Ja My Oni

Dobroć. Syndrom perfekcyjnego dawacza i pomagacza

Jak nie być za dobrym

Helena Lopes / Unsplash
Dr Piotr Kiembłowski. Czy człowiek może być za dobry dla innych.
Prośba w swej istocie zakłada, że człowiek może się nie zgodzić na jej spełnienie.Mirosław Gryń/Polityka Prośba w swej istocie zakłada, że człowiek może się nie zgodzić na jej spełnienie.
Dr Piotr KiembłowskiLeszek Zych/Polityka Dr Piotr Kiembłowski

TERESA OLSZAK: – Jak zdefiniowałby pan dobroć?
PIOTR KIEMBŁOWSKI: – To pojęcie względne, powiązane z pojmowaniem dobra i zła. W zależności od sytuacji, potrzeb, zachowań może oznaczać coś zupełnie innego dla różnych osób. Dobroć pociągająca dużo nakładów czy wysiłków i niedopasowana do rzeczywistych potrzeb obdarowanego będzie dobrocią zbędną. A czasami drobny gest, zauważenie potrzeby drugiej osoby i spełnienie jej bywa okazaniem dobroci w pełnym wymiarze.

Czynienie dobra jest swoistą relacją. Można ją uważać za taki stan, w którym staramy się zadbać o drugą osobę, będąc uważnym i starając się sprawić, że jej potrzeby będą przez nas spełnione. Jest dawaniem, wychodzeniem poza swoje ograniczenia, poza chęć zatrzymania czegoś przy sobie. Ma pomagać i budować. Ale nie może być jedynie gestem jednej osoby. Ważne jest także przyjmowanie czegoś, co jest potrzebne – w sensie duchowym, ale i fizycznym – i takie wymiary dobroci możemy znaleźć w opiece czy pomaganiu.

W zależności od powinności

Jak rozpoznać, że człowiek przesadza z tak rozumianą dobrocią?
Widać to zwłaszcza wtedy, gdy działa na rzecz innych w taki sposób, że zaczyna tracić najpierw siły fizyczne, potem przestaje mieć miejsce na kontakt z samym sobą, żyjąc w poczuciu zależności od powinności. W tej sprawie trzeba zachowywać równowagę i mieć kontakt ze swoimi uczuciami.

A co zrobić, kiedy człowiek oczekuje podziękowania za swoją dobroć, a słyszy, że jest zbyt dobry dla innych? Na przykład niepotrzebnie aż tak się poświęca dzieciom albo starym rodzicom, bez sensu bierze na siebie robotę należącą do kolegi z pracy, sprawia innym nadmierne prezenty itd.
Takie opinie zwykle wynikają z troski. Bo jeśli ktoś robi coś dla innych, a mu za to nie podziękowano, czuje się wykorzystany. Tymczasem w dawaniu dobra ważna jest umiejętność racjonalnego dzielenia się nim, a jeszcze ważniejsze nieangażowanie się wobec osób, które akurat tego nie potrzebują. Jeśli ktoś tego nie potrafi, może być zdumiony, że za swoje starania nikt nie okazuje mu wdzięczności, nikt go nie chwali i nie docenia. Tyle że nie jest to problem tych niewdzięcznych onych, a jego własny.

Jak to?
Zazwyczaj działają tak osoby, których w dzieciństwie nie nauczono, że mają prawo wyrażać swoje zdanie, i oczekiwano wyłącznie posłuszeństwa. One mogą mieć problem z odróżnianiem prośby od żądania, a w konsekwencji trudność z odmawianiem. Prośba w swej istocie zakłada, że człowiek może się nie zgodzić na jej spełnienie. Taki „zbyt dobry człowiek” często traktuje ją jako polecenie. Nie stawia się na równi z innymi, tylko obsadza ich w roli zwierzchników, którym wolno mu kazać coś robić. Dojrzały i samodzielny człowiek powinien, rozpoznając swoją sytuację, działać tak, by nie czuć się wykorzystywanym. Jeśli potrafi odmawiać, negocjować, ustalać wspólnie z drugą stroną rozwiązania, jest większa szansa, że nie będzie za bardzo poświęcać się dla innych.

