Świat bez dzieci

Bezdzietna
W 2016 r. urodziło się w Polsce ponad 382 tys. dzieci – prawie o 13 tys. więcej niż rok wcześniej.
Dr Marta Majorczyk
Mariusz Forecki

Dr Marta Majorczyk

Każdy człowiek ma prawo do bycia szczęśliwym i poświęcenia się czemuś innemu niż tylko wychowaniu dzieci.
Leszek Zych/Polityka

Każdy człowiek ma prawo do bycia szczęśliwym i poświęcenia się czemuś innemu niż tylko wychowaniu dzieci.

„Dzieci to kłopoty. Kłopoty i wydatki. Gdybym wiedziała...”. Słyszeli to już jako przedszkolaki. A może wcześniej, tylko nie rozumieli. Szybko nauczyli się więc, że trzeba siedzieć cicho. Zajmować się sobą i nie próbować wciągać rodziców w zabawę czy przytulanki. Nie zauważać wyrazu ulgi na ich twarzy, kiedy wsiadali do autobusu wiozącego ich na kolonie, i nieumiejętnie skrywanego niezadowolenia, kiedy wracali do domu. Unikać przebywania z nimi, bo nigdy nie było wiadomo, co może spowodować sprzeczkę lub wybuch niekontrolowanej złości. Nie zawracać głowy swoimi szkolnymi problemami, bo „nie mamy czasu na takie głupoty, zajmijcie się lepiej nauką”. Po nocach po kryjomu zakuwać niezrozumiałe biologię, chemię i matematykę, bo „myślicie, że stać nas na korepetycje”? Każdy może to pojąć, jeśli tylko chce. Posłusznie przyjęli decyzję, że on pójdzie na kierunek techniczny, ona na humanistyczny. Bo on musi się szybko usamodzielnić, a dla niej szkoda czasu na zdobycie konkretnego fachu, skoro i tak wyjdzie za mąż i będzie matką. Poza tym „skoro ja przez was doktoratu nie zrobiłam, wy też nie musicie”. Odwagę na powiedzenie najważniejszego „nie” znalazła w sobie ona. Jego zresztą nikt o to nie pytał. „Nie będę miała dzieci. Nigdy” – wykrzyczała pewniej niedzieli. „Tak się staraliśmy, a tu proszę: wychowaliśmy egoistkę” – miała odtąd słyszeć przy każdej wizycie w rodzinnym domu.

W tym przypadku powinno się mówić nie o egoizmie, a raczej o odpowiedzialności. Za siebie, bo każdy człowiek ma prawo do bycia szczęśliwym i poświęcenia się czemuś innemu niż tylko wychowaniu dzieci. Choćby karierze zawodowej czy naukowej. Tu jest oczywiście ogromny kłopot. Z jednej strony już nawet kobiecie mówi się: żyj tak, jak chcesz. Z drugiej jednak: pod warunkiem, że urodzisz dzieci. Ale to także odpowiedzialność za innych, bo jeśli kobieta z pełną świadomością podejmuje taką decyzję, robi to z jakichś powodów. Być może nie postrzega siebie w roli matki, uważa, że nie jest dostatecznie dojrzała. Może się bać, że skrzywdzi dziecko, bo sama tego doświadczyła ze strony rodziców, albo po prostu jest przekonana, że choć dostrzega błędy, które oni popełnili, sama się także ich nie ustrzeże.

A o to nietrudno, bo nadal rzadko mówi się prawdę o macierzyństwie. Obowiązująca kulturowo figura matki Polki skutecznie to uniemożliwia. Poza tym nie można przecież odstraszać. W efekcie młode kobiety nie są przygotowane na problemy, jakie mogą się w związku z dzieckiem pojawić, nie znają sposobów na ich rozwiązanie. I myślą: jestem złą matką. A jeśli już odważą się przyznać, że nie wiedzą, co zrobić ze swoim gniewem na płaczące którąś noc z rzędu niemowlę, słyszą: zobaczysz, kiedyś będziesz pamiętać tylko uśmiech swojego dziecka. Bo jeśli ktoś wspomina o słabych stronach macierzyństwa, spotyka się z krytyką. W takim momencie niektórym kobietom przydałoby się spotkanie z doradcą rodzinnym czy sesja coachingu rodzicielskiego. One umożliwią kobiecie „pozbieranie się”, dojście do tego, jak z bagażu pozostawionego przez własnych rodziców wybrać to, co było dobre, a odrzucić złe. Jak radzić sobie z emocjami własnymi i dziecka. I jakimi metodami doprowadzić do tego, by dziecko później rozwijało się zgodnie ze swoimi predyspozycjami, było bardziej samodzielne i świadome siebie, a nie ze strachu spełniające wszystkie oczekiwania. Bycia ojcem i matką trzeba się uczyć właściwie cały czas.

My mówimy głównie o macierzyństwie, bo mężczyznom nikt braku dzieci nie wytyka. To kwestia jednoznacznie przypisana do roli kobiety. Mężczyzna spełnia się nie w domu z rodziną, a w pracy zawodowej. Wtedy postrzegany jest jako produktywny i efektywny. Wywodzimy się z kultury patriarchalnej, gdzie za sprawą dymorfizmu płciowego kobieta zajmowała w stosunku do mężczyzny pozycję podporządkowaną, a co za tym idzie, przyjmowano podwójny wzorzec moralny w sferze zachowań seksualnych, roszczenie kontroli nad rozrodczością, a nawet życiem kobiety. W tym modelu mężczyzna był silny i dominujący. Kobieta zaś – spokojna, wrażliwa, refleksyjna i emocjonalna – podporządkowana. To mężczyźnie przyznawano prawo do decydowania o reprodukcji, mimo że obowiązki z niej wynikające w większości spadały i nadal spadają na kobietę.

• • •

Jej koleżanki najpierw „nie wychodziły z pieluch”. Kilku wiodło się naprawdę dobrze, kilka rzucało niekiedy tak dobrze jej znane, choć może podszyte mniejszą złością: „Gdybym wiedziała...”. Później przeżywała z nimi pierwsze dni w przedszkolach, pierwsze osiągnięcia w szkołach, pierwsze dziecięce zauroczenia i prawie poważne miłości. Kłopoty też. Czasami próbowała coś doradzić, ale jej zdania kwitowane były zazwyczaj: „A co ty możesz o tym wiedzieć”. Czasami robiła sobie wyrzuty, że nie spłaca długu, jaki podobno zaciągnęła u swojej wiecznie lamentującej nad swoim losem matki. Że nie zaświadcza swoim życiem, że jej decyzja o macierzyństwie była jedyną słuszną, za to odbiera radość z powtarzania groźby: „Zrozumiesz życie dopiero, jak będziesz miała własne dzieci”. Uciszała jednak ten głos swojego sumienia, przypominając sobie, że nie chce być jak ona. Patrząca bezradnie, jak mąż ucieka od niej w pracę, a po jej stracie w marazm i alkoholizm. Wiecznie zabiegana i zmęczona zajęciami domowymi, do których – mimo nalegań – dzieci nie dopuszczała, pracą stałą oraz dorywczymi, bo przecież musiała na swoich barkach dźwigać ciężar utrzymania rodziny. I powtarzająca jak mantrę, że nie tylko dzieci, ale i mąż jej się nie udał. „Tylko kłopoty i wydatki”.

Nieznalezienie odpowiedniego partnera kobiety wymieniają jako ważny powód swojej niechęci do posiadania dzieci. Mężczyzny, który byłby dojrzały poznawczo, społecznie i emocjonalnie. Czyli refleksyjny, umiejący przewidzieć i ponieść ewentualne konsekwencje swoich decyzji, przezorny, odpowiedzialny. I silny psychicznie. Kobieta, która traci pracę, najczęściej lepiej sobie w tej sytuacji radzi. Choćby dlatego, że wypełnia obowiązki domowe. Przeciętny mężczyzna, gdy traci swój główny obszar aktywności, jakim jest praca, traci także poczucie własnej wartości: jestem słaby, nic mi się nie udaje, jestem do niczego. Zasiada w fotelu i użala się nad sobą, zdarza się, że nadużywa alkoholu. Coraz trudniej mu poszukiwać nowej pracy, żeby uniknąć rozczarowania. I koło się zamyka. Są i tacy – co zresztą, żeby oddać sprawiedliwość, dotyczy również wielu kobiet – którzy uważają, że nie muszą nic robić, bo państwo im da. I najczęściej wychowują kolejne pokolenie, które zostaje klientem pomocy społecznej. A przecież – choć fakt, że rodzi się mało dzieci, jest oczywiście z punktu widzenia społeczeństwa niekorzystny – nie o takich nowych obywateli chodzi.

Wciąż brakuje właściwych działań w zakresie polityki rodzinnej, rodzice dostają za mało wsparcia ze strony państwa i społeczeństwa. Mało która rodzina może sobie finansowo pozwolić na rezygnację matki z pracy. Zresztą wbrew pozorom na te, które zostają w domu, także nie patrzy się przychylnie. Poza tym brakuje miejsc w żłobkach, przedszkolach, świetlicach szkolnych. I to takich, w których dziecko nie tylko odrabiałoby lekcje, ale też rozwijało swoje pasje i zainteresowania. Kuleje także poradnictwo rodzinne. Niewiele jest instytucji, do których ktoś mający trudności w relacji z dzieckiem może pójść po bezpłatną poradę. Szczególnie cierpią rodzice zastępczy, mający do czynienia z dziećmi po przejściach, wymagającymi terapii. Na wizytę u psychologa czeka się na ogół pół roku, nawet wówczas, kiedy konieczna jest natychmiastowa interwencja.

