Jedna bitwa – medytował faraon z powieści Prusa – szerzej otwiera nam oczy aniżeli dziesiątki lat spokojnych rządów. Dla przebywających w ZSRR polskich komunistów bitwa taka miała raczej otworzyć oczy innym i skierować wzrok w ich stronę. Czekali na nią długo. Już wkrótce po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej w czerwcu 1941 r. m.in. Jakub Berman i Paweł Finder zaproponowali utworzenie przy Armii Czerwonej polskiego batalionu. Pomysł spalił na panewce: znalazło się jedynie 50 chętnych, a i władze radzieckie miały zupełnie inne plany. Wierchuszka zdawała sobie sprawę, że mimo deklaracji Mołotowa o ostatecznej likwidacji „bękarta traktatu wersalskiego” dobrze mieć w rękawie jakąś polską kartę.
Już w 1940 r. rozpatrywano możliwość utworzenia polskiej jednostki, dowodzonej nie przez jakiegoś farbowanego Polaka z Armii Czerwonej lub komunistę-samouka, który wojskowe doświadczenie wyniósł najwyżej z hiszpańskiej wojny domowej, lecz prawdziwego, przedwrześniowego oficera o znanym (i uznanym) nazwisku. Najpierw próbowano zwerbować przebywających w więzieniach generałów (m.in. Mariana Januszajtisa i Mieczysława Borutę-Spiechowicza). Po fiasku postawiono na oficerów z obozów jenieckich, gdzie rozprowadzano specjalne ankiety, na ich podstawie typując chętnych do współpracy. Rokujący największe nadzieje – wśród nich podpułkownik Zygmunt Berling – uniknęli tragicznego losu większości kolegów z Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa.
Niewielką grupkę oficerów ulokowano ostatecznie w willi w podmoskiewskiej Machałowce, gdzie w głębokiej tajemnicy (także przed polskimi komunistami) przygotowywali plany polskiej jednostki. Decyzja o utworzeniu dywizji zapadła na początku czerwca 1941 r. i możliwe, że Berling zdobyłby wymarzone generalskie szlify dwa lata wcześniej, gdyby 22 czerwca 1941 r.