To chyba nie takie łatwe?
Tak. A jeszcze trudniejsze, gdy człowiek sam tworzy oczekiwania innych wobec siebie i zakłada, że będąc w roli rodzica, szefa, małżonka, brata czy siostry, musi coś zrobić, bo tak się powinno. Wtedy bezwiednie może zaangażować się w działania, które okradają go z czasu, nawet z godności, a zarazem mogą być nikomu niepotrzebne. Może być i tak, że człowiek nawet nie zapyta, czy ktoś potrzebuje jego wysiłków czy poświęceń, ale daje mu je, chcąc zasłużyć na miano perfekcyjnego „dawacza”. A to jest załatwianie czegoś dla siebie przy okazji dawania innym.

Czyli „zbyt dobry człowiek” to człowiek podporządkowany?
Osoby uległe i poświęcające się nie wytrzymują bagażu bycia aż tak dobrymi w stosunku do innych. To ich wręcz boli, bo przekracza ich możliwości poświęcenia się. Często to osoby nieprzebojowe, budujące relacje przez dawanie siebie innym. Dla nich pomaganie jest ważne. Jest im trudno wyartykułować własne potrzeby i wyjść z roli. W uległości zatracają się, ale też „chowają się za innych”, by nie powiedzieć im o swoich potrzebach. Mają kłopot z wyrażaniem swoich pragnień. Uważają, że na dobro od innych muszą zasłużyć.

Wolność od pochwał

To osoby, które nie potrafią powiedzieć „nie”?
One nie mają dobrze wydzielonych swoich granic, zabierają do dorosłości uległość z wzorców rodzinnych. Schemat zachowań rozpoczyna się w najwcześniejszym dzieciństwie, gdy dzieci postrzegane są jako własność dorosłych. Potocznie mówi się „Mam dzieci”, a nie „Jestem matką/ojcem dzieci”, które próbuję dobrze wychować. W świecie dorosłych jest dużo powinności w stosunku do dzieci, a mało współpracy. Rodzic oczekuje, że dziecko nie będzie przeszkadzało, że będzie grzeczne. A jedną z cech dziecięcego świata jest spontaniczne i bardzo dynamiczne działanie, które daje nowe doświadczenia. Polecenie: „Masz być grzeczny, przecież wiesz, jak ciężko pracujemy”, może blokować naturalną spontaniczność w poznawaniu i wymianie z innymi. Dopiero okres dojrzewania gwałtownie wyodrębnia młodego człowieka z rodziny pochodzenia. Nastolatek marzy, by wyjść z opresyjnej przestrzeni rodzinnej i np. dostać upragniony dowód osobisty jako przepustkę do dorosłości.

Czasami nie oznacza to zmiany?
Znam przypadki, że nawet ludzie po pięćdziesiątce budują siebie od nowa. Do działań motywują własne kryzysy, czasami wpływ nowego partnera.

A jeśli się nie uda?
Człowiek nie może zaistnieć jako indywiduum, nie może się rozwijać. Przechodzi przez życie z koniecznością podporządkowania się narzuconą przez rodziców, w wielkiej nadziei, że wreszcie zasłuży na miłość. To traumatyczna sytuacja, gdyż ulegli przez całe życie liczą, że jak będą cudowni dla innych, perfekcyjni, „dobrzy”, to zostaną w końcu zaakceptowani.

Człowiek zbyt otwarty i dobry ma umiejscowione na zewnątrz źródło swojej samooceny, naraża się, że ktoś wykorzysta jego ufność. Ma ciągłą potrzebę inwestowania w nowe relacje czy związki dla poczucia akceptacji czy pochwały. Chce czuć się bezpiecznie, skoro tak dużo dał. A okazuje się, że inni się nie odwzajemniają. Chętnie skorzystają i pójdą dalej, za swoimi potrzebami.

Czasem dopiero podczas terapii można „uwolnić” taką osobę od nieustannego zasługiwania na pochwałę od rodzica. Nauczyć ją kierowania uwagi na własne emocje, na akceptację siebie, zadowolenie z tego, kim jest i co robi, niezależnie od opinii rodziców, przyjaciół czy partnera. Wtedy przestanie przeżywać frustracje i rozczarowanie tym, że świat chętnie bierze dobro i najczęściej nie oddaje. Zresztą – może właśnie to jest sedno: czy w ogóle ma to być wymiana? Może najlepszą dobrocią jest ta, za którą nie oczekuje się zwrotu. Jest gestem dawania dla samego dawania.

Zrezygnować z reguły wzajemności?
Ona zapewnia równowagę i pozwala ograniczać nadmierne przeinwestowanie – jeśli dam, mogę oczekiwać zwrotu. Ale działa w uproszczonym świecie, gdy ludzie mają podobne systemy wartości, wiedzę czy potrzeby. Całkowitym fiaskiem kończy się, gdy zaczynamy dawać dobro ludziom różnym od nas, z nadzieją odzyskania czegoś, czego pragniemy. Możemy coś dostać, ale im silniejsze różnice osobowościowe, tym bardziej trzeba liczyć się z większym rozczarowaniem lub zaskoczeniem. Bez znajomości drugiej osoby nie da się dać jej tego, czego naprawdę potrzebuje. Człowiek powinien uczyć się otwartości, mówić o swych potrzebach bez lęku, że zostanie wyśmiany. Powinien nauczyć się słuchać, by dawać innym to, co potrzebne, o ile potrafi to znaleźć w sobie.

Naostrzyć piłę

Czyli dobremu człowiekowi za bardzo zależy na opinii innych. To efekt naszych czasów?
Współcześnie ocenia się to, co zewnętrzne, co widać. Altruizm nie jest oderwany od egoizmu. Dla tych, co dają, zapewne najlepiej jest dotrzeć do takiego stanu, gdy nie oczekują uznania za to dawanie. Gdy akceptacja siebie jest czymś wynikającym z tego, co o sobie wiedzą, co lubią w sobie, z których życiowych dokonań są dumni. Jeśli człowiek ma takie oparcie w sobie, nie musi czerpać czegoś więcej z poklasku za dawanie czy działać, czekając na taki poklask.

A jeśli nie ma?
To się wypala. W pewnym momencie przychodzi refleksja, że chce to rzucić, ale nie bardzo może, bo inni na nas czekają, na nas liczą. Te kryzysy wyczerpują. Stephen Covey w książce „7 nawyków skutecznego działania” zaprezentował zasady, które pomagają harmonizować życie zawodowe i prywatne, bez poświęcania własnych wartości. Jedną z nich jest tzw. ostrzenie piły. To metafora napotkanego w lesie drwala, który nie może sobie poradzić ze ścięciem drzewa. Obserwatorzy podpowiadają mu: „Nie możesz ściąć tego drzewa, bo masz tępą piłę”, na co on odpowiada: „Nie przeszkadzajcie mi, bo muszę pilnie ściąć to drzewo”. W ogóle nie chce słyszeć, że narzędzie jest niesprawne. Osoby odczuwające pierwszy kryzys z tym, że dawanie dobra nie tylko nie daje radości, ale też obciąża, nie powinny rezygnować z pomagania, warto jednak, by naostrzyły piłę. W pierwszej kolejności trzeba zrobić wgląd w swoje JA!

Czasami wydaje się, że osoby miłe czy dobre nie są wcale przez wszystkich lubiane?
Przymilanie się i chęć bycia akceptowanym za wszelką cenę jest pułapką. Człowiek nie zauważa, że jego postawa jest sztuczna, że ociera się on o karykaturalność.

Czyli mówić, co się myśli, złościć się? A jeśli ktoś tego nie potrafi?
To jest ważne – każdy ma prawo mówić to, co czuje. Oczywiście trzeba to robić w taki sposób, by rozmówcy nie ranić oraz by komunikat dotarł nie tylko na poziomie emocji. Takie milczenie to – znów – problem osób uległych, niewyrażających swych emocji w konstruktywny, kontrolowany sposób. One nie potrafią powiedzieć wprost: „Jestem zły na ciebie”, i to je frustruje. Czekają więc często na okazję rozładowania emocji, co może przybierać dramatyczne formy, np. strzelaniny w szkole, jak to się zdarza stosunkowo często w Stanach Zjednoczonych.

