Strona główna

Podróż bez jednego uśmiechu

Turystyka wysokiego ryzyka

Stefan Berg / Corbis
Bankructwa biura podróży przypomniały o ciemnych stronach słonecznych wakacji. Jak się zabezpieczyć przed urlopową katastrofą?
Do Egiptu! Najpopularniejsze kierunki wakacyjne Polaków (według sprzedaży na portalach easygo.pl i wakacje.pl)Polityka Do Egiptu! Najpopularniejsze kierunki wakacyjne Polaków (według sprzedaży na portalach easygo.pl i wakacje.pl)

O tym, że Selectours ma się nie najlepiej, szeptano w branży turystycznej od dawna. Przynajmniej od roku albo dwóch. Były na to pośrednie dowody: firma nie ujawniła swoich wyników za ubiegły rok i nerwowo szukała inwestora. Zainteresowanie zdradzał giełdowy Rainbow Tours, ale do transakcji nie doszło. To też powinno dać do myślenia. Na szeptankach jednak się kończyło, bo nikt oficjalnie nie może oceniać kondycji ekonomicznej biura turystycznego, póki ono samo nie przyzna, że ma problemy. A głośno powiedzieć o podejrzeniach nie można, bo dla firmy to pocałunek śmierci. W branży turystyki wyjazdowej większe lub mniejsze kłopoty wielu już przeżywało, więc liczono, że Selectours jakoś wygrzebie się z kłopotów.

To nie była firma krzak. Biuro na polskim rynku działało od 1992 r. i należało do dużych. Specjalizowało się w krajach Bliskiego Wschodu – Egipt, Tunezja, Jordania, Maroko. Wielokrotnie nagradzane, cieszyło się dobrą opinią wśród klientów. Na internetowych stronach dominują pochwały dla Selectours. Także z tegorocznych turnusów z końca sierpnia, czyli tuż przed bankructwem. „Wszystko, co obiecało biuro podróży Selekturs, to czysta prawda. Nie ma przekrętu. Za 2 tys. zł 8 dni. Hotel i jadło rewelka, rafa cudna, animacje, baseny bez zarzutu. Żal wyjeżdżać” – komentuje jeden z wczasowiczów. Gdyby do Egiptu pojechał tydzień lub dwa później, miałby szanse wystąpić przed kamerami TVN24 i zapowiedzieć, że zmarnowanych wakacji nie podaruje i pozwie Selectours do sądu.

Pech optymistów

Na pytanie, dlaczego Selectours zbankrutował, ludzie z branży tylko się uśmiechają. Z tego samego powodu co niegdyś Alpina Tour, Big Blue, SDS Holidays, El Greco, Open Travel czy roku temu Kopernik. Turystyka zagraniczna to branża wysokiego ryzyka. Wystarczą zbyt optymistyczne plany sprzedażowe i kłopoty gotowe. Cała sztuka polega na przewidzeniu przed sezonem, jaki będzie popyt na wycieczki zagraniczne i jakie kierunki wyjazdów klienci będą preferowali. Potem trzeba zarezerwować odpowiednią liczbę miejsc w hotelach i w samolotach czarterowych. Kiedy umowy są podpisane, kaucje i zaliczki przez hotelarzy i przewoźników zainkasowane, klamka zapadła. Jeśli ofertę uda się sprzedać po wcześniej skalkulowanej cenie, wtedy są zyski. Jeśli nie – zaczynają się kłopoty.

Ten rok zapowiadał się znakomicie. Ubiegły też był niezły, bo polscy turyści mimo kryzysu nie stracili apetytu na zagraniczne urlopy i można było sądzić, że w 2010 r. będzie podobnie albo i lepiej. – W pierwszym kwartale mieliśmy sprzedaż o 20 proc. wyższą niż w tym samym okresie 2009 r. Wszystko wskazywało, że tegoroczne wyniki będą znakomite – wyjaśnia Krzysztof Piątek, prezes Neckermann Polska.

I wtedy nadszedł pamiętny 10 kwietnia. Koniunktura nagle się załamała. Zadecydowała o tym, zdaniem prezesa Piątka, nie tyle żałoba narodowa, co nieustannie analizowane w mediach szczegóły katastrofy prezydenckiego Tupolewa. Turyści nie lubią oglądać szczątków rozbitych samolotów, gdy wybierają się na zagraniczne wakacje. To wiele osób zniechęca do lotniczej podróży. Zaraz potem zresztą wybuchł islandzki wulkan, paraliżując ruch lotniczy nad Europą. Dla biur podróży oznaczało to kolejny ubytek klientów i dodatkowe koszty związane z niemożnością normalnej wymiany turnusów.

