Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Strona główna

Czy się stoi, czy się leży...

25 lat wolności oczami Polaków

bolandrotor / Flickr CC by 2.0
Otwarte granice, podróże i studia w każdym miejscu na świecie, dobrze zaopatrzone sklepy i cenne poczucie wolności. Z drugiej strony – odwieczne przekonanie, że wszystko nam się należy. Polacy opowiadają, jak się żyje w wolnym kraju.

Od wyborów 4 czerwca 1989 r. minęło 25 lat. Czy pamiętamy dziś jeszcze, jak było wcześniej, zanim poszliśmy do urn, a Polska stała się – w procesie długich przemian – wolnym krajem? Zapytaliśmy Polaków – przedstawicieli różnych profesji – jak oceniają to ćwierćwiecze. Czy wiedzie im się lepiej, gorzej, czy po prostu: inaczej? 

 

Wojciech Kątski, lekarz z Lublina

Nie tęsknię za mydłem na kartki czy produktami czekoladopodobnymi, jednak uważam, że najgorszą pozostałością po komunizmie jest wypaczenie ludzkiej mentalności. Ci, którzy tęsknią za tamtymi czasami, uważają, że wszyscy powinni mieć tak samo, że pewne rzeczy im się należą niezależnie od tego, czy ktoś pracuje czy nie, czy pracuje lepiej czy gorzej. W PRL-u było takie znane powiedzenie: „Czy się stoi, czy się leży, na pierwszego się należy”. Owszem, nie było w sklepach nic, wszyscy stali w kolejkach, zdarzało się, że byli lepsi i gorsi. Ktoś miał znajomości i dostawał lepszy kawałek mięsa na święta, potrafił załatwić lodówkę albo telewizor. A ten, kto nie miał tych możliwości, stał długie godziny pod sklepem, by dostać cokolwiek. Teraz, owszem, jest duża rozpiętość w zarobkach czy w statusie materialnym ludzi. Są ci, którzy mają miliony, i ci, jak np. emeryci, którym ciężko związać koniec z końcem. Ale z drugiej strony – trzeba popatrzeć, ile te czasy wyzwoliły u ludzi inicjatywy. Stadion Narodowy w Warszawie to przecież był kiedyś wielki bazar z rozkładanymi łóżkami, z rzeczami z drugiej ręki ściąganymi z zagranicy. I nagle ci bardziej obrotni, którzy potrafili się jakoś odnaleźć w nowych czasach, zaczęli zakładać firmy, własne biznesy. Nie wszystkim to się udało, bo jest to niemożliwe, ale powstały warunki do tego, by ludzie mogli znaleźć i rozwijać własną inicjatywę. Wszystko zależy od tego, czy ktoś jest „polskim ślimakiem”, czy wykazuje trochę inwencji.

W wolnej Polsce żyje mi się zdecydowanie lepiej. W końcu mamy możliwość swobodnego poruszania się po Europie, nie potrzebujemy paszportów, wsiadamy w Warszawie i wysiadamy np. na Gibraltarze. Dużą rzeczą są też plusy wynikające z dotacji unijnych. Od drobnych firm, które mogą się rozwinąć dzięki dodatkowym funduszom, poprzez organizacje samorządowe, powiaty. Jestem fanem motoryzacji, więc najbardziej rzucają mi się w oczy lepsze drogi, rozpoczynając od ścieżek rowerowych, a kończąc na autostradach. Hale sportowe, boiska, te miejsca, w których rozsądni ludzie są w stanie w rozsądny sposób te pieniądze wykorzystać. Bardzo istotna jest tu zasada może trochę zbyt biurokratycznego, ale za to bardzo dokładnego rozliczania otrzymanych środków. Znając upodobania Polaków, to gdybyśmy te pieniądze otrzymywali bez żadnej kontroli, tobyśmy je w różny sposób skonsumowali. Niekoniecznie taki, na jaki są przeznaczone.

Kolejnym plusem, zwłaszcza dla młodzieży, jest możliwość swobodnego studiowania za granicą. Teraz jeśli ktoś chce, może studiować nawet w Oxfordzie. Kolejna związana z tym rzecz, to uznawanie naszych dyplomów i związane z tym możliwości podjęcia pracy za granicą. Duże możliwości wymian zagranicznych dla studentów: wyjeżdżają Polacy, ale też zagraniczni studenci przyjeżdżają do nas. U nas na Akademii Medycznej jest ich zatrzęsienie. Plusem jest też  stanowienie prawa ogólnounijnego, np. obniżenie opłat roamingowych.

Są jeszcze kwestie, nad którymi powinniśmy popracować, np. bezrobocie, kryzys na rynku pracy, umowy śmieciowe, ale mimo wszystko komfort życia teraz jest nieporównywalnie lepszy.

 

Krzysztof Pieńkowski, programista komputerowy z Warszawy

Banan! Tak, właśnie banan jest dla mnie symbolem przemian 1989 roku. 

Jako że pochodzę z małego miasteczka w zachodniej Polsce, banan był mi znany wyłącznie z zachodnich filmów. Jako że jedynymi dostępnymi, i to tylko na święta, egzotycznymi owocami były pomarańcze, banan stanowił swego rodzaju wyidealizowany i upragniony symbol wolnego świata.

Wreszcie, pod koniec 1989 roku, dzięki pionierom przedsiębiorczości, którzy handlowali dobrami znanymi wcześniej tylko z Pewexu, przywiezionymi z Berlina Zachodniego, nastąpiła upragniona konsumpcja „Zachodu”. Moje wrażenia i odczucia były mieszane, tak jak i ocena transformacji – nowość, ciekawość, słodycz, ale jednak z domieszką rozczarowania.

Wolność – to słowo w 1989 roku było odmieniane przez wszystkie przypadki. Jednak mnie, jako uczniowi szkoły podstawowej, nie do końca jeszcze świadomemu politycznie, kojarzyła się głównie ze zniesieniem obowiązku noszenia mundurków i uczestnictwa w pochodach pierwszomajowych. Pierwsze wolne wybory kojarzą mi się zwłaszcza z plakatami kandydatów „Solidarności” z Lechem Wałęsą oraz obrazem Tadeusza Mazowieckiego z uniesioną dłonią w geście zwycięstwa. Wyryły mi się w pamięci jeszcze dwa wydarzenia: zburzenie muru berlińskiego i wystąpienie Wałęsy w Kongresie Stanów Zjednoczonych – zwłaszcza że były one mocno eksploatowane na lekcjach WOS-u.

Początek lat 90. to gwałtowne zmiany. Świat dookoła zaczął przypominać ten znany z filmów. Na ulicach pojawiły się zachodnie samochody, w sklepach zaroiło się kolorowych towarów, gwałtownie rozwijała się prywatna przedsiębiorczość, na ulicach pojawiły się reklamy i neony. Szokujące było nowe podejście sprzedawców w sklepach (i nie tylko) do klienta. Nota bene nie mogę się z tym do dzisiaj oswoić: ta powszechna uprzejmość i chęć pomocy. Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się osiedlowe, pirackie kablówki, dające dostęp do niezliczonej, jak na owe czasy, liczby kanałów telewizyjnych. Powszechnie też dostępne stały się kasety z muzyką i filmami. Dzięki tak masowemu dostępowi do „dóbr” kultury zachodniej błyskawicznie następowała westernizacja mojego pokolenia. W zasadzie już po kilku latach nikt nie pamiętał, że jeszcze niedawno było zupełnie inaczej i nie wyobrażał już sobie innego życia.

Lata 90. to również zmiana ustroju gospodarczego i konieczność głębokich reform. Każdy na własnej skórze poczuł Plan Balcerowicza. Upadek PGR-ów oraz państwowych przedsiębiorstw, w gminie głównie rolniczej, w której mieszkałem, doprowadził w krótkim czasie do bezrobocia sięgającego 30 proc. Niemal każdy miał w rodzinie lub znał kogoś, kogo dotknęło bezrobocie. Było to coś zupełnie nowego, zjawisko, które nie istniało w poprzednim systemie. Pojawiła się grupa osób, która nie poradziła sobie ze zmianami i nie potrafiła się przystosować do nowej rzeczywistości. Szybko uwidoczniło się rozwarstwienie społeczne, w zasadzie wcześniej niezauważalne. Widok ludzi bezdomnych i grzebiących, w poszukiwaniu pożywienia, w śmietnikach – to nie było to czego, wszyscy tak oczekiwali. Okazało się, że pełny brzuch jest ważniejszy o wyimaginowanych ideałów, tj. wolności. Wyraźnie pamiętam z tego okresu rozczarowanie, wzdychanie i chęć powrotu do poprzedniego ustroju (słyszało się: za komuny było lepiej). Jednak dla mnie i większości  moich rówieśników nie było już odwrotu. Skażeni wolnością i namiastką zachodniego stylu życia nie dopuszczaliśmy w ogóle możliwości rezygnacji ze świeżo zdobytych doświadczeń normalności. 

Część mojego pokolenia wykazała się nadzwyczaj dobrymi zdolnościami adaptacji do nowych warunków i możliwości, jakie dawał nowy ustrój. Łatwość w zdobyciu paszportu i możliwości przekraczania granicy spowodowało powstanie zjawiska tzw. Yumy. Ze względu na bliską odległość (nieco ponad 160 km) granicy z Niemcami znało się co najmniej kilka osób trudniących się tym procederem – co ciekawe, ich „przedsiębiorczość” znalazła ciąg dalszy, cześć trafiła do „kryminału”, a część zamieniła się w „uczciwych” biznesmenów.

Końcówka lat 90. to już płynące szerokim strumieniem środki strukturalne i inwestycje zagraniczne. Szybki spadek bezrobocia i względna normalizacja. Przed studentem kierunku elektronika i telekomunikacja jawiła się świetlana przyszłość. Z opowieści dziekana wynikało, że już na IV roku będą się po nas ustawiać kolejki pracodawców. Jednak kryzys dotcomów z 2001 spowodował pierwsze chyba realne zderzenie z wolnorynkową rzeczywistością. Nowy ustrój powiązany już mocno z globalną gospodarką spowodował, że wylądowałem na bezrobociu – uparcie poszukując zatrudnienia przez ponad 8 miesięcy (dzisiaj może to nic dziwnego, ale wtedy to było coś niezwykłego).

Kolejnym znaczącym wydarzeniem była akcesja do UE. Otwarcie granic, rynków pracy i masowa emigracja. Sam stanąłem przed dylematem, czy wyjechać, zwłaszcza w związku z dusznością, jaką wprowadziła IV RP. Jednak jako człowiek przekorny nigdy nie wybieram łatwych rozwiązań. Choć to nieco frustrujące, że człowiek wykształcony, z dobrą posadą, żeby kupić klitkę, w której mógłby mieszkać, musi się w zasadzie dożywotnio zadłużyć. Zgodnie z prognozami już za 50 lat dogonimy poziomem życia kraje rozwinięte (takie jak Niemcy, Francja), a ja jestem człowiekiem cierpliwym.

Z perspektywy czasu pozytywnie oceniam zmiany, jakie zaszły przez ostanie ćwierćwiecze. Niewątpliwe wolność, możliwość samodzielnego decydowania o swoim losie – to wartości nie do przecenienia. Za główne minusy uważam wysokie, dla niektórych grup społecznych, koszty transformacji (czy można było przejść transformację łagodniej? nie wiem, ale są tacy, co uważają, że tak ), rozwarstwienie społeczne i chyba brak powszechnej dekomunizacji (choć „gruba kreska” była szczytną ideą), powodującej głębokie, społeczne podziały i zaśmiecające po 25 latach dyskurs sporem historycznym zamiast poważnej debaty o przyszłości.

Dorota Migoń-Jasnorzewska, lekarka z Tarnowa

Za „żelazną kurtyną” żyło się raczej kiepsko. Szczególnie już później, w czasach, kiedy ludzie zaczęli strajkować, bo mieli już tego wszystkiego dość. Człowiek czuł się właściwie cały czas upokorzony przez to, że niczego nie można było kupić legalnie, trzeba było szukać znajomości i różnych dojść. Ciągle trzeba było się kłaniać, prosić, by ktoś zrobił łaskę, a jeszcze trzeba mu było łapówkę w kieszeń wciskać. W momencie, kiedy wszystko się zmieniło, kiedy staliśmy się w końcu wolnym krajem (choć wiadomo, że nie stało się to z dnia na dzień), zaczęliśmy podążać w dobrą stronę. Świat się dla nas otworzył, człowiek mógł wreszcie zacząć mówić o tym, o czym myśli, o czym marzy. Nastały czasy, które są dla ludzi kreatywnych, myślących, a nie takich, którzy chcieli mieć gotowy scenariusz, wiecznie rozpięty nad głową parasol. Oczywiście, że teraz trzeba dużo więcej z siebie dać, ale wreszcie można samemu decydować o wielu sprawach. Gdy weszliśmy do Unii Europejskiej i zostały zniesione granice, to był kolejny moment, kiedy znów Polacy przestali się czuć obywatelami drugiej kategorii. Nasza pozycja w świecie coraz bardziej rośnie i my, jako przeciętni obywatele, którzy udają się za granicę, nie jesteśmy gorzej traktowani od każdego innego Europejczyka. To na pewno ogromny sukces.

Jako lekarka dostrzegam, że bardzo poprawiły się warunki pracy, szpitale są teraz bardzo nowoczesne. Na pewno nie wszystkie, ale większość z nich musiała się jednak dostosować do wymogów unijnych. W takich warunkach lepiej się pracuje, a i pacjentom jest bezpieczniej. Na pewno jest jeszcze dużo niedociągnięć: mam na myśli kolejki, ludzkie narzekanie. Z drugiej strony – powstaje bardzo dużo sprywatyzowanych placówek, z których mogą korzystać nie tylko bogaci pacjenci. Jeżeli takie instytucje mają podpisane umowy z NFZ-em – wiele placówek je ma – to może się w nich leczyć każdy pacjent, któremu naprawdę często lepiej tam niż w publicznych placówkach.

Wydaje mi się też, że w Polsce kuleje jeszcze polityka prorodzinna. Jako lekarzowi, kobiecie i matce było mi przykro, a jednocześnie byłam mocno zbulwersowana, gdy oglądałam protestujących w Sejmie opiekunów niepełnosprawnych dzieci. Fakt, że się posiada wśród najbliższych osobę niepełnosprawną, już sam w sobie jest wystarczająco dużym poczuciem skrzywdzenia przez los, a jeżeli dołożyć do tego biedę i brak zrozumienia ze strony instytucji państwowych, to jest to bardzo przykre. Uważam, że tym ludziom należy pomóc.

Niestety, my Polacy mamy jedną brzydką cechę – nie potrafimy się jakoś wzajemnie porozumieć. Mam na myśli choćby polityków, którzy wiecznie wojują, używając często chwytów poniżej pasa. Nie wszyscy dorośli do demokracji tak, by rozumnie z niej korzystać. Demokracja wymaga od człowieka innego myślenia, innego zachowania i troszkę więcej wysiłku ze swojej strony. Każdy musi sam o siebie zadbać. To jest dobry ustrój dla ludzi kreatywnych, ludzi, którzy chcą pracować, chcą coś z siebie dać i siebie zawalczyć, a nie stękać, żeby ktoś położył im na stole gotowy scenariusz, a najlepiej jeszcze obok tego pieniądze. Ludzie, którzy nie są zbyt kreatywni, a może są zwyczajnie leniwi, tęsknią za czasami, w których „czy się stoi, czy się leży – i tak się należy”. Byleby było coś do jedzenia, flaszeczka i nie potrzeba nic więcej. 

Małgorzata Anna Domińska, emerytka z Warszawy

22 lipca 1972 roku braliśmy z mężem w komunistycznym kraju ślub kościelny. Wybraliśmy ten dzień, ponieważ wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że nie dożyjemy dnia, w którym zniknie z kalendarza czerwona kartka oznaczająca „Narodowe Święto Odrodzenia Polski” – najważniejsze święto w PRL-u – a Polska odzyska wolność. Stało się jednak inaczej i bardzo się z tego cieszymy. Do zmian na lepsze łatwo się przyzwyczailiśmy i często już nie pamiętamy, jak było w tym mrocznym kraju.

Wolność, którą bezkrwawo wywalczyliśmy, jest bezcenna, ma jednak swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że jesteśmy w NATO, w UE, że chodzimy na wybory, bo tak chcemy, a nie, że ktoś nas zmusza. Że mamy paszporty w domu i możemy bez problemu przemieszczać się po świecie, że nasze miasta pięknieją, sklepy zapełnione są różnorodnymi towarami, dużo więcej młodzieży studiuje, poprawia się jakość życia.

Mankamentem tych 25 lat jest m.in. gangsterska prywatyzacja, brak realnego wsparcia dla rodzin z dziećmi, brak tanich mieszkań pod wynajem, bezrobocie wśród młodzieży i związana z tym emigracja zarobkowa, spadek jakości wykształcenia, duże rozwarstwienie społeczeństwa pod względem materialnym, trudny dostęp do lekarzy specjalistów (często przedmiotowe podejście do pacjenta), spadek zaufania do polityków. Podczas tych 25 lat zaprzepaściliśmy rzecz bezcenną – solidarność społeczną. I nawet Kościół, który wspierał opozycję demokratyczną w PRL-u, w wolnej Polsce uwłaszczył się i nadmiernie wzbogacił (często niezgodnie z prawem), obecnie dzieli społeczeństwo i nadmiernie angażuje się w politykę świeckiego państwa. Taka rola Kościoła, który zamyka usta mądrym kapłanom za konstruktywną krytykę i wprowadza egzorcyzmy na uczelnie, zupełnie mi nie odpowiada.

Podobnie jest z partiami politycznymi w Polsce. Zamiast dążyć solidarnie do jak najlepszego rozwoju kraju, opozycja wybitnie w tym przeszkadza. Społeczeństwo jest podzielone, zawistne, niesolidarne, działają ruchy nacjonalistyczne, które szkodzą wizerunkowi Polski i są niestety wspierane przez niektóre partie polityczne. Bolesne jest to, że zarówno Kościół, jak i partie prawicowe deprecjonują i obrażają wybitnych Polaków i patriotów. Brakuje mi bardzo zdecydowanych i głośnych akcji protestacyjnych potępiających tego typu zachowania.

Po tych naszych 25 latach w wolnej Polsce wyraźnie widać, że łatwiej zmieniać kraj niż mentalność Polaków, obciążoną wciąż zaborami, komunizmem, czyli brakiem obywatelskiego myślenia. Moim marzeniem jest, żeby powstało w Polsce prawdziwe, świadome społeczeństwo obywatelskie, a Dzień Niepodległości był radośnie obchodzony przez wszystkich Polaków, niezależnie od tego, z którą opcją polityczną się identyfikują i jakie wartości wyznają. Nasze wspólne święto, bez zawiści, nietolerancji i zacietrzewienia. Wszystko wskazuje jednak na to, że mogą dokonać tego dopiero następne pokolenia. Czas biegnie, a polskie „piekiełko” trwa, mimo że historia uczy, do czego to może doprowadzić...

Andrzej Sobiech, za granicą rzemieślnik, kucharz, barman, kelner i kierowca w jednym, obecnie pracownik ochrony z Mińska Mazowieckiego

Pierwsze od czasów II Rzeczpospolitej wolne wybory – czerwiec 1989 r. – przyciągnęły do urn szerokie rzesze narodu. Większość wyborców, oddając głos na „Solidarność”, głosowała nie na wyżej wymienionych, a przeciw systemowi, odchodzącemu już wtedy do lamusa. Mieli oni nadzieję na lepszy byt, wolność słowa, wiary i przekonań. Te 25 lat dość skutecznie wybiło z głów wyborców nadzieję na uczciwe, nieskorumpowane rządy, równe szanse zawodowe i społeczne, wolność sumienia i wyznania oraz poszanowanie tradycji i historii. Ma się wrażenie, że w obecnym systemie od początku gotują ci sami kucharze, używając obywateli jako wsadu i przyprawy. Mam wrażenie, że coś mi to przypomina...

Jeżeli chodzi o życie codzienne, to przedsiębiorcy rodzimi i zagraniczni wybudowali mnóstwo sklepów i zapełnili je towarami od podłóg po sufity. Ale ludzie z mojego otoczenia potracili pracę, a co za tym idzie: bezpieczeństwo socjalne i podstawę bytu. Dzieci kolegów i przyjaciół opuściły kraj, tak jak uczyniły to polskie miejsca pracy z wyprzedanych za bezcen fabryk. Rodzice czekają na powrót z emigracji swoich latorośli, a ja czekam na powrót normalnego życia – tak normalnego jakie jest w Skandynawii, w której spędziłem wiele lat pracy zawodowej i życia.

Anna Knapek, handlowiec z Warszawy

Parę rzeczy zmieniło się na lepsze, parę na gorsze. Jest np. większa dostępność do informacji. Mamy otwarte granice (paszporty!). Pojawił się internet.

Dobrze też, że wprowadzono zakaz palenia w miejscach publicznych. Dawniej płaciło się rachunki na poczcie, a pracujące tam kobiety paliły i obsługiwały klientów jednocześnie. 

Nowością jest przy tym wyraźniejszy niż dawniej kult pieniądza, co wiąże się, niestety, z pogorszeniem relacji społecznych. Ciężko z ludzi cokolwiek wyciągnąć!

Mieczysław Krause, trener biznesu, przedsiębiorca z Elbląga

Czas przed 1989 r. to był z całą pewnością czas zastoju. Wojsko w sztywny sposób chciało regulować życie społeczne i gospodarkę, i to była totalna porażka, więc gen. Jaruzelski okazał się przytomnym człowiekiem, oddając władzę z rąk wojskowych do rąk cywilów i porozumiewając się z opozycją.

W moim przekonaniu Polska zrobiła olbrzymi krok. Społeczeństwom zachodnim potrzeba było na to stu, może więcej lat. Za komuny wszystko było pomieszane, a w tej chwili wiadomo, kto jest kim. W moich oczach to jest absolutna wartość. Chodzi mi o to, co dana grupa społeczna sobą reprezentuje. Czy jest dla Polski kreatorem, buduje tę Polskę, czy wręcz przeciwnie: rozwala ją. Ja nikogo nie oceniam, ale w tej chwili już wyraźnie widać, kto ciągnie, a kto hamuje i z kim warto trzymać, a z kim nie warto.

Druga wartość wiąże się ściśle z pierwszą. Otworzyły się perspektywy dla ludzi kreatywnych, dla ludzi, którym zależy na czymś więcej niż pełnym brzuchu. Trzecia wartość, o której moje pokolenie w żaden sposób nie mogło pomarzyć, to otwarte wrota świata dla młodzieży. Młodzież, z którą pracuję na co dzień, pokolenie moich dzieci, to jest coś, co mnie bardzo buduje i daje nadzieję. Ja się z nimi świetnie czuję, oni ze mną też (tak przynajmniej mówią), dogadujemy się. Jest porozumienie. Choć wiem, że nie jestem standardowym przypadkiem. Tydzień temu na mojej uczelni był organizowany zjazd absolwentów i miałem okazję zobaczyć moich kolegów z roku. Patrząc na nich, można stwierdzić, że mają życie za sobą. Tak sobie postanowili. Ja postanowiłem, że najlepsze w życiu jest jeszcze przede mną. Mam pewne wzorce, które są moimi drogowskazami. Największą wartością jest zaś dla mnie możliwość wyboru, która niesie za sobą szanse i perspektywy.

Wiem jednak, że wolność, którą zyskaliśmy, jest czymś trudnym. Nie wszyscy ludzie czują, że żyją w wolnym kraju. Wciąż nie ma jasnych, ustabilizowanych reguł demokracji. Jeszcze ciągle nie ma opierania się na wartościach. Zdarza się za to wciąż bazowanie na hucpie. Przed 1989 r. można było wyczyniać różne przekręty właściwie bezkarnie. Ludzie, którym zbyt dobrze się wtedy wiodło i którzy uznali, że nie muszą się zmieniać i dostosowywać, dzisiaj są nędzarzami. Jeżeli ktoś wtedy bazował na przekrętach i nie potrafił się przestawić, to dzisiaj, żeby ratować siebie, często dopuszcza się przestępstwa. Nowa przedsiębiorczość powstała, by w sposób profesjonalny wykorzystać plusy nowego systemu. Doszło pokolenie ludzi młodych, twórczych, ludzi opierających swą działalność na wartościach, na uczciwości. Tacy zaczynają coraz częściej w Polsce dominować. To jest szalenie ważne i szalenie pozytywne. Polacy mają kompleks niższości wobec Zachodu, ale to też się zmienia. Ja widzę, jacy są dobrzy, bystrzy, jak się potrafią odnaleźć w trudnych sytuacjach.

Wtedy sobie myślę, jak to wspaniale jest być Polakiem.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną