Archiwum Polityki

Mówią śmieci

Na powierzchni chaos i melancholia rzeczy niepotrzebnych. Wiatr unosi strzępy folii i starych gazet. W ciemnym wnętrzu jednostajna i bezlitosna praca miliardów bakterii przetwarzających materię organiczną na ciepło, gaz i wodę. Każdego dnia miasto wypluwa tony odpadów. Spływają kanałami zsypów, połykane przez kontenery do brzuchów ogromnych śmieciarek. To, co przetrawi Warszawa, w większości trafia na wysypisko w Łubnej. Sznur samochodów ciężko pnie się pod górę z niecierpliwością oczekiwany przez ptaki.

Łubna żywi całą populację mew. Łapczywe i krzykliwe krążą stadami nad morzem śmieci. Nie boją się niczego. Ani maszyn, ani ludzi. Przed kilku laty dołączył do nich bocian. Codziennie zjawia się o tej samej porze - trochę po dwunastej. Szuka łupu, zanosi do gniazda, wraca. Kiedyś były także szczury. Ludzie ze zwałki pamiętają, że wygrzewały się na słońcu najedzone, wielkie jak koty. Szczury trzeba było wytruć, bo sąsiedniej wiosce groziła plaga.

Nurki czekają przed bramą. Uzbrojeni w metalowe, zagięte pręty do rozgrzebywania śmieci i torby na zdobycz.

Polityka 32.1998 (2153) z dnia 08.08.1998; Na własne oczy; s. 76
Reklama