Archiwum Polityki

Strefa lęków

Kaliningrad (niegdyś polski Królewiec i prusko-niemiecki Koenigsberg) to dziś, po stracie wasali w Europie Środkowej i Wschodniej, najdalej na zachód wysunięty fragment Rosji. Dla nas – to jedyna z nią styczna granica, dla niej – najdalsza na zachodzie placówka wojskowa. Czy rzeczywiście wyposażona w broń atomową? Jaką rolę przypisuje Moskwa temu obwodowi wykrojonemu z dala od macierzystych ziem rosyjskich? Czy udałoby się uczynić z niego międzynarodową placówkę współpracy ekonomicznej bez naruszania rosyjskiej suwerenności? Zatem: Kaliningrad jako Guantanamo (amerykańska baza wojskowa na Kubie) czy jako Hongkong (od niedawna część ludowych Chin, ale na specjalnym statusie)? I czy te pytania w ogóle intrygują kaliningradczyków?

Trudno ukryć nerwową atmosferę panującą w kaliningradzkim biurze niemieckiej firmy doradczej Baltinconsult, ale kiedy dzwoni telefon z Niemiec, dyrektor Uwe Zollter stara się robić wrażenie najspokojniejszego człowieka pod słońcem. Choć ani jemu, ani jego klientom nie jest do śmiechu, rozparty w dyrektorskim fotelu Zollter uśmiecha się do słuchawki próbując przemycić w ten sposób trochę optymizmu. Nie zawsze się to udaje, właściwie to najczęściej się nie udaje. Po rozmowach takich jak z Brunonem Erchewą, który po pięciu latach zdecydował się wycofać z Kaliningradu na zawsze, optymizmu zaczyna brakować samemu Uwe.

Polityka 5.2001 (2283) z dnia 03.02.2001; Na własne oczy; s. 92