Archiwum Polityki

Geny niewierności

Wierność – temat do rozważań, kiedy już trochę ostygną walentynkowe wybuchy uczuć. Wierności nie można zadekretować. Miłość kwitnie, przygasa, rozwija się. A wierność po prostu trwa. Można trochę kochać, lecz nie można być trochę wiernym. Jest przeraźliwie bezwzględna jak celibat: żadnej części, połowy. I tej oto tyranicznej konstrukcji przysięgamy dochować: będę ci wierny, niezależnie od okoliczności, w szczęściu i nieszczęściu, w bogactwie i biedzie, w zdrowiu i chorobie, póki śmierć nas nie rozdzieli. Udźwignąć taki ciężar coraz trudniej. Dawniej przede wszystkim mężczyźni bywali niewierni, dziś coraz częściej także kobiety. W obyczajowym zamieszaniu naukowcy wymyślili nawet pojęcie „wierności linearnej” – jesteśmy wierni kolejnym partnerom na kolejnych etapach życia. Póki nie poznamy następnych.

Historia małżeństwa jest także historią zdrady. Od wieków była przywilejem mężczyzn, ponieważ ciała kobiet, które utrzymywali i których bronili przed niebezpieczeństwem, należały do nich jak rzecz. Rzeczy przystoi trwać w gotowości do użycia. Bez buntu.

Jednak buntownice były. Kobiety za niewierność pławiono, kamienowano, zamykano w klasztorze, chłostano, ścigano. Nawet zgwałcona ponosiła karę. Wierne otaczano szacunkiem. Te się zapewne nie buntowały – nudne, stęchłe, nieruchawe w fiszbinach, krynolinach, gorsetach.

Polityka 7.2001 (2285) z dnia 17.02.2001; Raport; s. 3