Najpierw rodzi się pierwszy. Król, oczko w głowie. Dowiaduje się, że oto nagle został zdetronizowany. Ma brata – albo siostrę. Zdaje sobie już sprawę z granic swej wszechmocy i ważności. Nieszczęśliwy i oszukany, nie może przeszkodzić obecności uzurpatora, więc, jak pisze Michel Soule, psycholog z Uniwersytetu Paryskiego, pragnie się upodobnić do niemowlęcia. Ssie smoczek, układa się przy małym w łóżeczku i sika na materacyk w nadziei, że wróci na swoje miejsce.
Jeśli między nim a nowo narodzonym różnica jest niewielka, cierpienie będzie łagodne, jeśli wynosi ona od dwóch do czterech lat, pierwsze dziecko samo przeżywa bardzo trudną fazę dojrzewania psychicznego. Będzie wówczas zazdrościć boleśniej. Z biegiem czasu zaczyna pojmować, że on też jest kochanym braciszkiem. Rodzi się trzecie dziecko. Najgorzej być środkowym. Już nie król i nie beniaminek.
– Jestem środkową – mówi nauczycielka Irmina Bigelowska. Kiedy urodził się jej starszy brat, cała rodzina dostała, jak jej opowiadano, amoku ze szczęścia. Babcia pracowała wtedy w firmie browarniczej i jako fizyczna zarabiała na mieszkanie. Mieszkanie poszło w kąt, a ona zaczęła przywozić wory ubranek i zabawek. Ojciec też kompletnie zdurniał. Nie mieli dzieci przez 15 lat małżeństwa, więc kiedy mama jakimś cudem zaszła w ciążę, ojciec stał się dyżurnym jej brzucha. – Ja urodziłam się już nie cudem, ale normalnie, więc euforii z tego powodu nie było – opowiada Irmina.
Nienawidziła swego brata i przemyśliwała, jakby go tu poddusić poduszką, nie na śmierć, ale trochę. Kiedy urodził się Antoś, też cudem, bo mama była po czterdziestce, miało miejsce ogłupienie rodziny numer dwa. Starszy brat poszedł trochę w kąt, a Irmina zupełnie.