A potem były powodzie w kraju, które także ograniczyły popyt na zagraniczne wyjazdy. W Grecji zaczęły się strajki, zdaniem szefów polskich biur podróży nadmiernie eksponowane w telewizji. Choć pokazywane incydenty dotyczyły Aten, a nie Krety, Korfu, Rodos, Zakynthos, klienci z obawy przed kłopotami omijali grecką ofertę, a wielu decydowało się na spędzenie wakacji w kraju. Wszystkie optymistyczne prognozy wzięły w łeb. Trzeba było intensywnie myśleć nie tyle, jak pomnażać zyski, ale jak minimalizować straty.

Zaczęły się więc promocje, oferty last minute. Bo jeśli ma się do wyboru: wysłać samolot z połową pustych miejsc albo sprzedać te miejsca za pół ceny, to wybiera się to drugie rozwiązanie.

Ktoś, kto za tysiąc złotych leci na tygodniowy wypoczynek do Egiptu, powinien mieć świadomość, że cena, jaką zapłacił, ledwie pokrywa koszty transportu. A gdzie koszty pobytu? To powinno być sygnałem ostrzegawczym – uważa prezes Piątek.

Turystyczna piramida

Biura turystyczne, które przeszacowały potencjał rynku, zwykle starają się uciec do przodu. Zdobywać za wszelką cenę kolejnych klientów, by wypełniać samoloty i zarezerwowane hotele z nadzieją, że koniunktura się poprawi. W tym momencie zaczynają działać jak piramidy finansowe: nowi klienci dostarczają pieniędzy niezbędnych do zapłacenia rachunków za wypoczynek poprzedników. Ten mechanizm działa przez okres wakacyjny, ale wraz ze zbliżaniem się jesieni zaczyna zawodzić. Ubywa nowych klientów, a zobowiązania za starych narastają. A jeszcze dochodzą problemy kursowe, które w tym roku dotknęły szczególnie biura specjalizujące się w Bliskim Wschodzie. Bo tam obowiązują rozliczenia dolarowe, a złoty osłabił się wobec amerykańskiej waluty.

Można jeszcze próbować ratować się sprzedażą imprez zimowych, ale nie wszyscy specjalizują się w zimie, bo tu rynek jest dużo mniejszy od letniego. Dlatego jesienią przychodzi dla biur podróży chwila prawdy. – W tym roku sytuacja branży turystycznej nie jest dobra i można się spodziewać przynajmniej jeszcze jednej dużej plajty – przewiduje Tomasz Starzyk z wywiadowni gospodarczej Dun&Brudstreet. Z analiz tej firmy wynika, że aż 67 proc. biur podróży jest w złej lub bardzo złej sytuacji finansowej. Te niepokojące dane potwierdzają raporty Krajowego Rejestru Długów. – W czerwcu na naszej liście dłużników były 94 biura podróży i agencje, pod koniec sierpnia już 134 – informuje rzecznik KRD Andrzej Kulik.

Ten sezon nie tylko w Polsce był dla branży turystycznej nieudany. W Wielkiej Brytanii padły trzy biura podróży. Plajtę zaliczyły firmy na Węgrzech i na Słowacji. Za każdym razem upadając zostawiały w dalekich krajach wypoczywających turystów, a także tych, którzy zapłacili za wypoczynek i już szykowali się do wyjazdu. Wściekłość, rozczarowanie, stracony czas i pieniądze – tak wygląda bilans urlopowych planów osób, które zawierzyły bankrutom. Dla ubezpieczycieli i władz publicznych oznacza to spory koszt i wysiłek związany z organizacją powrotu pechowych turystów.

W przypadku Selectours marszałek województwa mazowieckiego musiał w ciągu kilkudziesięciu godzin zorganizować awaryjny transport do kraju ponad tysiąca turystów z Egiptu, Maroka i Turcji. Samorząd województwa, w którym biuro jest zarejestrowane, zgodnie z ustawą o usługach turystycznych, ma obowiązek zapewnienia turystom powrotu do kraju. Płaci za to zakład ubezpieczeń, w którym biuro wykupiło polisę obowiązkowego ubezpieczenia. W tym przypadku był to Signal Iduna. Duża część biur podróży jest zarejestrowana w Warszawie, więc Mazowiecki Urząd Marszałkowski ma już doświadczenie w ratowaniu ofiar bankrutów.

Wakacje jak w banku

Czy jednak sprawna ewakuacja niefortunnych turystów rozwiązuje sprawę? W samej branży turystycznej zdania na ten temat są podzielone. Jedni uważają, że biura są takimi samymi firmami jak inne i mogą zbankrutować. Klienci powinni to wiedzieć. Nie brakuje jednak głosów, że system ochrony klientów biur turystycznych jest ułomny i powinien być poprawiony.

Pierwsza sprawa to zabezpieczenia finansowe. Pieniądze z polis i gwarancji bankowych ledwo starczają na ściągnięcie klientów plajtujących biur do kraju. Ci, którzy opłacili wycieczki, ale już nie zdążyli wyjechać, z reguły nie dostają złamanego grosza. Brakuje dla nich pieniędzy, bo sama firma poza paroma biurkami i telefonami nie ma majątku, za to wierzycieli ustawia się długa kolejka.

Do Komisji Europejskiej napływało wiele skarg z naszego kraju, więc Bruksela zaczęła naciskać na polski rząd, by zaczął lepiej chronić turystów przed konsekwencjami bankructw biur podróży – wyjaśnia Jan Korsak, szef Polskiej Izby Turystyki. Z tego nacisku narodziła się nowelizacja ustawy o świadczeniu usług turystycznych, która weszła cztery dni po bankructwie Selectours. Przewiduje podwyżkę minimalnych sum gwarancyjnych. Zdaniem prezesa Korsaka nowe prawo jest ułomne. – Wciąż czekamy na stosowne rozporządzenia, które określą nowe stawki zabezpieczeń – wyjaśnia prezes PIT. Większość biur podróży spodziewając się drakońskich podwyżek przedłużyło dotychczasowe umowy i przez kolejny rok będą korzystały z tańszych zabezpieczeń.

Polska Izba Turystyki optowała za innym rozwiązaniem. Już rok temu, bezskutecznie, proponowała utworzenie Funduszu Zabezpieczeń Turystycznych, finansowanego ze składek biur turystycznych. Byłoby to coś na podobieństwo Bankowego Funduszu Gwarancyjnego zabezpieczającego lokaty bankowe. Fundusz wypłacałby świadczenia klientom firm, które wpadły w tarapaty. Prowadziłby też rejestr biur turystycznych i sprawowałby nad nimi bieżący nadzór. – Skoro nad bezpieczeństwem pieniędzy czuwa nadzór bankowy, podobny organ mógłby kontrolować naszą branżę. Gdyby zauważył, że kondycja firmy się pogarsza, mógłby interweniować. To pozwoliłoby zapobiec powiększaniu strat do gigantycznych rozmiarów – przekonuje Korsak, który zapewnia, że podobne rozwiązania funkcjonują z powodzeniem w niektórych krajach Unii Europejskiej.

Krzysztofowi Łopacińskiemu, szefowi Instytutu Turystyki, pomysł się podoba, ale pod warunkiem, że fundusz interweniowałby z wyprzedzeniem, zanim polscy turyści są wypraszani z hotelu z powodu niezapłaconych przez biuro rachunków. – Dziś, aby uruchomić polisę lub gwarancję, przedsiębiorca musi ogłosić upadłość, co jest powodem rozmaitych perturbacji – wyjaśnia Łopaciński.

Jego zdaniem podniesienie limitów zabezpieczeń przyspieszy zmiany na rynku. Znikną małe firmy, które nie podołają obciążeniu. Ich los jest i tak niełatwy. Każda plajta napędza klientów wielkim operatorom takim jak Itaka, Rainbow Tours, Triada, TUI, Neckermann, Scan Holiday, bo wiadomo, że im większa firma, tym ryzyko kłopotów mniejsze. Pojawiają się też ostrzeżenia, że takie rozwiązanie sprawi, iż ceny wyjazdów radykalnie wzrosną, bo wyższe polisy czy składki na fundusz i tak zapłaci klient. Wypoczynek pod palmami zdrożeje. Bezpieczeństwo zawsze jednak musi kosztować.

Polityka 39.2010 (2775) z dnia 25.09.2010; Kultura; s. 48
Oryginalny tytuł tekstu: "Podróż bez jednego uśmiechu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną