Faktem bezspornym jest, że decyzje walnego zgromadzenia akcjonariuszy BIG Banku z 28 stycznia wprowadziły świat polityki w gorączkę. Polacy, słabo rozumiejący kulisy bankowości, nie spotykający się na co dzień z takimi określeniami jak „wrogie przejęcie”, nie mający zielonego pojęcia, co to jest głosowanie grupami czy nawet struktura akcjonariatu, mogli odnieść wrażenie, że oto dzieje się coś niesłychanego: Niemcy w sposób wrogi przejmują polski bank, co zagraża ekonomicznym interesom państwa.
Trzy telefony
Kto i w jaki sposób uruchomił ów polityczny teatr i w imię jakich interesów? Wiadomo, że na początku były dwa, a może trzy telefony, które wykonał dotychczasowy prezes Bogusław Kott, reprezentujący część akcjonariuszy BIG-u i broniący się przed nieuchronną dymisją. Jeden z nich dotarł do Davos do prof. Marka Belki, doradcy prezydenta i jednocześnie członka rady nadzorczej banku, dwa poszły na prawą stronę: do Mirosława Kaszy, doradcy do spraw ekonomicznych Mariana Krzaklewskiego i Mirosława Stycznia, prezesa Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego i przez lata doradcy prezesa Kotta. To one uruchomiły lawinę. Prof. Belka natychmiast przyleciał z Davos, by złożyć słynne telewizyjne oświadczenie (właściwie całą serię oświadczeń), że to, co dzieje się w banku, jest niezgodne z interesem kraju, a zachowanie przedstawicieli PZU, w tym przypadku głównych rozgrywających, jest niezgodne z instrukcjami ministra skarbu. To oświadczenie podobno bardzo zdenerwowało prezesa Stycznia (wedle jego relacji dla „Gazety Wyborczej”) i dlatego złapał za telefon, by zadzwonić do premiera.
Polityczne kuluary w sprawie telefonu prezesa Stycznia miały inne zdanie.