Strona główna

Menu dla niedzielnych ekstremalistów

Speleo-fascynacje Wojciecha Kuczoka

Grota Abisso di Trebiciano w okolicach Triestu, niegdyś uznawana za dno świata. Olbrzymia sala na głębokości 300 m. Grota Abisso di Trebiciano w okolicach Triestu, niegdyś uznawana za dno świata. Olbrzymia sala na głębokości 300 m. Sandro Sedan Photo Team
Od z górą 20 lat wszelkim moim peregrynacjom towarzyszy myśl przewodnia – że ziemia, nawet jeśli już definitywnie przestała być płaska, wciąż pozostaje ciekawsza od spodu. I gdziekolwiek mnie wywieje, szukam dziury w całym.
Wojciech Kuczok jest prozaikiem, poetą, scenarzystą, krytykiem filmowym i speleologiemWojciech Kuczok/Materiały prywatne Wojciech Kuczok jest prozaikiem, poetą, scenarzystą, krytykiem filmowym i speleologiem
Dla amatorów tzw. suchego canyoningu – na rozgrzewkę sardyński kanion Codula FuiliWojciech Kuczok/Materiały prywatne Dla amatorów tzw. suchego canyoningu – na rozgrzewkę sardyński kanion Codula Fuili
Jaskinia Martwych Nietoperzy w Tatrach Niskich na SłowacjiBEW Jaskinia Martwych Nietoperzy w Tatrach Niskich na Słowacji
Grota Bue Marino na Sardynii – atrakcja dla zwykłych śmiertelników. Dostępna tylko od strony morzaBEW Grota Bue Marino na Sardynii – atrakcja dla zwykłych śmiertelników. Dostępna tylko od strony morza

Przez lata za motto miałem haniebnie arbitralną myśl fanatycznych speleologów: powierzchnia ziemi jest zbyt powierzchowna, żeby mnie mogła zaciekawić. Teraz nadrabiam zaległości, choć bez przekonania, bo nawet w przestronnym chłodzie zwiedzanych katedr znajduję analogie do wnętrz komór jaskiniowych; w stiukowych nadmiarach oglądanych pałaców widzę namiastkę szaty kalcytowej – i po tych kulturalnych przechadzkach w grupie z przewodnikiem nabieram pewności, że cała historia architektury podszyta jest pragnieniem odtworzenia pierwszego domu naszych protoplastów. Po co mam więc oglądać mniej lub bardziej odległe od oryginału wariacje na temat jaskiń, skoro na świecie zieją jeszcze tysiące otworów pieczar, w których dotąd nie byłem?

W setkach już byłem, parę odkryłem, ale chcę polecić, drodzy czytelnicy, takie, do których przy odrobinie wysiłku, w roboczym ubiorze i z czołówką na głowie, sami wejść będziecie w stanie bez narażania życia, jeno ku ubarwieniu kanikuły.

Dla plażowiczów

Nawet kolekcjonerzy plaż, wierni tradycyjnym polskim drogowskazom wakacyjnym, mogą znaleźć chwilę na całkiem solidną dawkę podziemnej przygody. Bo oto sącząc sangrię w jednej z tawern na Teneryfie, znużeni słońcem i czarnym piachem możecie spojrzeć na mapę i sprawdzić, ile czasu zajmie wam dojazd niedrogo wynajętym samochodem do północnej części wyspy, w rejon klifu San Marcos albo – jeszcze lepiej – do miasteczka Icod de Los Vinos. Tam zaś czeka na was gratka nie lada – wspaniałe tuby lawowe, wcale nie tak częsty przykład systemu jaskiń, określanych fachowo jako pierwotne, a więc powstałe w tym samym czasie co otaczająca je skała. Kanary to wszakże wyspy wulkaniczne, jaskinie powstały tu poprzez zastyganie lawy. Przebiegają bardzo płytko pod powierzchnią ziemi, co czasem przysparza nietypowych, a fotogenicznych przeszkód, jak np. przegradzające przebieg korytarzy kotary z korzeni bananowców, których plantacje rozpościerają się na górze.

Tutejsze groty mają podobny charakter – to długie, proste tunele o regularnym przebiegu, którymi można wędrować bez kłopotu, z ekscytującą świadomością, że drepcze się po jęzorze zastygłej przed milionami lat magmy. Kubatura podziemnych pasaży bywa tu imponująca, temperatura jak na jaskinie zadziwiająco wysoka (ok. 20 st. C), więc najlepiej zwiedzać je w cienkim ubraniu.

Odradzam jednak zagłębianie się w boczne odnogi – o ile w partiach międzyotworowych panuje naturalna cyrkulacja, w ślepych zaułkach robi się nieznośny zaduch, człowiek przy odrobinie wysiłku poci się jak w saunie, a jednak jakiś kombinezon warto mieć na sobie, bo bazalty ostre, skaleczyć się łatwo.

Miłośnicy śródziemnomorskiej laby nie mogą nie znać sardyńskiej perły – Cala Luna, uchodzącej za jedną z najpiękniejszych plaż na świecie. Trudno mi z tym poglądem polemizować, bo w istocie zbiegają się w tym miejscu trzy żywioły: wodny, skalny i podziemny. Klif, oblegany po równo przez wspinaczy i plażowiczów, jest szeregowo podziurawiony tunelami o efektownych portalach, jednak próżno w nich szukać rozległych partii, w najdłuższej z grot dotarłem niespełna 200 m w głąb.

Gratka dla amatorów speleologii znajduje się nieco bliżej kurortu Cala Gonone, z którego startują do krótkiego rejsu turystyczne stateczki: to grota Bue Marino, w której otworze cumujemy po to, by odwiedzić udostępnioną dla zwykłych śmiertelników, oświetloną część rozległego systemu krasowego. Ekstremy żadnej tu nie ma, poza ciekawostką, bo niewiele jest w Europie tej miary obiektów podziemnych, dostępnych wyłącznie z morza.

Na grotołazów wejście do raju czeka o kilka godzin marszu z Cala Gonone, w górę doliny Teletotes. Ale otwór Su Palu, najpiękniejszej jaskini mojego życia, stanowiącej część 30-kilometrowego ciągu podziemnych pasaży, można też osiągnąć z głębi wyspy, klucząc serpentynami Gór Supramonte.

Grotę polecić mogę tylko wytrwałym i otrzaskanym z jaskiniami zawodnikom, bo drogę do wszystkich cudów świata podziemnego, które się w niej mieszczą, zagradza poważna uciążliwość. Pal licho ciasne progi wejściowe, wymagające użycia liny i specjalistycznego sprzętu; gorzej, że pół godziny drogi od otworu trzeba się rozebrać do rosołu i przepełznąć w zwężeniu podziemnej rzeki, dbając o to, by chociaż nos wystawał ponad wodę. Nawet ekstremalistom z wieloletnim doświadczeniem ta przeprawa zapada w pamięć na zawsze.

Suchy canyoning

Sardynia oferuje jeszcze jedną atrakcję dla wstępnie przeszkolonych poszukiwaczy aktywnego kontaktu z naturą. To jedyne obok Sycylii miejsce w Europie, gdzie z powodzeniem można uprawiać tzw. suchy canyoning. Pokonywanie długich i głębokich wąwozów, których dnem pędzi lodowaty potok, jest poważnym wyczynem i oprócz znajomości technik linowych wymaga dużej sprawności pływackiej. Jako człowiek niepływający nigdy bym nie zaznał smaku canyoningu w warunkach alpejskich. Ale sardyńskie kaniony są praktycznie bezwodne, oczywiście poza okresami silnych opadów, które na wyspie zdarzają się nader rzadko.

Progi pokonujemy zjazdem na linie, którą ostatni członek zespołu za sobą ściąga. Nierzadko zjeżdżamy z pontonem, bo pod progami stagnuje woda. Wytrawni canyoningowcy, z naturalną dla nich skłonnością do brawury, liny używają niechętnie i w ostateczności – mniejsze progi pokonują po prostu skacząc do wody.

Na rozgrzewkę polecam nieodległy od Cala Gonone suchy jak pieprz kanion Codula Fuili, gdzie po kilku niezbyt długich zjazdach lądujemy nieopodal plaży. Bardziej zaawansowanym z pewnością przypadnie do gustu Badde Penthumas w rejonie doliny Lanaittu – mój ulubieniec: kilkanaście zjazdów pozwalających w ciągu kilku godzin przemierzyć gardziel wygładzonego w wapieniu tunelu otwartego ku górze.

W południowej części wyspy, w rejonie Villacidro, znajdziemy idealny kanion na letnie upały – Riu Coxinas, który kończy efektowny, blisko 30-metrowy zjazd w kaskadach wodospadu Sa Spendula, prosto do baru. Przynajmniej jeden członek zespołu powinien umieć pływać, żeby po zeskoku rozpiąć linę do tzw. trawersu tyrolskiego dla tej części ekipy, która nie ma ochoty się kąpać – w Coxinasie prawie każdy zjazd kończy się w niewielkiej co prawda, ale głębokiej wannie.

 

Speleowyprawy

Ale wróćmy pod ziemię, zwłaszcza że najpiękniejszy rejon krasowy Europy, płaskowyż, od którego nazwę wzięły zjawiska krasowe, słoweński Kras przechodzący we włoskie Carso, leży właściwie po drodze dla większości rodaków zmierzających ku południowym morzom. Uroki Triestu i kulturowe tropy, które można przemierzać w tym porcie, już opiewali, nie bez egzaltacji, liczni miłośnicy Joyce’a i Magrisa. Gdyby jednak podnieść wzrok ku wzgórzom wznoszącym się nad miastem i ciągnącym ku Słowenii, okaże się, że są w nich wydrążone transgraniczne systemy korytarzy i komór jaskiniowych, których rozmiary najlepiej oddają takie nazwy tubylcze jak Grotta Gigante – turystyczna, niemniej godna polecenia, ogromna (jak my mówimy – mohutna) podziemna przestrzeń.

Głodni wrażeń sportowych i czujący „parcie na cyfrę” turyści mogą w kontakcie z triesteńskim speleoklubem załatwić sobie komercyjne wejście do pobliskiej Abisso di Trebiciano, niegdyś uznawanej za dno świata. Przygoda jest prosta jak system wąskich studni, którymi schodzimy po drabinach mniej więcej na głębokość 300 m po to, by znaleźć się w sali tak olbrzymiej, że łatwiej nam będzie sobie wyobrazić, żeśmy się znaleźli nocą na pustyni, bo ścian ni stropu światło czołówek nie sięga, a dno wyściełane jest grubą warstwą piasku.

Rzeka, którą znajdziemy na dnie jaskini, płynie podskórnymi kanałami prosto ze słoweńskich Jam Szkocjanskich, gdzie zaopatrzeni w bilet i przewodnika będziemy mogli na nią spojrzeć z barierek zawieszonych 100 m nad dnem niezwykle spektakularnego jaskiniowego kanionu. Po słoweńskiej stronie warto też zajrzeć do jaskini Postojnskiej – to już speleologia dla leniwych, bo sporą część trasy przemierzymy w wagonikach kolejki, pędzącej jak w lunaparkowym pałacu strachów.

Spragnieni adrenaliny turyści wysokogórscy nie muszą odjeżdżać daleko, by wziąć udział w poważnej speleowyprawie – w Niżnych Tatrach Słowacy udostępnili Jaskinię Martwych Nietoperzy dla tych, którzy deptanie po wylanych betonem ścieżkach w świetle reflektorów mają za obciach. Możemy wybrać jedną z trzech tras, ale nawet do pokonania najprostszej z nich należy odziać się w pełny rynsztunek grotołaza – na miejscu dostajemy kaski, kombinezony, gumowce, rękawice, a nawet uprzęże i możemy rozpocząć wędrówkę po surowych tatrzańskich przestrzeniach. Jeśli kto złapie bakcyla i dogada się z dziurołazami z Liptowskiego Mikulasza, po drugiej stronie Niżnych Tatr znajdzie sposobność do pobicia swojego rekordu głębokości.

Kolektywizacja speleologii na Słowacji, poza cierpliwą eksploracją wielu obiektów, umożliwiła także wykonanie stałych udogodnień nawet w najgłębszych pieczarach. Taki np. Stary Hrad, ze swoimi 424 m głębokości, wciąż wiodący prym wśród pionowych systemów naszych południowych sąsiadów, można pokonać do dna właściwie bez użycia liny. Wszystkie studnie pokonujemy po rebrikach, stalowych drabinach oplecionych metalowymi obręczami po to, by czasem mieć się o co oprzeć dla odpoczynku. Niektórym „psycha siada” na widok takiej na przykład Studni Radości, 44-metrowej przepaści, którą pokonujemy bez kontaktu ze ścianą, jako też i bez asekuracji, a drabina chwieje się i wygina niepokojąco…

Więcej adrenaliny niedzielnym grotołazom może dostarczyć już chyba tylko Gaping Gill w Parku Narodowym Yorkshire Dales – największa podziemna przepaść Wielkiej Brytanii. Do tego 110-metrowego skalnego dzwonu raz w roku opuszczani są na stalowej linie zamknięci w metalowych klatkach turyści, zjeżdżający się w tym celu tłumnie z całej Anglii. Sam miałem okazję skorzystać z tej przyjemności, kiedy zwiedzając inną część tego systemu, po zjechaniu ciągu studni uparłem się, żeby dotrzeć pod tę akurat, odstać w kolejce i choć raz w życiu wydostać się na powierzchnię bez wysiłku.

W zasięgu ręki

Są też w zasięgu jednodniowej przejażdżki propozycje zaawansowanej turystyki podziemnej dla tych, którzy cierpią na lęk wysokości przynajmniej od czasu, kiedy ojcowie nosili ich na barana. Na pograniczu słowacko-węgierskim znajduje się kraina znosząca porównanie z Krasem klasycznym: tamtejszą mnogość rozmaitych form podziemnych i uroki mrocznych przestworów oceniono tak wysoko, że wszystko, co woda wypłukała w wapieniu, wpisane jest na listę UNESCO.

Wierzchem płaskowyże w okolicach Rożnawy są podziurawione głębokimi studniami jaskiniowymi, które, nawet jeśli zakończone ślepo, oszałamiają bogactwem szaty naciekowej i bezdennością pionowych odcinków (tutaj właśnie swego czasu poobijałem się w dramatycznych okolicznościach, przepinając się przez węzeł, rekord długości swobodnego zjazdu – 140 m w przepaści Mała Zomboj).

Dołem ciągną się w nieskończoność horyzontalne partie z rzekami o tyleż malowniczych przebiegach, co ponurych nazwach – jak np. Styks w jaskini Domica (łodzie wraz z opłaconymi Charonami czekają na śmiałków). W tej ostatniej można przekroczyć pod ziemią granicę z Węgrami. Inną z jaskiń wodnych, Krasnohorską, warto odwiedzić choćby dla największego w Europie stalagmitu 32-metrowej wysokości, choć już sama droga do niego, po rozpiętych nad jeziorkami mostach linowych, przysporzy wszystkim niezapomnianych emocji.

Od węgierskiej strony, w rejonie Aggtelek, polecam wędrówkę systemem Baradla Balang – jaskinia jest tak długa, że nie wystarczyło funduszy na oświetlenie i ubetonowienie całości głównego ciągu – turystom oferuje się więc kilkugodzinny marsz w naturalnej scenerii podziemnej, w świetle lamp czołowych. A potem można się udać w stronę Gór Bukowych na relaks w Furdo Balang – jaskiniowym kąpielisku termalnym, jeśli kto lubi zwiedzać pieczary w tłoku półnagich ciał...

Jaskiń, które sam odkryłem, nie odważę się polecić niedzielnym, a nawet sobotnim ekstremalistom. Twarda, wciąż jeszcze niesplanowana do końca, niebawem może się stać dla adeptów alpinizmu podziemnego jednym z ulubionych poligonów jurajskich; Dująca, ze względu na wstępne ciasnoty, przyciąga tylko koneserów pustek pseudokrasowych.

Ale gdyby jakiś odważny laik chciał pobiegać z czołówką w czas wakacyjny po rodzimych podziemiach, będzie miał spory wybór przede wszystkim w rejonie Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Estetycznym ekstremum zapewne objawić mu się może choćby podczęstochowska Jaskinia W Zielonej Górze, z jedynym w swoim rodzaju lasem stalagnatów, między którymi należy szukać drogi w głąb pieczary.

Wędrowcom nizinnym byłbym skłonny szepnąć na ucho coś na temat wyrobisk kredowych w Bochotnicy, co prawda wydrążonych ludzką ręką, ale poprzez liczne zawały upodobnionych do naturalnej próżni (taki obiekt nazywamy jaskinią konsekwencyjną). To zamarłe dno oceanu sprzed miliona lat – takiego zagęszczenia skamieniałości na ścianach i stropie nie spotkałem nigdzie indziej.

Miłośnikom fliszu karpackiego z czystym sumieniem polecić mogę Jaskinię Malinowską w Beskidzie Śląskim, bo choć czasem stalowe drabiny na progach wejściowych znikają (czyżby za sprawą złomiarzy?), warto zawiesić na drzewie linę i zejść tych kilkanaście metrów z asekuracją po to, by obejrzeć jedyny w swoim rodzaju tektoniczny zygzak kilkukrotnie załamującego się pod kątem prostym korytarza głównego.

Ważne post scriptum

Lwia część przyjemności ducha i ciała, które powyżej opisałem, niesie ze sobą oczywiste zagrożenia dla osób, które nie przeszły choćby wstępnego przeszkolenia w dziedzinie technik linowych, asekuracji lub też poruszania się w jaskiniach. Aktywność, do której nakłaniam, jest rodzajem rekreacji ekstremalnej, a zatem, choć nie wymaga kondycji i sprawności sportowej, może być atrakcją dla turystów wykwalifikowanych. Żeby nie było wątpliwości – chcę, by mój tekst był vademecum dla poszukiwaczy nietypowego wyczynu, nie zaś poradnikiem dla samobójców.

 

Wojciech Kuczok jest prozaikiem, poetą, scenarzystą, krytykiem filmowym i speleologiem. Autor m.in. powieści „Gnój” (Paszport POLITYKI 2003, Nagroda NIKE i NIKE Czytelników 2004), „Senność”, „Spiski. Przygody tatrzańskie”. Za scenariusz do filmu Magdaleny Piekorz „Pręgi” zdobył w 2004 r. główną nagrodę na festiwalu w Gdyni.

Polityka 32.2011 (2819) z dnia 02.08.2011; Półprzewodnik Polityki; s. 74
Oryginalny tytuł tekstu: "Menu dla niedzielnych ekstremalistów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Chłopcy 30+, czyli faceci jak dzieci

Psychologowie alarmują: to już epidemia. Pokolenie 20-, 30-, a nawet 40-latków nie chce dorosnąć.

Agnieszka Sowa
12.07.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną