Ja My Oni

Maskarady i ustawki

Jakie są współczesne wzorce męskości?

Ben Rosett / Unsplash
Krzysztof Pacewicz o dorastających dziś polskich chłopcach: ich frustracji, agresji, podatności na ksenofobiczne i patriarchalne hasła.
Krzysztof PacewiczLeszek Zych/Polityka Krzysztof Pacewicz
„Dzisiejsi młodzi mężczyźni wychowywali się na przecięciu trzech patriarchalnych kultur, które stworzyły model nacjonalisty – kowboja – biznesmena”.Vetta/Getty Images „Dzisiejsi młodzi mężczyźni wychowywali się na przecięciu trzech patriarchalnych kultur, które stworzyły model nacjonalisty – kowboja – biznesmena”.

Joanna Podgórska: – Jak to się stało, że z chłopców zamiast mężczyzn wyrastają „męszczyźni”? Tak nazwał pan pokolenie obecnych 20–30-latków.
Krzysztof Pacewicz: – „Chcemy męszczyzn, a nie ciot” – taki napis zobaczyłem na transparencie grupy nacjonalistów kontrmanifestujących pod kościołem podczas warszawskiej Parady Równości. Można byłoby uznać, że to zwykły błąd ortograficzny, wynikający z braku wykształcenia. Ale przyszło mi do głowy, że to słowo dobrze opisuje pewien model męskości, w którym dorastali. To nie tak, że „męszczyźni” pochodzą z zupełnego marginesu społecznego. Ich problemem jest brak dowartościowania i edukacji, co skrajnie podzieliło młodych ludzi ze względu na płeć.

Obserwowałam środowisko licealne mojej córki. Dziewczyny nasiąkły równościowymi ideami, dorastały w poczuciu, że wiedzą, kim są i co mają robić. Chłopcy dramatycznie miotali się w poszukiwaniu tożsamości. Potrafili w ciągu tygodnia przeistoczyć się z antyklerykalnego anarchisty w nacjonalistę i ortodoksyjnego katolika. Stare wzorce im zabrano i nie dano niczego w zamian?
Różnicę między płciami widać przede wszystkim w poglądach i preferencjach. Rozliczne badania pokazują, że kobiety są dużo bardziej empatyczne i otwarte na ludzi z innych kultur, bardziej skłonne zaakceptować geja czy muzułmanina jako sąsiada. Inaczej też traktują uchodźców: widzą w nich ludzi, którzy uciekają przed wojną, bo ich życie jest zagrożone, podczas gdy mężczyźni raczej patrzą na nich jak na tych, którzy przyjeżdżają do Europy z przyczyn ekonomicznych. Duże są też różnice polityczne. Gdy zapytano Polaków, czy zagłosowaliby na Donalda Trumpa czy na Hillary Clinton, tylko 7 proc. kobiet wybrało Trumpa, a wśród mężczyzn miał prawie 30-proc. poparcie. Kobiety rzadziej głosują na skrajnie populistyczne partie, takie jak Kukiz’15. One idą w Czarnym Proteście, oni w Marszu Niepodległości.

Co to oznacza? Tęsknotę za patriarchatem, za jasnym podziałem ról płciowych?
Poczucie ograbienia z pewnej pozycji. Dzisiejsi młodzi mężczyźni wychowywali się na przecięciu trzech patriarchalnych kultur, które zdominowały krajobraz po transformacji i połączyły się, tworząc folwarczny model nacjonalisty – kowboja – biznesmena, który nazwałem „męszczyzną”. Wykreowały go warunki do rozwoju panujące w latach 90. i początku dwutysięcznych. Fatalne z kilku przyczyn. Ten czas to zachłyśnięcie się polską niepodległością, którego elementem był powrót bardzo brutalnego, prostackiego nacjonalizmu. Z jednej strony to zrozumiałe, w kontrze do socjalistycznej przeszłości, choć przecież polski realny socjalizm też miał silne wątki narodowe czy wręcz szowinistyczne. Ważnym elementem tego głupio nacjonalistycznego etosu okazała się próba zbudowania polskiej tożsamości wyłącznie na postaciach buntowniczych: powstańców warszawskich czy żołnierzy wyklętych. Kultywowanie patriotyzmu w Polsce wiąże się z czczeniem poległych, którzy choć na końcu przegrywają, to z bronią w ręku. To jego postać nacjonalistyczna nie tylko w tym sensie, że skupiona na silnej idei narodu jako najwyższego dobra, wartości nadrzędnej wobec wartości uniwersalnych, ale też po prostu zaściankowa i destrukcyjna. Zamiast wizji konstruktywnej, w której aktami działania na rzecz ojczyzny byłyby np. wspieranie lokalnych inicjatyw czy troska o zabytki w okolicy, chłopcy dostali agresywną wizję uzbrojonego bohatera walczącego.

