Wszyscy mieli gwarancje zatrudnienia do stycznia 2004 r. Wynikały one z pakietu socjalnego, jaki związki zawodowe wynegocjowały przed prywatyzacją z konsorcjum inwestorów – Spectrą Management Jerzego Staraka i Prokomem Investments Ryszarda Krauzego. Nowy zarząd mógł czekać, aż parasol ochronny złoży się sam lub też zwolnić nadwyżkę ludzi, wypłacając odszkodowania (80 proc. pensji pomnożone przez liczbę miesięcy, jakie pozostały do upływu okresu ochronnego, do tego odprawy jak przy zwolnieniach grupowych). Ostatecznie wybrano to drugie rozwiązanie, ale nie wręczono – jak to zwykle bywa – wymówień. Każdemu pozostawiono możliwość wyboru, niczym w telewizyjnym programie „Decyzja należy do ciebie”.
Widzieli tylko cyferki
W Polpharmie sprzątaczki brały na rękę 1200–1500 zł, zaś przeciętne wynagrodzenie wynosi około 3500 zł brutto. Kierownictwo firmy przypuszczało, że na listę chętnych wpisze się 200–300 pracowników. Tymczasem zgłosiło się 700 osób, jedna czwarta ogółu zatrudnionych. – To był szok, korytarz do kadr nabity – wspominają w zakładowej Solidarności. Odeszło tak dużo ludzi, mówił mediom Pavel Mirovsky, prezes Polpharmy, że zakład zaczął mieć trudności.
– Dłoń dałabym sobie uciąć za to, że ludzie najpierw się dopytają, namyślą – relacjonuje Iwona Świeczkowska z Międzyzakładowego Związku Zawodowego Chemików. Dostali dwa miesiące czasu. Ale nie. Program ruszył w połowie października, a dwa dni później byli pierwsi chętni do zwolnień. Przyszła wdowa, około czterdziestki, wykształcenie podstawowe, matka trójki dzieci w wieku szkolnym. Postanowiła się zwolnić, bo koleżanki twierdziły, że kierownik źle ją ocenia. W związku namawiali do rozwagi, zastanowienia. Nie było siły.