Archiwum Polityki

Szybciej znaczy wolniej

Czujniki w asfalcie, kamery na skrzyżowaniach, tablice informujące o warunkach jazdy... Do polskich miast wkroczyły systemy sterowania ruchem. Korki zapewne się wydłużą.

Jeszcze kilka lat temu, gdy nowoczesne systemy sterowania ruchem były marzeniem wielu metropolii, reklamowano je jako lek na korki. Dziś marzenia zderzają się z twardą rzeczywistością. Naszpikowane najnowocześniejszą techniką urządzenia bywają bezradne w starciu z rosnącą masą samochodów. Sceptycy już twierdzą, że miliony złotych wyrzucane są w błoto, bo jeździ się jeszcze gorzej niż dotąd. Zwolennicy przekonują, że tak miało być: samochodom musi być gorzej, skoro to komunikacja zbiorowa ma dostać zielone światło.

W Warszawie zalążek nowego systemu pojawił się w wakacje. Budująca go firma Siemens zastrzegła, że jej produkt jest w fazie testów i wciąż się „uczy”. W każdym mieście ruch wygląda inaczej, więc do systemu nie można wprowadzić gotowych danych. Niemniej na temat inwestycji wartej ponad 34 mln zł słyszy się w stolicy do dziś głównie pomstowanie. Kierowcy narzekają na jeszcze większe korki, choć może biorą się one stąd, że włączenie systemu zbiegło się w czasie z licznymi remontami ulic.

Nie są też zadowoleni pasażerowie komunikacji miejskiej.

Czas jazdy tramwajem wcale się nie skrócił, a autobusy stoją razem z samochodami w ogromnych zatorach. – Na nasz stół operacyjny trafił pacjent w stanie agonalnym, czyli miasto bez żadnego systemu sterowania ruchem. Na razie wykonaliśmy zaledwie mały zabieg chirurgiczny. To dopiero początek – twierdzi Dariusz Jasak z firmy Siemens. Rzeczywiście, system objął zaledwie 37 skrzyżowań w Alejach Jerozolimskich, na Wisłostradzie i na Powiślu. Ponadto okazało się, że nawet najefektywniej sterowana sygnalizacja świetlna nie rozwiąże podstawowego problemu – braku obwodnic, na które powinny być kierowane największe potoki pojazdów, w tym ciężarówki.

Polityka 46.2008 (2680) z dnia 15.11.2008; Rynek; s. 58
Reklama