Archiwum Polityki

Dziewczyński szyfr

Najpierw trzeba stworzyć tajny alfabet, w którym będziemy mogły pisać do siebie listy. Litery mogą być inspirowane językiem chińskim albo mieć kształt figur geometrycznych. Kartkę ze znaczeniami trzymamy w pudełku na biurku lub w pamiętniku. Byle nikt się nie dowiedział. W listach piszemy o szkole, o chłopakach lub o kłótni z rodzicami. A z takim zawzięciem piszemy, jakbyśmy się nigdy nie miały więcej spotkać (nawet następnego dnia na matmie). Jakby to było ostatniego dnia przed wyjazdem na zawsze i to bardzo daleko. Ozdabiamy kopertę eleganckimi zawijasami, wykonanymi pachnącym długopisem. Jak jest z drobinkami brokatu, to już absolutny szał. Do tego podpis, z emfazą, całym sercem, emocjami: „na zawsze twoja”, „papa, całusów sto tysiące dwieście dwadzieścia dwa”. Albo z nutką egzaltacji: „do grobowej deski kochająca”. Zawsze z przesadą, z oddaniem na sto procent. Korespondencja z przyjaciółką to nie rurka z kremem: musi być prawdziwa do bólu!

Ja na przykład pisałam w trzeciej klasie do Ani (obecnie utalentowanej graficzki): „czy chcesz mi dać do zrozumienia, że bardziej lubisz ją niż mnie?!”. Niczym zraniona kochanka nie mogłam ścierpieć, że Ania siedziała w ławce z inną dziewczynką. Jednocześnie chwaliłam ją, że „szałowo się ubrała” na szkolną dyskotekę albo że pięknie rysuje.

Ten sentymentalizm z podstawówki niektórym kobietom zostaje. Patrzy się czasem z pogardą na takie „dzidzie piernik”, które szczebioczą sobie na kawusi przy ciasteczku słodkie sekreciki. Z zaskoczeniem znalazłam echa takiego szczebiotu w książce Marci Shore „Kawior i popiół” – w relacji Janiny Broniewskiej, żony Władysława, i Wandy Wasilewskiej, ikony komunizmu.

Polityka 45.2009 (2730) z dnia 07.11.2009; Kultura; s. 63
Reklama