A czasami przyjmują strategię „przymilacza”?
Tak, zabiegają o akceptację i uznanie wszystkich. Jest to absurdalne, bo będąc już ukształtowaną osobą, zaprzeczają sobie i budują fałszywe strategie działania. Tacy ludzie najczęściej wywodzą się z rodzin, w których rodzice zamiast rozwiązywać problemy, krzyczą i walczą. Wtedy dla dzieci staje się jasne, że związek z drugim człowiekiem jest czymś strasznym, bo trzeba codziennie przeżywać kłótnie. To nie jest zachętą do wiązania się z kimś w przyszłości. Często takie dzieci nie wiedzą, jak może wyglądać poprawny związek. Uczą się, że strategia podporządkowania jest dobra, a paradoksalnie partner przemocowy właśnie takiej uległości oczekuje. To nie musi być przemoc fizyczna, to często przemoc emocjonalna, która nie zostawia siniaków na ciele. Rodzice przenoszą swoje złe emocje na dzieci. W przyszłości dzieci na przemoc reagują wycofaniem. Z jednej strony to je chroni, ale z drugiej uniemożliwia nauczenie się odpowiedniej reakcji i radzenia sobie z emocjami. Stosują strategię przetrwania.

Czy dzieci ze związków przemocowych mogą kompensować sobie niedobory dobroci z dzieciństwa i działać odwrotnie, czyli „mama i tata nie byli dla mnie wystarczająco dobrym wsparciem, to ja będę takim dla innych”?
Im większe dziecięce traumy, tym większe problemy później. Człowiek może świadomie pomagać, gdy zmierzy się ze swoimi trudnymi historiami, zamiast pomagać osobom o podobnej traumatycznej historii. Jednak do takich działań trzeba siły. Ofiary najmocniejszych traum mają kłopot stanąć w pierwszym szeregu „pomagaczy”. Ci, którzy doświadczyli umiarkowanych traum, ale znaleźli pomoc, mogą przez doświadczenie budować działanie na rzecz innych.

Kiedyś albo nigdy

Związki partnerskie powinny być oparte na szacunku i silnej więzi. Ale także – jak się wydaje – na wzajemnym dawaniu i braniu, okazywaniu sobie dobroci. Ludzie często mają z tym kłopot: oczekują ekwiwalentu za swoją dobroć.
Warto zawsze się zastanawiać, na czym ta więź ma polegać, czego partnerzy potrzebują od siebie, kiedy mogą sobie to dać, a kiedy nie. Kiedy muszą poczekać, a kiedy pogodzić się, że nie dostaną tego czegoś nigdy.

Na sile opierają związki ci, których nie stać na komunikowanie się, spełnianie wzajemnych potrzeb, dawanie, branie, słuchanie, przeżywanie razem radości i smutków. Życie wydarza się między ludźmi każdego dnia i o każdej godzinie inaczej i według ich decyzji. Człowiek powinien chronić swoich bliskich, a nie liczyć na szczęście.

Czy w związku między dwojgiem ludzi, zwłaszcza w starszym wieku, wystarczy po prostu być dobrym dla partnera?
Bez intymności, czułości, kontaktu fizycznego, niekoniecznie oznaczającego seks i pożądanie, nie ma związku. Jest puste trwanie obok siebie, ale nie ze sobą. Wtedy w ogóle trudno mówić o takiej relacji inaczej niż opresyjna i obciążająca. Powinno się ją zmienić przez przywrócenie więzi lub taki związek powinien zostać rozwiązany. Bycie tylko dobrym dla partnera nie przywróci satysfakcjonujących relacji.

Jean-Paul Sartre powiedział, że „kto wierzy w obecność dobra w drugim człowieku, rozbudza je w nim”. Czy można się z tym zgodzić?
Jeśli taka zależność nie byłaby tylko idealistycznym postulatem, mielibyśmy klucz do szczęścia powszechnego. Patrząc na problemy społeczne, z jakimi przychodzi nam się mierzyć, raczej więcej jest odwrotnych tendencji. Członkowie naszego gatunku mają trudności z własną słabością, niechęcią do zmiany, odchodzeniem od pędu za pieniędzmi czy powściąganiem swej seksualności, która krzywdzi innych. Częściej dziś zdarza się, że ludzie czynią krzywdę – niesprawiedliwie oceniając, upraszczając obraz innych, nie zostawiając miejsca na przypuszczenie; często uważamy, że wiemy lepiej, jak jest. To jest zaproszenie do konfliktu, a nie dzielenia się dobrocią.

Między prośbą a żądaniem

Jak zabezpieczyć się przed tymi, którzy nadmiernie chcą wykorzystać pokłady dobra w człowieku?
Trzeba postawić granice, powiedzieć wprost: „Przekraczasz moje możliwości słuchania tego, co mówisz”. Albo: „Nie czuję się szanowany”. Mamy sposoby na obronę przed osobami zalewającymi nas własną bezradnością, oczekującymi od nas więcej, niż chcemy dać. To jest różnica w rozpoznawaniu między prośbą a żądaniem.

Są osoby, które nie reagują na sygnały, że jesteśmy zmęczeni relacją z nimi, że trudno nam się przebić z naszymi radami. Czasem mamy wrażenie, że jesteśmy trochę jak tło – ktoś chce mówić, nie chodzi mu o wzajemną wymianę myśli. To on ma kłopot z rozpoznawaniem naszych emocji i odpowiednim reagowaniem na nie.

Gdy mamy do czynienia z kimś, kto ma ze sobą poważne problemy, to wymiana informacji z nim jest ograniczona.

Co więc zrobić, by nie dawać siebie za dużo?
Nie bać się wypowiadać swoich myśli i spierać się z innymi. Umieć się wycofać, ale i walczyć, gdy trzeba. Nieustanna, dynamiczna zmiana, nazywana życiem, sprzężeniem zwrotnym, wymianą. Ważne, by sprawdzać u siebie, czy mamy z czego dawać, i pytać, czy to, co daliśmy, jest trafne, czy może już wystarczy.

Powinniśmy wypracować w sobie niechęć do zawłaszczania przestrzeni innych: bo ja wiem lepiej. Powinniśmy stawiać pytania: w czym mogę TOBIE DZIŚ pomóc? Czy to ci pasuje? Powiedz, czego potrzebujesz? Czy mam tu być, czy przeszkadzam? Czy będziesz mógł i potrafił mnie poprosić o pomoc?

A zatem: czy generalnie warto być dobrym człowiekiem?
Oczywiście, choć czasem trzeba liczyć się z tym, że koszty obrony wartości, w tym starań o dobro, będą wysokie. Trzeba umieć wytrzymać obciążenia. Bardzo ważne jest stałe sprawdzanie, czy nasze dobro jest uniwersalnym dobrem, czy nie skręcamy w stronę iluzji.

Być wystarczająco dobrym to też sytuacja, w której inni z naszego powodu nie cierpią. Jeśli bliskim będzie lepiej, damy im radość, mądrość czy spokój, to możemy mieć poczucie, że nasze działanie niesie dobro.

Warto być dobrym, nie dając zgody na krzywdę czy łamanie praw innych. Warto sprzeciw wyrażać otwarcie i dobitnie, opowiadając się po stronie szlachetnych wartości. Dziś łatwiej jest odwrócić wzrok i znaleźć wytłumaczenie, że to nie nasza sprawa, że inni zadziałają, że właściwie to nie wiemy, co zrobić. Jeśli możemy dobro dawać lub pobudzać innych do dobrego działania, to tak róbmy.

ROZMAWIAŁA TERESA OLSZAK

Rozmówca jest psychologiem, psychoterapeutą, trenerem biznesu; absolwentem Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończył szkolenie do certyfikatu psychoterapeuty w Zakładzie Terapii Rodzin prof. dr. hab. Bogdana de Barbaro w Collegium Medicum UJ w nurcie terapii systemowej. Od 2014 r. pracuje na rzecz Fundacji Nagle Sami, wspierając osoby po utracie bliskich, prowadzi praktykę psychoterapeutyczną dla młodzieży i dorosłych.

Ja My Oni „Alfabet człowieka przyzwoitego” (100155) z dnia 26.08.2019; Przyzwoity człowiek; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Dobroć. Syndrom perfekcyjnego dawacza i pomagacza"
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną