Archiwum Polityki

Najdłuższe pożegnanie

Pisałem kiedyś: śmierć to jest nieobecność we wszystkich miejscach naraz. Teraz wróciły do mnie te słowa. I trudno mi pogodzić się z tym, że dzień przed katastrofą rozmawiałem z jednym z pasażerów samolotu, z dwiema znajomymi paniami wymieniliśmy ukłony, zapowiedź spotkania w niedalekiej przyszłości. Gdzie je spotkam? Stało się przecież tak jak w wierszu Tetmajera: „Wśród drzew szumiących mieszka i śmierć się nazywa”.

Polska poezja od zawsze obcowała ze śmiercią. Udomowiła ją, uczyniła z niej poczekalnię dla bohaterów heroicznych zrywów i tych, o których powiada Księga, że w śmierci są więksi niż za życia, pozostając dla bliskich i przyjaciół – niezapomnianymi.

W XVI w. Mikołaj Sęp-Szarzyński definiował śmierć jako „córę grzechową”:

Jako kosiarz ziele
Ostrą kosą ściele:
Tak to wszystko składa,
Ani opowiada
Nikomu swojego
Zamachu strasznego.

Zbigniew Morsztyn myślał podobnie, w czarnej jak krepa tonacji:

Żywot ten kształtem żywota
Ledwo może być zwany
Żywot ten śmierci istota,
Żywot ze snem zrównany.

Romantycy, wiadomo – Słowacki, rezerwowy Wieszcz, wierzył, że dopiero po zgonie spełni się jego marzenie, działać zacznie siła poetyckiego geniuszu:

Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi,
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba – w aniołów przerobi.

Mickiewicz zapowiadał braterstwo ze śmiercią żywych i martwych:

Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada,
W oczy zagląda wam i głośno gada,
Dusza w ten czas daleka, ach, daleka,
Błąka się i narzeka, ach, narzeka.

Kornel Ujejski ograniczył się do strony ceremonialnej przejścia na drugą stronę:

Tyle dzwonów! Gdzie te dzwony? Czy w mej głowie huczą?

Polityka 17.2010 (2753) z dnia 24.04.2010; Groński; s. 121
Reklama