Jak się bezpiecznie opalać
Ruletka z faktorem
Kiedyś słońce traktowano jak najdoskonalszy naturalny lek. Linię frontu entuzjastów opalania tworzyli w pierwszym rzędzie pediatrzy z ortopedami – według nich opalanie było najważniejszym źródłem witaminy D, która dzieci ratuje przed krzywicą, a dorosłych przed złamaniami kości. Psychiatrzy leczyli słońcem depresję. Nawet dermatolodzy – dziś nieprzejednani wrogowie opalania – niektóre choroby skóry łagodzili wyłącznie latem.
Dziś front przeciwników opalania gwałtownie się poszerzył: tworzą go już nie tylko spece od skóry, onkolodzy i okuliści, ale nawet dawni orędownicy witaminy D. Ale choć opalanie nie powinno być już w modzie, jakoś nie widać tego na plażach, miejskich trawnikach, balkonach. Jakby ostrzeżenia lekarzy trafiały w próżnię. – W wielu czasopismach kolejność jest niemal identyczna: najpierw ostrzeżenie przed rakiem skóry, a zaraz potem reklama jakiegoś balsamu i talon do sklepu, gdzie za pół ceny można kupić szykowne bikini – mówi dr Andrzej Ignaciuk, przewodniczący sekcji medycyny estetycznej Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. – Takie podejście do słońca wpędza pacjentki w schizofrenię.
A w dodatku mnożą się faktory – owe tajemnicze substancje zamknięte w tubkach i sprejach, które mają nas przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych jak najskuteczniej chronić.
Słoneczna matematyka
Nasza skóra, raptem półtora metra kwadratowego powierzchni o ciężarze od 2 do 4 kg, jest dla producentów kosmetyków prawdziwym polem bitwy – ciasnym, lecz przynoszącym krociowe zyski. Jak wynika z oceny rynku dokonanej przez firmę AC Nielsen, w przeciwieństwie do większości kategorii chemicznych, które miały w 2002 r. spadek sprzedaży, kosmetyki do pielęgnacji słonecznej odnotowały wzrost na poziomie 3 proc. (w porównaniu z 2001 r.). Wielkość tego rynku szacowana jest obecnie na 70 mln zł (nieco ponad 15,5 mln euro). Na tle Europy Zachodniej wypadamy blado – wartość rynku w Niemczech to 102 mln euro, we Francji – 90 mln euro, w Hiszpanii – 42 mln euro, ale biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze całkiem niedawno w ekwipunku polskiego plażowicza znaleźć można było wyłącznie opakowanie kremu Nivea, oliwkę dziecięcą lub masło kakaowe – robimy duże postępy.
Ale to nie oznacza, że z każdym rokiem jesteśmy lepiej chronieni przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych. – Krem z filtrem to ważny, ale nie jedyny element ochrony – oświadcza prof. Lidia Rudnicka, kierująca kliniką dermatologii Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie, wyczulona na specyficzny język reklam. – Nie lubię określenia emulsja lub balsam do opalania. Zbrązowienie to odruch obronny skóry przed niebezpiecznym promieniowaniem, więc zachęcanie do opalania jest równoznaczne z namawianiem do narażania się na to niebezpieczeństwo.
Zdaniem dermatologów nie istnieje, eksponowane na niektórych opakowaniach, pojęcie total block – najlepsze preparaty mogą zatrzymać 97 proc. promieniowania UVB, ale tylko 50–60 proc. UVA. A obydwa rodzaje światła ultrafioletowego (jest jeszcze UVC, jednak warstwa ozonu w atmosferze pochłania go niemal całkowicie) mają szkodliwe działanie na skórę: promienie UVB gromadzą się w naskórku powodując nadmierne rogowacenie i oparzenia, a UVA przenika głębiej do skóry właściwej, wywołuje reakcje alergiczne i potęguje nowotworowe skutki promieni UVB.
Wartościowy krem, któremu mamy zawdzięczać ochronę przed ultrafioletem, powinien mieć filtry zarówno UVB, jak i UVA (zaczęto je wprowadzać dopiero kilka lat temu, gdyż wcześniej nikt nie przypuszczał, że UVA są tak szkodliwe). Są to substancje chemiczne, które absorbują promienie (np. avobenzon chroni przed promieniowaniem UVA) albo fizyczne (tlenek cynku lub dwutlenek tytanu), które szkodliwe promienie odbijają jak mikrolusterka (patrz ramka „Jak czytać przeciwsłoneczny kod?”).
Według wiceprezesa Polskiego Towarzystwa Kosmetologów dr. Jacka Arcta, który jest chemikiem zajmującym się od wielu lat technologią kosmetyków, wskaźnik SPF (Sun Protection Factor oznaczający numer faktora) określa stopień ochrony przed promieniowaniem, ale tylko UVB: – Istnieją doskonałe metody jego oznaczania, jednoznaczne na całym świecie. W przypadku filtrów UVA takiej jednoznaczności niestety nie ma, każdy wytwórca podaje co innego.
Konsumentowi pozostaje więc ufać, że producent zapewnia mu wystarczającą ochronę UVA. Oceniając przydatność filtrów UVB trzeba natomiast wykonać działanie matematyczne, gdyż wskaźnik SPF wcale nie informuje o stopniu rzeczywistej ochrony. Zagadkę rozwiązuje prof. Rudnicka: – Jeśli całkowite promieniowanie podzielimy przez numer faktora, otrzymany wynik będzie tą ilością promieni, która dotrze do skóry po jego zastosowaniu. Np. faktor wynosi 30, więc 100 dzielimy przez ten numer, co daje wynik 3 proc. Tyle złapie skóra. Zatem nasz filtr pochłonie 97 proc. szkodliwego promieniowania UVB.
A jaką ochronę da faktor z numerem 60 – czy dwukrotnie większą? Nic podobnego! 100 podzielone przez 60 daje wynik 1,66 proc., więc różnica w porównaniu z trzydziestką wynosi tylko 1,34 proc. na korzyść sześćdziesiątki. – Zwiększanie indeksu ochronnego powyżej 15–20 SPF powoduje minimalny przyrost ochrony rzeczywistej – mówi dr Arct. – Podnoszą się głosy, czy rzeczywiście jest sens stosować kosmetyki z indeksem 40 lub 60, choć ich na rynku przybywa. Jednocześnie przybywa wątpiących w efekty działania tych filtrów.
Jakby tego było mało, chemicy są coraz bardziej krytyczni w stosunku do stosowanych w filtrach substancji – okazuje się, że wnikają do warstwy rogowej naskórka i przechodzą do krwiobiegu, nie są więc dla organizmu obojętne. Dwutlenek tytanu, bardzo skuteczna substancja pozwalająca w dużym stopniu zatrzymać promienie ultrafioletowe, także doprowadza do rozmaitych reakcji chemicznych niewidocznych na skórze, a być może sprzyja nawet powstawaniu wolnych rodników (które jednak niszczą skórę w o wiele większym stopniu, gdy wystawiona jest na słońce bez żadnej ochrony). – Przy kontakcie związków chemicznych z żywym ustrojem zawsze muszą być jakieś zyski i straty – podsumowuje lapidarnie dr Joanna Główczyk-Zubek z Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej.
Czar perlistych obietnic
Właśnie wolne rodniki są tym, co najbardziej nadszarpuje kondycję skóry. Te niezwykle aktywne i agresywne cząsteczki chemiczne powstają na skutek reakcji zapalnych – pod wpływem słońca, pyłów, gazów, chemikaliów i braku witamin. Niszczą w skórze jej podstawowy budulec – lipidy, białka, cukry – oraz osłabiają bariery chroniące naskórek przed utratą wody. Skóra wysuszona, pozbawiona jędrności, to pierwszy krok do starości. Drugim jest zniszczony na skutek działania wolnych rodników kolagen.
Skóra starzeje się już drugiego dnia po urodzeniu, ale – jak przekonuje prof. Sławomir Majewski z warszawskiej Akademii Medycznej – jeśli proces ten przebiega fizjologicznie (czyli prawidłowo, proporcjonalnie do upływu lat), starzeje się ładnie. Szkopuł w tym, że u 90 proc. ludzi starzeniu skóry towarzyszy przewlekły stan zapalny, spowodowany niewłaściwą pielęgnacją od wczesnej młodości. Jak wynika z różnych sondaży, najchętniej wybieranym przez Polki filtrem ochronnym przed słońcem pozostaje co najwyżej 10 (lekarze zalecają 15–30), najpopularniejszym zabiegiem kosmetycznym jest stosunkowo tani manicure, a najczęściej kąpiącą się grupą mężczyzn są menedżerowie, którzy robią to średnio 3,6 razy w tygodniu. Według Vichy Laboratoires zaledwie 24 proc. panów stosuje odżywczy krem do twarzy na dzień.
Większość czerniaków u dorosłych to również efekt licznych posłonecznych oparzeń skóry w dzieciństwie i wieku szkolnym (według Amerykańskiej Akademii Dermatologicznej 80 proc. niebezpiecznej ekspozycji na słońce zdarza się przed 18 rokiem życia). Stosowane w ciągu całego życia detergenty i mydła bez dodatku kremu i składników nawilżających, kumulacja promieni słonecznych, wiatru, wody, tytoniu – to wszystko odbija się w wyglądzie już u 40-latków. Dramatyczne procesy zachodzą jednak głębiej, pod naskórkiem.
Gdyby człowiek mógł zapuścić się pod powierzchnię własnej skóry – poczułby się jak w Parku Jurajskim. Już przy wejściu do naskórka musiałby się przeciskać przez mocno zrogowaciałe płaty nieżywej tkanki i uszkodzone promieniami ultrafioletu keratynocyty – komórki ułożone w kilku warstwach o grubości maksimum 2 mm. W jednej z takich warstw natrafiłby na zniszczone komórki Langerhansa – w młodej i zdrowej skórze inicjowały reakcje obronne, teraz są zupełnie bezużyteczne i straszą swoim rozdętym wyglądem. Niżej strefa zajmowana niegdyś przez elastynę i włókna kolagenu. Elastyna z wiekiem nie znika, ale tworzy nic nie wartą zbitą pulpę. Kolagenu nie ma prawie wcale.
– Opalanie skóry można pogodzić z ochroną przed rakiem, ale nie da się zatrzymać procesu starzenia – stwierdził prof. Sławomir Majewski podczas I Konferencji Medycyny Przeciwstarzeniowej, zorganizowanej w połowie czerwca przez sekcję medycyny estetycznej Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. – Nie opalać się, blokować filtrami dostęp ultrafioletu do skóry, stosować kremy z retinolem, które hamują degradację kolagenu – oto jedyne sposoby na opóźnianie tego procesu.
Przemysł już dawno odpowiedział na to zapotrzebowanie. Modne składniki kosmetyków przeciwstarzeniowych – np. ceramidy, które będąc substancją tłuszczową przywracają napięcie i elastyczność naskórka oraz chronią go przed utratą wody, albo retinol, czyli jedna z postaci witaminy A, która zwiększa zawartość kolagenu i przyczynia się do wygładzenia zmarszczek – są odkryciami z lat 80. i 90. Wczytując się w reklamy można odnieść wrażenie, że co drugi krem wzmacnia na przykład sprężystość skóry o 30 proc. – Do informacji tego typu należy podchodzić sceptycznie – twierdzi dermatolog dr Maria Noszczyk, która w swoim warszawskim gabinecie Mellitus ma dostęp do wielu kosmetycznych nowości – bo przecież producent nie podaje, jak długo działanie kremu będzie się utrzymywać.
Większość informacji podawanych na opakowaniach kosmetyków wymaga odpowiedzi na pytanie: jak to było badane? Podawane wartości często odnoszą się do wyników uzyskanych w badaniach in vitro (są one dalekie od warunków panujących w skórze) lub w badaniach prowadzonych bez standaryzacji – bywają więc nieporównywalne. Renomowani producenci nie oszukują, gdyż nie chcą narażać swojej marki na utratę zaufania. Gorzej z niewielkimi firmami, których liczba w Polsce idzie w setki. Są gotowe sprzedać najprostszy krem pod postacią rewelacyjnego kosmetycznego cudu.
Lustro skóry
Niejeden „aerodynamiczny żel”, „świeży jak sorbet”, „z proteinami jedwabiu” rozpali zmysły i otworzy szeroko portfele, ale Jacek Arct nie daje się nabrać na nadmierne obietnice: – Możliwości kosmetyków zależą od wyjściowego stanu skóry. Jeśli starszą osobę wystawimy na wysuszające działanie słońca i wiatru, wtedy każdy krem zadziała wspaniale. Sytuacja takiej skóry przypomina nadwiędniętą roślinę, której wystarczy nawet niewielka ilość wody, by znów ożyła. Większość obietnic producentów kosmetyków odnosi się do skóry w bardzo złym stanie.
Kosmetyki przeciwstarzeniowe mają działanie doraźne – dodatkowo ostrzegają eksperci. Tak jak długo stosujemy krem, tak długo widoczne są jego efekty. A kiedy go odstawimy, stan skóry wraca do punktu wyjścia. Przełamanie tego procesu jest praktycznie niemożliwe, bo oznaczałoby odmłodzenie organizmu, a tego medycyna ani kosmetologia dokonać nie potrafią. Starości wyleczyć się po prostu nie da! – Kosmetyka służy upiększaniu skóry zdrowej, leczyć można skórę chorą – sumuje prof. Lidia Rudnicka. Nie wierzy w kremy likwidujące rozstępy i zmarszczki. – Mogą jedynie zmniejszyć optyczne wrażenie małych zmarszczek. Większe zmarszczki musimy polubić albo oddać je w ręce lekarza specjalizującego się w zabiegach dermatologii estetycznej.
Podsumujmy: skóra jest czułym lustrem, w którym odbijają się pierwsze symptomy starzenia niezależnie od płci, ale dbając o to zwierciadło zwłaszcza latem – w porze wyjątkowego nasłonecznienia i wysuszenia organizmu – można z niej wydobyć blask młodości. Jak zatem spędzają lato ci, którzy przed słońcem ostrzegają?
Dr Maria Noszczyk lubi urlopować przez dwa tygodnie w upałach, ale bierze ze sobą kosmetyki z silnymi filtrami o numerze 30 i smaruje się nimi co godzinę. Ma szczęście, bo natura obdarzyła ją ciemną karnacją, która w sposób naturalny chroni przed oparzeniami.
Prof. Lidia Rudnicka również uwielbia słoneczne wakacje: – Lubię popływać na kajaku, odpocząć w słoneczny dzień na plaży, ale wypoczywanie na słońcu i opalanie się to są dla mnie dwa różne pojęcia. Jeśli używam kremu z dużym filtrem co dwie godziny, to mogę wrócić z urlopu z bladą skórą. Ale nie chcę nikomu odradzać wakacji w Egipcie, gdy ktoś ma na to ochotę. Nie możemy przecież wykopać sobie nory i żyć pod ziemią. Trzeba tylko pamiętać o zdrowych zasadach bezpieczeństwa.
Chyba że ktoś woli skorzystać z rady mędrca, który na pytanie, co robić, by się nie zestarzeć, odparł: „Nie pić, nie palić i nie zadawać się z kobietami”. I to ma przedłużyć mi życie? – zapytał uczeń. „Tego nie jestem pewien, ale czas będzie ci się cholernie dłużył”.

