Archiwum Polityki

Chora władza

Czy zły stan zdrowia lub podeszły wiek głowy państwa ma jakieś znaczenie? Czy chory przywódca jest zagrożeniem dla kraju? A może wyborcy, nim oddadzą głos, mają prawo poznać dolegliwości kandydata?

Kiedy w lipcu 1985 r. 74-letni wówczas prezydent Stanów Zjednoczonych Ronald Reagan publicznie wyznał, że wykryto u niego raka jelita prostego, Amerykanie spojrzeli na niego z wielką przychylnością. Jego otwartość przysporzyła mu wielu zwolenników. Ilustrowane magazyny drukowały infografiki ilustrujące przekrój ciała prezydenta, każdy mógł zobaczyć, gdzie dokładnie umiejscowił się rak.

Można powiedzieć, że ważnych decyzji politycznych nie podejmuje się jelitem prostym, dlatego ważniejsza była diagnoza neurologa. W przypadku Reagana ta również nie była w tym czasie korzystna. Werbalną sprawność prezydenta zbadał znany brytyjski profesor neuropsychologii Brian Butterworth z londyńskiego University College. Porównując przedwyborcze debaty telewizyjne, w 1980 r. i w 1984 r., Butterworth stwierdził znaczący spadek sprawności Reagana. Uważał, że prezydent cierpi na demencję. Oficjalnie chorobę Alzheimera zdiagnozowano u Reagana dopiero 10 lat później, kiedy był już od 6 lat politycznym emerytem. Czy jednak jej wcześniejsza faza, która wymknęła się diagnozie, nie wywołała spadku umysłowej sprawności prezydenta już w czasie drugiej kadencji?

Czy informacja o stanie zdrowia przywódcy powinna być publiczną własnością?

Kiedy i do jakiego stopnia przysługuje mu przywilej prywatności? Na te ważne i trudne pytania próbuje odpowiedzieć David Owen w swojej książce „W chorobie i u władzy. Choroby szefów rządów w ostatnich 100 latach”.

Autor, zanim poświęcił się polityce, studiował medycynę w Sidney Sussex College w Cambridge i w 1962 r. rozpoczął pracę jako neurolog i psychiatra w Royal Waterloo Hospital. W 1966 r.

Polityka 33.2008 (2667) z dnia 16.08.2008; Świat; s. 52
Reklama