Kto i kiedy postawił na prezydenta

Dookoła głowy
Wojciech Jaruzelski został prezydentem i przewodził Rzeczpospolitą w latach 1989–1990. Ale czy ten urząd w ogóle był potrzebny? I jak wyznaczano zakres jego kompetencji?
Polityka

Tekst ukazał się 28 lipca 1989 r. (numer 30/1692)


Dziękuję. Najważniejsze przed nami... – Wojdach Jaruzelski nie krył wzruszenia, gdy po wybraniu go no prezydenta żegnał się z Marianem Orzechowskim, przewodniczącym poselskiego Klubu PZPR. Odgrodzeni od nacierających dziennikarzy stali przez moment przed głównym wejściem do Sejmu, w którym tak wiele zaszło tego dnia. Widać było, że są u kresu sił, a napięcie jeszcze z nich nie opadło. Pocałowali się, po przyjacielsku z „dubeltówki”, i w tym momencie podjechał peugeot generała. Prezydent wsiadł i odjechał w przeciwną stronę niż ta, gdzie młodzież KPN domagała sią jego odejścia. Przewodniczący klubu poselskiego wołał się, w tę duszną noc, trochę przejść.

W ten sposób w środę 19 lipca Polska zyskała prezydenta, głowę państwa i zamknęła kolejny podetap najnowszej historii. Za kilka lat albo nawet miesięcy pozostanie nam w pamięci tylko ta data i kolejne fakty związane np. z utworzeniem rzędu, zmianą układu sił politycznych, doniosłymi decyzjami parlamentu. Tymczasem należałoby spojrzeć wstecz i prześledzić – choćby pobieżnie – drogę, która wiodła do prezydenckiego fotela.

Element systemu czy kariery

Archiwalna teczka – z wycinkami prasowymi z minionych lat na temat prezydenta – nie jest gruba. Kilka tekstów z prasy SD, „Czy Polsce potrzebny jest prezydent?”, ankieta „Przeglądu Tygodniowego” z 1985 r. – to najpoważniejsze sygnały w tej sprawie. „Od zawsze”, a konkretnie od 1958 r., była orna zgłaszana jako inicjatywa Stronnictwa Demokratycznego. W 1981 SD oficjalnie ponowiło propozycję powołania Urzędu Prezydenta, którą jednak rychło przestano brać pod uwagę. Powróciła w połowie lat 80., w okresie głębokiego kryzysu politycznego. Wówczas nie było mowy o jakiejkolwiek akceptacji „reżimowych propozycji” przez środowiska opozycyjne, upatrujących w tworzeniu nowych instytucji polityczno-prawnych nic nie znaczących fasad. Inna rzecz, że wcześniejsza żenująca propagandowo kampania o ustanowienie generała Jaruzelskiego marszałkiem (za co skromnie podziękował i odmówił) mogła sugerować, że oto tworzy się urząd „pod człowieka”, nie zaś zgodnie z potrzebami państwa. Pomysł spotkał się z nieufnym przyjęciem.

Po dłuższym okresie ciszy w 1988 r. SD-owską inicjatywę podchwyciło VIII Plenum Komitetu Centralnego PZPR. Nadało to inną rangę i zwiększyło tempo prac. Nadal jednak wśród prawników instytucjonalistów dominowały głosy sceptyczne. Prof. Barbara Zawadzka w artykule „Stare wzory”, opublikowanym w listopadzie ubiegłego roku w POLITYCE, kwestionowała propozycję utworzenia Senatu i prezydenta. Przede wszystkim – argumentowała – „dyskusja o wprowadzeniu prezydenta nie jest możliwa bez określenia zakresu kompetencji tego urzędu (...). Ale zasadnicze znaczenie ma odpowiedź na pytanie, czy pełnienie tych ważnych funkcji przesz jednostkę jest bardziej demokratyczne i lepiej dostosowane do wymogów ludowładztwa niż pełnienie ich przez organ kolegialny? Nie widzę argumentów na rzecz pozytywnej odpowiedzi na to pytanie”.

„Omawiane innowacje zrodziły się z poszukiwań płaszczyzny politycznego porozumienia z opozycją przy Okrągłym Stole. Jeśli nie zostaną one przez partnerów w tym charakterze zaakceptowane – czy powinniśmy wtedy również dążyć do ich urzeczywistnienia? (...) Jest wiele innych sposobów rozszerzenia politycznej bazy rządzenia”.

Przy stole nad rzeką

1 lutego 1989 r., sześć dni przed rozpoczęciem obrad Okrągłego Stołu, rzecznik rządu pytany min. o prezydenta dyplomatycznie odpowiadał, iż „nowelizacji Konstytucji należy spodziewać się przed wyborami”. Natomiast – jak podawała prasa – SD zasiądzie przy Okrągłym Stole z własną propozycją.

O tym, że była to jednak propozycja zgłaszana przez całą koalicję, świadczyła wypowiedź profesora Janusza Rakowskiego, współprzewodniczącego zespołu ds. reform politycznych. „Pragniemy, aby funkcję gwaranta ładu ustrojowego spełniła instytucja prezydenta”. Tymczasem – jak poinformował dziennikarzy drugi współprzewodniczący, profesor Bronisław Geremek – dla strony opozycyjnej punktem wyjścia w rozmowach politycznych miała być kwestia legalizacji „Solidarności”, nie zaś sprawa reform ustrojowych. Podczas kolejnego posiedzenia okazało się, że zaistniał spór poważniejszy. Bronisław Geremek powiedział podczas konferencji prasowej iż „kierujemy naszą uwagę w stronę prawa i sądów, stowarzyszeń, środków masowej komunikacji, samorządu terytorialnego”. Dr Piotr Winczorek z SD powiedział zaś, iż strona solidarnościowa odrzuciła propozycje z „uprzedzeniem i niechęcią” z obawy, że utworzony zostanie urząd o charakterze dekoracyjnym. Stronnictwo podtrzymywało koncepcję silnej władzy prezydenckiej.

Przy Okrągłym Stole rozpoczął się kryzys, także w tej sprawie. Lech Wałęsa pytany 2 marca, czy można sobie wyobrazić, że porozumienie w sprawie zasad tworzenia Sejmu pominie kwestię prezydenta, odparł: „wszystko jest możliwe (...). Twarde stanowisko zajmuje tylko SD. Nasze stanowisko jest elastyczne”.

Również 1 marca na kolejnym posiedzeniu zespołu ds. reform politycznych temat „prezydent” nie ruszył z miejsca. Dzień później nastąpiło spotkanie Czesława Kiszczaka z Lechem Wałęsą. 9 marca... członkowie zespołu mówili już o konkretach.

Jesteśmy po drugiej stronie rzeki – komentował na konferencji prasowej Piotr Winczorek. – A dzięki wcześniejszym intensywnym rozmowom, przede wszystkim gen. Kiszczaka z Lechem Wałęsą, przebycie tej rzeki trwało zaledwie półtorej godziny.

Był to przełom związany z raptownym dogadaniem się w kwestii ogólnych zasad podziału miejsc w Sejmie, wolnych wyborów do Senatu oraz u-tworzenia urzędu prezydenta (choć bez ustalenia daty, czy ma on powstać po wyborach, czy też po uchwaleniu nowej konstytucji).

Kolejny „prezydencki kryzys przy Stole” spowodowany został już nie samym zgłoszeniem inicjatywy urzędu prezydenta, lecz zakresem jego kompetencji. Szczególnie zaś prawem wydawania dekretów. W tym kontekście dość zagadkowo brzmiała wypowiedź Marcina Króla, który podczas konferencji prasowej strony solidarnościowej stwierdził: „Nie sądzę, żeby groziła nam jakaś dyktatura. My przecież zdajemy sobie sprawę z tego, że prezydent, który będzie reprezentantem partii, otrzyma bardzo znaczną władzę, nie będzie pod całkowitą kontrolą opozycji. I jeśli zechce jakieś drastyczne posunięcia wprowadzić, to je wprowadzi”.

29 marca doszło do kolejnego spotkania Czesława Kiszczaka z Lechem Wałęsą, a dzień później ruszyły rozmowy w zespołach roboczych. Jednak m.in. sprawa zakresu uprawnień prezydenta i Senatu pojawiła się z taką ostrością, iż Adam Michnik komentował: „w tej chwili pod znakiem zapytania stoi cały kontrakt”.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną