Archiwum Polityki

Prezydent z Generalnej Guberni

Zawsze mi się zdawało, że jak kiedyś napiszę powieść o ojcu, to niekoniecznie będzie ona nosić tytuł „Mój ojciec – żołnierz Wehrmachtu”, ale też zawsze miałem absolutną pewność, że ten właśnie okres jego życia będzie fundamentem rzeczy. Wyobrażanie sobie nienapisanych książek jest nęcące – wyobrażać łatwiej niż pisać – w tym wypadku było nęcące specjalnie, bo łączyło się z koniecznością rozwikływania tajemnicy – na oko – bardzo powieściowej.

O służbie ojca w niemieckim wojsku w domu nie mówiło się wcale, o wojnie niezbyt często. Wehrmachtowskie wcielenie starego wyłaniało się z historii rodzinnej powoli, fragmentarycznie i niejasno. Mgliste napomknienia, zapamiętana w dzieciństwie fotografia, która potem gdzieś przepadła, jakiś nagle usłyszany w radiu marsz wojskowy, który najwyraźniej poruszył w nim tajną strunę, jego doskonała niemczyzna, jedno, drugie, trzecie zdanie, parę innych szczegółów – złożyło się w mojej głowie w logiczną całość gdzieś koło matury, może nawet później.

Żadnej tzw. poważnej rozmowy w tej sprawie (ani zresztą w żadnej innej) ojciec ze mną za życia nie odbył. Teraz, jak bez mała od dziesięciu lat nie żyje, też nie widzę, żeby mu się paliło do zaświatowych wyznań – ojcowie z moich stron są bardzo powściągliwi. Luterscy ojcowie z moich stron są powściągliwi niesłychanie. Luterscy ojcowie z moich stron, którzy służyli w Wehrmachcie, to istne wzorce powściągliwości, a luterscy ojcowie z moich stron, którzy służyli w Wehrmachcie i przeżyli, i potem żyli w Peerelu – szkoda gadać. Przez całe życie morda w kubeł. Rozpasany dwudziesty wiek był też pod licznymi względami stuleciem niesłychanej dyskrecji.

Polityka 42.2005 (2526) z dnia 22.10.2005; Pilch; s. 119
Reklama