A rzeczywistość nie odpowiedziała zapotrzebowaniem na nich?
Zupełnie. I zgromadzona energia, która nie znalazła ujścia w realnej walce z wrogiem, zostaje zamieniona w quasi-sceniczne odtwarzanie sytuacji zbiorowej przemocy. Najprostszym przykładem są środowiska kibicowskie, które uprawiają mikrowojenki w obrębie miast, między dzielnicami czy klubami. Tu nie chodzi o piłkę nożną, ale o budowanie zbiorowej tożsamości poprzez uczestnictwo w inscenizowanych bitwach.

Czy to jest też źródło rosnącej popularności Marszu Niepodległości czy grup rekonstrukcyjnych?
Oczywiście. W pierwszym przypadku chłopcy wychodzą na ulice, by choć przez chwilę poczuć się prawdziwymi mężczyznami, którzy o coś walczą. Drugi to świetny przykład, gdzie zlewa się i zaciera granica między inscenizacją a rzeczywistością. Francuski filozof Jean Baudrillard byłby zachwycony, gdyby usłyszał, że grupy rekonstrukcyjne są jednocześnie grupami realnych patriotów, którzy traktują swoją działalność jako przejaw miłości do ojczyzny. To wyższy stopień symulakrów. Ale według mnie także przejaw desperacji, bo przecież kibolskie ustawki, nacjonalistyczne marsze z pochodniami czy udawanie żołnierzy wyklętych to są karykaturalne spektakle męskości, maskarada „męszczyzn”. Rządzący dziś PiS stara się ich uwodzić, organizując marsze i akademie ku czci żołnierzy wyklętych, popularyzując klasy militarne, finansując filmy z wybuchami o wojennych bohaterach. Wojska Obrony Terytorialnej wymyślone przez Antoniego Macierewicza to dla nich wymarzony prezent. Dostaną prawdziwe mundury, broń (mam nadzieję, że nie z ostrą amunicją) i 500 zł żołdu. Męskość 500 plus. Dzięki temu patriotycznemu disneylandowi na jakiś czas uda się ochronić chłopięce marzenie o byciu prawdziwym mężczyzną przed zderzeniem z rzeczywistością.

Zaściankowy nacjonalizm i kult walczących bohaterów to jeden patriarchalizm, który wyprodukował „męszczyznę”. A pozostałe?
Chłopcom sprzedawano prosty patriarchalny model rodziny i życia społecznego, który – swoją drogą – też miał być powrotem do czasu dobrze urządzonego porządku narodowego i końcem socjalistycznych eksperymentów równościowych. Na to nakłada się kultura hollywoodzka, która oferuje im idiotyczną wersję supermena. Bohater, poprzez stereotypowo męskie cechy – odwagę, siłę fizyczną, sprawność, bezkompromisowość – przywraca równowagę w świecie. Trzeci element to neoliberalny indywidualizm, który mówi, że każdy walczy o siebie, a miarą wartości człowieka jest sukces, przede wszystkim finansowy. Życie to wojna wszystkich ze wszystkimi, a ci, którzy przegrywają, sami są sobie winni. Młody mężczyzna wychowany w takiej wizji oczekuje, że kiedy dorośnie, rzeczywistość spełni jego oczekiwania. A okazuje się, że nie ma dla niego pracy. Branże typowo „męskie”, wymagające siły, odwagi czy wytrzymałości, raczej się zwijają albo mężczyzn zastępują w nich maszyny – dokładniejsze, tańsze i niepijące w godzinach pracy.

Ekonomia potrzebuje przede wszystkim ludzi wykształconych, a – generalizując – kiedy dziewczyny się kształciły i uczyły języków, chłopcy chodzili na mecze. Poszukiwane kompetencje to umiejętność komunikacji i współpracy. Według ekspertów ekonomicznych branże, które będą dominowały w XXI w., to – uważane za stereotypowo kobiece – edukacja i opieka zdrowotna, które trudno zrobotyzować. A w nich liczy się empatia, cierpliwość, umiejętność komunikacji i współpracy. Czyli te wszystkie rzeczy, których chłopców nie uczono, a którymi oni sami wręcz pogardzają jako oznaką słabości. I nagle okazuje się, że rynek pracy od nich także tego właśnie oczekuje, a i tak najlepsze, co mogą dostać, to praca w call center, serwisach gwarancyjnych czy przy wciskaniu ludziom polis ubezpieczeniowych. Miejsca, gdzie sukces zależy od tego, czy człowiek jest odbierany jako sympatyczny, kulturalny i komunikatywny.

To nie jest robota dla supermena.
Nie jest. I to musi rodzić frustrację. A ona chętnie zamienia się w agresję. Za mało mówi się o tym, że młodych chłopców od zawsze uczy się właśnie takiej reakcji, bo jest sprawcza, aktywna: coś ci się nie podoba, walnij pięścią w stół, wywalcz to, czego chcesz. Efekty widzę nawet u siebie.

Czy taką reakcję – w wydaniu groteskowym – zaprezentowali w 2013 r. narodowcy „walczący” z drzewkiem na ulicy podczas Marszu Niepodległości?
To idealna ilustracja. Albo wydanie ciężko zarobionych pieniędzy na wyjazd z kolegami do Wilna, żeby podczas meczu rozwalić banery reklamowe, bo to sposób, by na chwilę rozładować swoje emocjonalne napięcie. A później ci narodowcy głosują na polityka, który jest równie wkurzony i sfrustrowany.

To wszystko wygląda jak mieszanka wybuchowa: frustracja, agresja, nietolerancja, nienawiść do obcych. Czy to jest szukanie winnego? Poniosłem porażkę, więc ktoś musi być winny, bo przecież nie ja?
Żeby było jasne: ja nie obwiniam tych młodych mężczyzn. Mam pretensje do systemu, który nie przekazał im odpowiednich wartości, wizji męskości otwartej i dopasowanej do naszych czasów. Dał im za to idiotyczny etos, kompletnie niedopasowany do rzeczywistości. Utopijny powrót do przeszłości. Zygmunt Bauman nazywał to retrotopią. Bo dawne utopie patrzyły w przód, a współczesne próbują odtwarzać jakieś prawdziwe bądź fantazmatyczne tradycyjne wzorce.

Ci chłopcy na pewno szukają winnego. A jedno, czego na pewno możemy się dowiedzieć z teorii psychoanalizy, to że w przypadku popędu jego obiekt jest najbardziej zmiennym elementem. Dla nich nie jest ważne, kto aktualnie jest ich wrogiem, bo to się może łatwo zmienić. To może być kibol innego klubu, Arab, gej, Żyd, lewak, uchodźca czy Rosjanin. Wszystko jedno. Nie chodzi tak naprawdę ani o żołnierzy wyklętych, ani o dyktat Unii Europejskiej. Ważne jest poczucie uczestnictwa w zbiorowym akcie przemocy, nawet inscenizowanym albo jedynie planowanym. Pewnie narodowiec podczas spotkania sam na sam z głodnym uchodźcą chętnie by się z nim podzielił jedzeniem. Ale w grupie zareaguje furią, bo liczy się poczucie męskiej wspólnoty. Neoliberalny indywidualizm nie zaproponował chłopcom uczestnictwa w żadnej sensownej formie wspólnego działania, a bycie we wspólnocie jest naturalną potrzebą człowieka. Osoby wykształcone i zamożne są w stanie sobie tę wspólnotę stworzyć czy zastąpić atrakcjami typu wspólne wakacje. Ale dla większości chłopców jedyne wersje wspólnoty, które są na nich otwarte, to Kościół i męskie grupki, zwykle nacjonalistyczno-kibolskie.

Kościół w pakiecie daje im jeszcze powrót do tradycyjnego modelu, w którym „prawdziwy” mężczyzna jest głową rodziny, a przeznaczenie kobiety to dom i rodzenie dzieci. Tylko że dziewczyny są z tym modelem coraz bardziej niekompatybilne. Kolejny powód frustracji?
Tak, ale też dramat młodych kobiet w Polsce. Bo statystycznie rzecz biorąc, cała generacja mężczyzn w podobnym wieku jest nieprzystosowana do ich oczekiwań – zdecydowanie gorzej wykształcona, mniej zaangażowana w kulturę, wreszcie mniej zadbana, co widać na ulicach. Większość młodych kobiet oczekuje partnerskiego związku z równym podziałem obowiązków, a nie troglodyty w rozciągniętym dresie. Z kolei – jak wynika z badań – młodym mężczyznom marzą się relacje bardziej tradycyjne, w których oni będą się zajmować zarabianiem, a kobiety domem i dziećmi. To oczywiście jest nieracjonalne ekonomicznie, a wręcz niemożliwe.

Gorzej wykształcony mężczyzna, nawet gdy uda mu się znaleźć kurę domową, raczej nie ma szans na pensję, z której utrzyma całą rodzinę. Okazuje się, że nie do tego rynku pracy i nie do tego rynku uczuciowo-matrymonialnego byli wychowywani. Dorastają i nagle okazuje się, że nie ma popytu na ich podaż. Część kobiet idzie w końcu na kompromis i wiąże się z mężczyznami niespełniającymi ich standardów, jeśli idzie o otwartość na świat czy partnerskie relacje. Ale to oznacza ciągłą walkę, ciągłe przekonywanie faceta, że one też mają prawo do ambicji, kariery.

Kto najbardziej zawalił w wychowaniu „męszczyzn”? Szkoła? Dom?
Wszyscy po trochu, ale ja głównych winnych widzę w liderach Solidarności i kolejnych rządach po 1989 r. Była możliwość stworzenia polityki – głównie w zakresie edukacji – wspierającej tolerancję, współpracę, równouprawnienie. Zamiast tego bezmyślnie oddano pole kształtowania postaw patriotycznych Kościołowi i zapatrzonym w przeszłość nacjonalistom. I to zaowocowało zaściankowym patriotyzmem i konserwatyzmem obyczajowym. Na to nałożył się globalny kryzys. Wzrost postaw ksenofobicznych czy nacjonalistycznych obserwujemy nie tylko w Polsce. Mężczyźni, których standard życia nie spełnia oczekiwań, reagują agresją i potrafią wywrócić politykę do góry nogami. Ostatecznie to młodzi biali mężczyźni wybrali Trumpa, przyłożyli się do Brexitu i zagrażają stabilności innych państw europejskich. Neoliberalny trend, który panował od końca zimnej wojny, zmniejszył ich poczucie bezpieczeństwa, wprowadził w ich życie dużą dozę niepewności, spowodował ich prekaryzację. Długo się nie buntowali, bo bunt jest też pewną dyspozycją, której człowiek się uczy. Mieli silne przekonanie, że sami są odpowiedzialni za swój los, a ich problemy to prywatna sprawa. Gdy przez lata nie byli w stanie osiągnąć spodziewanego sukcesu, zamiast konstruktywnego odruchu sprzeciwu wobec systemu ekonomicznego wybuchła ich agresja, i to w formach przypadkowych. Nie proponują zmiany systemu. Dążą do przeżycia doświadczenia zbiorowej agresji, w której mogą uwolnić swoją frustrację. A w Polsce jest ona tyle silniejsza, że „męszczyzni” doznają zawodu również na innych polach.

Potrzebne są nowe wzorce męskości?
Tak, ale ja się upieram, że także przyjazny krajobraz ekonomiczny, w którym młodzi mężczyźni nie będą musieli ciągle się bać. Z nowymi wzorcami jest taki problem, że chyba już straciliśmy dostęp do wspólnej sfery wartości i obiegu kulturowego. Co z tego, że świetny reżyser nakręci film o nowym wzorcu męskości, skoro „męszczyźni” i tak go nie obejrzą, bo pójdą na „Historię Roja” albo nowego „Batmana”. To problem upadku sfery publicznej, segmentyzacji debaty publicznej i kultury, który w ogóle utrudnia kształtowanie jakichkolwiek wzorców. Może szkoła byłaby jakimś sposobem, ale ona właśnie podąża w radykalnie odmiennym kierunku. Jak przekonywać do nowych wzorców męskości? Sprawa jest banalna, a jednocześnie bardzo trudna – pokazać chłopcom mężczyznę, który jest inny. A ojcowie tych chłopców niekoniecznie są inni. Po prostu są mniej sfrustrowani, bo wchodzili w dorosłość w łatwiejszych czasach. Założyli rodziny, osiągnęli sukces, ewentualnie zapili się na śmierć. Ale ich wartości nie są radykalnie odmienne, większość ceni stereotypową męskość. Tyle że wyrażają ją w bardziej łagodny sposób. Brakuje pozytywnych modeli.

To jaki powinien być ten nowy mężczyzna?
Przede wszystkim bardziej kobiecy. To bardzo proste i dlatego takie trudne, bo w naszej kulturze bycie swoją płcią jest wyznacznikiem sukcesu. Mężczyzna „niemęski” jest jakiś nieodpowiedni, „niekobieca” kobieta – nieudana. Socjalizacja jest w pewnym stopniu rozgrywką, w której zwycięstwo polega na spełnieniu norm własnej płci. Ale dziś normy płci męskiej stały się szkodliwe dla samych mężczyzn, dla kobiet i dla całości społeczeństwa. Współcześni mężczyźni powinni uczyć się bardziej „kobiecych” form zachowania: niereagowania agresją na frustrację, współpracy i komunikacji, uważności na innych, wrażliwości i empatii, opiekuńczości. Tyle że od swoich ojców się tego nie nauczą. Jedyna nadzieja w młodych kobietach, które szukając życiowych partnerów, spróbują ich odmienić.

rozmawiała Joanna Podgórska

***

Rozmówca jest filozofem i kulturoznawcą związanym z Wydziałem Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się teorią biopolityki i filozofią życia. Publicysta „Res Publiki Nowej”. Autor książki „Fluks. Wspólnota płynów ustrojowych” (Wydawnictwo Naukowe PWN, 2017).

Ja My Oni „Mężczyzna: instrukcja obsługi" (100120) z dnia 22.05.2017; We współczesnym świecie; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Maskarady i ustawki"
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną