Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Archiwum Polityki

Anty-Pasja

„Opowieść o Zbawicielu” powstała przed „Pasją”, ale w Polsce można ją oglądać jako odtrutkę na słynny film Mela Gibsona.

Film wyreżyserowany przez Philipa Saville’a to antypody „Pasji”, choć Brytyjczyk z pewnością nie zamierzał rywalizować z Amerykaninem. Kanadyjsko-angielska „Opowieść o Zbawicielu” weszła na ekrany przed megahitem supergwiazdy Hollywoodu. Autorzy poszli inną drogą niż Gibson: jemu chodziło o osobiste świadectwo wiary, im – o jak najwierniejsze przeniesienie na ekran Ewangelii św. Jana (po hebrajsku Jochanan).

Ekipa stanęła przed wyzwaniami jak każdy zespół biorący na warsztat temat biblijny. Są w zasadzie tylko dwie możliwości: albo droga hollywoodzka, albo dzieło autorskie. Biblia, a zwłaszcza historia Jezusa, to najważniejsza opowieść kultury zachodniej i nic dziwnego, że i kino od samego początku próbowało ją opowiadać swoim językiem. Dość powszechnie za szczytowe osiągnięcia filmu biblijnego uznaje się „Dziesięcioro przykazań” (1923 r.) i „Króla królów” Cecila DeMille’a (1927 r.) oraz „Ewangelię według Mateusza” Piera Paola Pasoliniego (1964 r.).

W „Królu królów” DeMille wymieszał wątki z czterech Ewangelii i – jak czyniono w epoce kina niemego – wprowadzał je, używając cytatów z Nowego Testamentu. Miał dość artystycznej odwagi, by odejść od biblijnego fundamentu tam, gdzie czuł, że wyjdzie to na dobre filmowi – kazał więc pokazać kamerze, co Jezus pisze palcem na piasku, kiedy faryzeusze przyprowadzają przed niego kobietę przyłapaną na cudzołóstwie.

„Opowieść o Zbawicielu” ma w sobie coś z podobnego pietyzmu dla szczegółu. Przenosi nas w świat biblijny, odtworzony możliwie jak najwierniej, ale bez hollywoodzkiej pompy. Saville, reżyser o ogromnym dorobku telewizyjnym i filmowym, trzyma jednak na wodzy fantazję. Niech to będzie ta jedna Ewangelia – tak jak opowiedział ją Jochanan.

Polityka 11.2005 (2495) z dnia 19.03.2005; Kultura; s. 63
Reklama