Archiwum Polityki

Ameryka idzie na wojnę

Historycy kiedyś pewnie powiedzą, że XX wiek skończył się definitywnie 11 września 2001 r. o godzinie 8.45 czasu nowojorskiego, kiedy ufna, otwarta, silna Ameryka ugodzona została w samo serce. To co niewyobrażalne, nierzeczywiste, to co tylko miało straszyć widzów w kinie, stało się naprawdę. Precyzyjny skrytobójczy zamach, który dosięgnął tysięcy niewinnych ludzi, wymierzony został w demokratyczny ład swobód i wolności. Ten dzień zmienił świat, zmusił, aby na nowo zdefiniować wspólne wartości i powinności. Z dymu i kurzu po storpedowanych wieżowcach Manhattanu wyłania się na naszych oczach nieznana epoka. Niesie więcej niepewności, obaw i pytań aniżeli nadziei na rozbicie nieuchwytnego i śmiertelnego wroga naszej cywilizacji: międzynarodowego terroryzmu. Nagle okazało się, że razem musimy iść na wojnę, jakiej jeszcze nie było.

Grozę budziła skala i perfidia ataku. O niemal tej samej godzinie porwano cztery samoloty pasażerskie – wszystkie zamiary się powiodły (nie było doniesień o udaremnionej próbie porwania). Z zagarniętych samolotów trzy uderzyły w zamierzone cele, można więc zbrodniczą skuteczność ocenić na 75 proc. Terroryści musieli się przygotowywać latami, skoro zdobyli budzącą zaufanie tożsamość i nawet nauczyli się pilotować ogromne Boeingi. Jak to możliwe, by CIA – dysponująca budżetem w wysokości 30 mld dolarów – nie wpadła na trop takiego paramilitarnego spisku?

Polityka 38.2001 (2316) z dnia 22.09.2001; Raport; s. 4