się Bóg wie jakich pytań i dociekań, nostalgicznego przesłuchania. Zadał tylko jedno pytanie, jakby żywcem wzięte ze słynnej sceny z „Maratończyka”: Czy jest bezpiecznie? To pytanie powracało wówczas często, kraje bałtyckie dopiero się otwierały na polskich turystów.
Odpowiedź nie będzie oryginalna, wszędzie spotkaliśmy (jeśli już kogoś spotkaliśmy) miłych i życzliwych ludzi, lecz, co dla kajakarza jest ważne przede wszystkim, przez blisko dwieście w sumie nocy spędzonych w lesie nie naszedł nas żaden leśniczy. Po kryciu się przed zielonym mundurem na polskich brzegach, paleniu ognisk z mieczem mandatu nad głową, po biwakowaniu z duszą na ramieniu, w obawie, że zielony nas odkryje i przepędzi, mogliśmy wreszcie usankcjonować nasze istnienie poza prawem, poznać pełny smak swobody.
Litwini i Łotysze to leśni ludzie, tutaj nie tyle wkracza się do lasu jak u nas, ile się z nim żyje; granica między lasem a cywilizacją jest nieostra, miękka, zachowania „pierwotne”, palenie ognisk, biwakowe spanie, gdzie popadnie, nie są właściwie kontrolowane. Nieliczne miasteczka na szlaku, choć wybite na mapach tłustym drukiem, składają się, zwłaszcza na Łotwie, z paru ulic niknących szybko w lesie, drzewa i domy przenikają się w naturalnej osmozie.
Próbujemy, gdy się da, zaczynać spływ blisko źródeł. Tam są najbardziej dziewicze okolice, gdzie nikt nie zagląda, jakkolwiek znana byłaby rzeka. Jest koniec czerwca, chwila największego zwycięstwa światła nad mrokiem, łotewskie noce są niemal białe, rośnie poczucie, że jesteśmy na samym początku, u zarania, gdy czas – rzeki, nasz – dopiero co tyknął pierwsze minuty. To ważne; towarzyszenie rzece od źródeł do jej ujścia tworzy mityczny wymiar wyprawy, dodaje jej duchowości, której chyba coraz bardziej, wraz z wiekiem, potrzebujemy. W kulturze rzeka jest od zawsze miejscem mitycznym; na naszą codzienną skalę, bez wysilania się, w sposób naturalny czujemy to chyba coraz bardziej, odkrywamy realne ziarno mitów. Kiedyś pływaliśmy krócej, dziesięć, dwanaście dni; to był czas erupcji, nagłego przyśpieszenia po ślamazarnym roku pracy. Na Pribałtyce, gdzie da się zrobić w trakcie jednego spływu nawet trzysta kilometrów i więcej, dochodzimy niemal do miesiąca; spływanie staje się coraz bardziej stateczne, niespieszne, mamy wrażenie, że wymiana między nami a rzeką jest w ten sposób większa i lepsza. Tworzymy wraz z nią opowieść, długą narrację, która musi mieć czas, by wypowiedzieć wszystko.
Zabieramy ze sobą mnóstwo rzeczy, szczerze mówiąc spływ na pusto, przy pomocy przewoźnika, który co wieczór dostarcza bagaże, uważamy za juniorstwo. Codzienne pakowanie i zwijanie obozowiska, choć należy do najżmudniejszych robót, jest konieczne, by nadać wyprawie charakter podróży. Gdy wywalimy na brzeg dziesiątki worków i toreb, widzimy scenę z bazaru: stragan wielobranżowy, gdzie kupić można wszystko, od kurkumy i kolendry, przez wielokolorowe gacie i chustki, po piłę, klej i gwoździe. Te dziesiątki kilogramów ciążą podwójnie na każdej przenosce; klniemy, na czym świat stoi, gdy trzeba kolejny worek wypakować, wynieść i załadować na nowo; przyrzekamy sobie, że już kurkumy i innych koniecznych rzeczy więcej ze sobą nie weźmiemy.
Z roku na rok nic się jednak nie zmienia i kurkumy nigdy nie zabraknie; te drobne konkrety tworzą symboliczny dobytek, obóz nomady, dom w podróży. Samo wiosłowanie jest w istocie niewielką częścią spływu, śmietanką, którą można spijać po długich pracach wstępnych. Nie ma dla kajakarza oczywiście nic przyjemniejszego niż rytmiczne zanurzenie piór wiosła, nadawanie własnym ruchom powtarzalnej regularności, jednak sportowe osiągnięcia, płynięcie od rana do nocy nas nie interesuje. Ważna jest równowaga między płynięciem a niepłynięciem, odchodzenie od rzeki (jagody, grzyby, ryby), długie wyprawy do sklepów, których na Łotwie jest mało, po to, by do niej wrócić.
Wolno i wolniej
Darek Zyzało z augustowskiego Szota wiezie nas przez kilkaset (siedemset, jak ostatnio) kilometrów, zrzuca na brzeg; miesiąc później czeka na wyznaczonym moście; jeszcze nigdy przez te lata nie spóźnił się choćby o minutę. Przejazd kosztuje, ale kompensują to o wiele niższe w Polsce ceny wypożyczenia kajaków i kanoe. No i ta wierna punktualność, którą – zwłaszcza po opowieści Bohdana Zdrojewskiego parę tygodni temu o wielogodzinnym oczekiwaniu na transport po spływie (POLITYKA 32) – tym bardziej trzeba cenić.
Pod koniec ostatniego czerwca ekipa Darka wysadziła nas w pobliżu granicy estońskiej, na rzece Pededze, na której stulecia temu przebiegała północna granica Polski. Przesadziliśmy; tym razem płynięcie z samej góry rzeki, blisko źródeł, było niemal niemożliwe. Ilość kamieni przewyższała ilość wody, wszechobecne bobry zatarasowały swymi budowlami nadające się ewentualnie do przejścia przesmyki. Posuwaliśmy się po czterysta metrów dziennie, z nowego do starego obozowiska było lądem ledwie kilka minut. Pierwszy Łotysz, spotkany po tygodniu, złapał się za głowę i wywołał z domostwa rodzinę, żeby sobie popatrzyła: Spóźniliście się o dwa miesiące – powiedział. A w Polsce macie takie piękne rzeki!
Istotnie, spóźniliśmy się, łotewskie rzeki mają często – częściej niż na Litwie – charakter górski, a w każdym razie sezonowy; spływać nimi można tylko wiosną, a w dodatku letni poziom rzek obniża się w tym regionie wszędzie, z roku na rok coraz bardziej. U źródeł Gauji, owym wspomnianym przed chwilą turystycznym hicie, namordowaliśmy się wierutnie. Burłaczyliśmy, czyli ciągnęliśmy po piasku nasze kanoe długimi kilometrami; widok łosi i cisza nie zdołały osłodzić trudu. Na Pededze – którą możemy serdecznie odradzić wszystkim letnim kajakarzom, a na wiosnę poradzić co najwyżej śmiałkom uprawiającym wstęp do raftingu – zajmowaliśmy się głównie przetaczaniem kamieni po nurcie i dźwiganiem sprzętu oraz wypatrywaniem licznych w tym skalistym miejscu żmij, przed którymi ostrzegali nas miejscowi. W ciągu ośmiu dni zrobiliśmy dwadzieścia kilometrów. Dopiero szeroka, powolna Aikvieste, przyjmująca wody Pededze i sama wpadająca do monumentalnej miejscami Dźwiny, przyśpieszyła tempo podróży.
Nie ma co się śpieszyć, to wiemy coraz lepiej. Trzeba się zatrzymywać, dostrzegać drobiazgi, zapatrzyć się w drzewo (fantastyczne dęby na Pededze, w takiej liczbie i kształtach wcześniej nie spotykane), w żeremie (przeklęte, ale wzniesione z niezwykłą maestrią). Tym, co najbardziej mnie męczy po powrocie do domu, jest utrata uważności. Podczas spływu widzi się nadwyraziście i wszystko nabiera znaczenia. Menażka jest czymś więcej niż menażką, rośliny czymś więcej niż roślinami. W domu rzeczy nagle tracą znaczenie, stają się na powrót podrzędne, nieistotne, pojawiają się inne skale wartości i przez pierwsze tygodnie jest to nieznośne.
Na kajakach niewiele da się zwiedzić, zwłaszcza na Łotwie, która, widziana z rzeki, wydaje się krainą uśpioną, żyjącą w rytmie swych stuletnich dębów. Widać tu i ówdzie linię frontu między architekturą protestancką, nieco skandynawską, a prawosławną, bardziej zaniedbaną. Jeśli coś się tu buduje lub odświeża, to w stylu tej pierwszej. Litwa jest nieco bardziej energiczna, bardziej też eksponuje swoją łatwiejszą tożsamość; przy brzegach widzieliśmy nieraz totemy, rzeźby bożków – mrugnięcia okiem do kultury pogańskiej. Kuchnia jest ciekawsza; na Łotwie nie mogliśmy się nigdzie przedrzeć przez mur międzynarodowego menu.
Przez pierwsze lata mieliśmy odruchy nostalgiczne, szukaliśmy śladów polskich pod warstwą aktualności, wywoływaliśmy spod nazw dzisiejszych nazwy i imiona dawne, zaglądaliśmy na cmentarze, do zniszczonych dworków. Teraz zapomnieliśmy o historii, liczy się tylko rzeka i oby długa jeszcze droga na Północ.
fotografie Dorota Siwicka

