Archiwum Polityki

„Jeden Kaczor w polu wiał...

Drugi kaczor w sadzie grał” itd. Cały wiersz Tuwima do tego rodzaju – pożal się Boże „finezyjnych” – parafraz dobrze się nadaje, zwłaszcza passus: „Wziął wiatr brata za kamrata, teraz z nim po polu lata”, ale nie dla sztubackiej pustoty takie mi na myśl przychodzą psoty. Ani mi w głowie przerabianie całej literatury światowej na modłę niezmiernie teraz powszechnych, a nader – powiedzmy to jasno – niewyszukanych dowcipasów („W poszukiwaniu zaginionego kaczora”, „Portret kaczora z czasów młodości”, „Gdzie kaczor wschodzi i kędy zapada” czy „Kaczory Watykanu”) – skąd! Mnie ze szczerego wzruszenia pradawne, z dzieciństwa zapamiętane liryki się nasuwają. A też ze szczerego żalu, głębokiego współczucia i – tak jest – zrozumienia tragizmu.

Jakże Oni – kiedyś bliscy, nierozłączni, podobni, wręcz identyczni – teraz coraz dalsi, coraz osobniejsi, coraz bardziej różni się stają! Jakże Oni – kiedyś jeden duch, jeden umysł, jeden los – teraz dwoma duchami, dwoma umysłami, dwoma losami się stają! Co tam: „dwoma”! Jakby tylko „dwoma”, to pół biedy, a może nawet całe szczęście by było! Tu jednak dochodzić zaczyna do podwójności głębokiej! Do podwójności coraz ostrzej oddzielnej! Do podwójności tak odrębnej, że powoli o żadnej podwójności mówić się nie da! Niedługo o dwu całkowicie różnych osobach gadać trzeba będzie! Tu powoli generalna różnica, poważny konflikt, a może i fundamentalny antagonizm zaczyna się rysować! Widmo rozpadu zaczyna krążyć nad dwiema, co jeszcze niedawno jedną głową były!

I nie mówcie, że roją mi się pobożne, a też banalne życzenia, bo przecież każdy w duchu marzy, żeby się wreszcie kaczory między sobą pożarły; lecz niestety wszyscy wiedzą, że zbyt piękna, by ziszczalna była to wizja.

Polityka 20.2006 (2554) z dnia 20.05.2006; Pilch; s. 115
Reklama