• • •

Jest pani fajną kobietą, ma świetnego partnera, pracę, którą uwielbia, ładny dom. A wciąż się pani zadręcza. Jak mała dziewczynka, która wciąż boi się, że ktoś ją zruga – powiedziała jej na którejś sesji terapeutka. Ta ocena była trafna. Ale największy strach budziło w niej wtedy pytanie, które jej zadawano często, czasem ze zdziwieniem, a czasem z politowaniem w głosie: „Nie masz dzieci, co zrobisz za dwadzieścia–trzydzieści lat, kto ci wtedy szklankę herbaty do łóżka poda?”. Nie poświęcała ani chwili, żeby sobie na to odpowiedzieć. Nawet kiedy umarł jej ojciec, bo stało się to nagle, kiedy jeszcze nie zdążył się zestarzeć. Zaczęła myśleć po pierwszym niepokojącym telefonie od matki, która najwyraźniej nie wiedziała, z kim właściwie chciała rozmawiać i po co. Od tego dnia zdrowie odchodzi od mocno już starszej pani na coraz dłużej i wraca coraz rzadziej. Wiodący kawalerskie życie na obczyźnie brat podjął się pomocy finansowej. Stać ich więc na opiekunkę, pielęgniarkę, lekarza. Ale mieszkająca w odległym mieście matka wymaga jej ciągłej obecności: „Ja ci pupę podcierałam i prałam pieluchy, a ty mnie teraz zostawiasz”. Nie ma siły jej powiedzieć, że nie chce rezygnować ze swojego życia. Boi się jej gniewu. Jeździ więc w tę i z powrotem, kiedy może, i mijając kolejne kilometry, układa plan na swój schyłek życia. Jej partner ma dzieci, i one mają już dzieci. Stara się być dla nich kimś w rodzaju babci, uczy się dawać im ciepło i brać od nich to, co zechcą jej dać. Ale na starość chce być niezależna i przygotowana. Na nieuchronne wtedy kłopoty i wydatki.

I tu wracamy do egoizmu. Nie wolno myśleć: mam dziecko po to, żeby w którymś momencie ono się mną zajmowało. W niemal każdym przypadku będzie ono odczuwało taki obowiązek. Ale całkowicie naturalne będzie to tylko wówczas, gdy nie wyniknie ze strachu czy obowiązku, a z siły więzi i potrzeby. Na nie trzeba sobie zasłużyć i zapracować zaangażowaniem, otwartością, budowaniem partnerskich, dobrych relacji. Nie można też od dziecka wymagać poświęcenia całego czasu, bo ono ma już zazwyczaj swoje obowiązki, nawet jeśli pozostaje bezdzietne. Każdy rodzic powinien zawczasu myśleć, co zrobić, aby jak najdłużej być aktywnym fizycznie i samodzielnym w wieku 70–80 lat. W miarę możliwości oszczędzać pieniądze np. na odpowiednie dla siebie miejsce na starość, w którym będzie mógł liczyć na profesjonalną opiekę. A czas dziecka wykorzystać na bycie z nim. Tak po prostu.

***

Marta Majorczyk, doktor nauk humanistycznych, pedagog, doradca rodzinny, nauczyciel akademicki, adiunkt w Katedrze Edukacji i Nowych Mediów w Collegium Da Vinci w Poznaniu, pracownik Niepublicznej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS. Zajmuje się poradnictwem rodzinnym, prowadzeniem grup rozwojowych, warsztatów i szkoleń dla rodziców oraz warsztatów umiejętności wychowawczych dla rodziców, mentoringiem i tutoringiem rodzicielskim.

***

W 2016 r. urodziło się w Polsce ponad 382 tys. dzieci – prawie o 13 tys. więcej niż rok wcześniej. Współczynnik urodzeń wyniósł 9,9 promila i był wyższy o 0,3 punktu promila w stosunku do poprzedniego roku, ale także o połowę mniejszy niż w 1983 r., tj. podczas ostatniego baby boomu w kraju (urodziło się wówczas 723 tys. dzieci). Więcej dzieci przychodzi na świat na wsiach – 10,2 promila, w miastach – 9,8 promila.

Liczba i odsetek ludności w wieku przedprodukcyjnym (0–17 lat) od lat 90. sukcesywnie się zmniejszają. W końcu 2016 r. było to ok. 6896 tys., czyli 18 proc. populacji (w 1990 r. – 29 proc.). Zmniejsza się także liczba i udział ludności w wieku produkcyjnym (kobiety w wieku 18–59 lat, mężczyźni – 18–64 lata) – 23 768 tys., czyli 61,9 proc. populacji (o 3,7 pkt proc. mniej niż w 1990 r.).

Zwiększa się za to liczba osób w wieku poprodukcyjnym (mężczyźni 65 lat i więcej, kobiety 60 lat i więcej). W końcu 2016 r. ludność – 7770 tys. osób, czyli 1/5 populacji (w 1990 r. prawie 13 proc.).

Źródło: GUS

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną