Archiwum Polityki

Kociołapy

Słowa konkubina, konkubent brzmią brzydko, pachną patologią. Lepsze już wydaje się: na kocią łapę, na kartę rowerową, choć w tych określeniach nie ma za grosz szacunku należnego u nas wyłącznie parom zamężnym. Tymczasem w Polsce szybko upowszechniają się związki bez ślubu. Opinia społeczna za tym nadąża: coraz mniej osób odnosi się do nich niechętnie. Gorzej z prawem, do którego konkubinat przedostaje się tylko bocznymi furtkami.

Ślub wydaje się Jackowi Martynkowi, studentowi zarządzania w SGH, asystentowi kontrolera ruchu w LOT, datą w kalendarzu bez specjalnego znaczenia. – Ludzie pobierają się – mówi – na drugi dzień budzą i wszystko jest jak dawniej. Poza zmianą nazwiska nic się nie zmienia, a powinno przecież wiązać się z czymś ważnym, np. w dzień po zawarciu ślubu młodzi idą do notariusza, podpisują wspólnie akt zakupu działki, domu i zaczynają naprawdę wspólne życie.

Polityka 24.2003 (2405) z dnia 14.06.2003; Raport; s. 3