W USA „Zabawy z bronią” obejrzało już 3,5 mln widzów, a w Niemczech i Francji ponad 2 mln. Film jest reakcją artysty (i polityka, co nigdy dobrze nie idzie w parze) na tragedię w zwyczajnej amerykańskiej szkole w Columbine, gdzie z niewyjaśnionych powodów dwaj chłopcy – raczej dzieci niż wyrostki, niewąchające prochów ani ogolone na łyso mięśniaki – uzbroili się w broń automatyczną i 20 kwietnia 1999 r. wystrzelali 12 osób, ranili jeszcze więcej, po czym zabili się sami. Moore chciał nie tylko wstrząsnąć naszymi sumieniami, lecz przede wszystkim odkryć przed nami przyczynę tego niepojętego zdarzenia, byśmy w Europie – jak sam powiedział – broń Boże nie poszli drogą amerykańskiego postępu cywilizacyjnego. Moore zresztą mówi wprost, że życzyłby sobie, by widzowie po wyjściu z kina powiedzieli: „O cholera, nie chcemy być tacy”.
Film Moore’a jest bez wątpienia publicystyką polityczną – albo esejem socjologa amatora – i powinien się poddać ocenie nie tylko krytyka filmowego, lecz także publicysty. Z tego punktu widzenia największym nadużyciem, jakiego się Moore dopuszcza, jest próba tworzenia iunctim pomiędzy przemocą jednostek a amerykańską polityką zagraniczną, a ściślej amerykańskimi zbrojeniami czy interwencjami zagranicznymi. To taka sama przemoc – zdaje się mówić Moore, który nie kryje, iż najgoręcej życzył Bushowi przegranej wyborczej i ubolewa nad interwencją w Iraku. Tu niech sobie mówi, co chce, ale ciekaw jestem, gdzie by się politycznie znalazł w Ameryce w 1939 r. albo 1940 r., kiedy nasz stary i schorowany artysta i polityk (a więc z gatunku Moore’a?) Ignacy Jan Paderewski jechał do Ameryki błagać o pomoc dla Polski, a większość Amerykanów ani myślała wdawać się w jakieś obce interwencje?