Nowy Jork. Bezwstydny pępek świata
Czy sny i fantazje mogą przeobrażać się w rzeczywistość? W Nowym Jorku właśnie powstaje nowa, deliryczna, szalona dzielnica.
Park High Line – zielona promenada urządzona na opuszczonym wiadukcie kolejowym. Rewitalizacja kosztowała 75 mln dol.
Stephen Wilkes/Caters News Agency/Forum

Park High Line – zielona promenada urządzona na opuszczonym wiadukcie kolejowym. Rewitalizacja kosztowała 75 mln dol.

High Line odwiedza rocznie ponad 5 mln osób. Przyciągają ich tu liczne imprezy i warsztaty – od spacerów z botanikami po zajęcia jogi.
Frank Heuer/Laif/CZARNY KOT

High Line odwiedza rocznie ponad 5 mln osób. Przyciągają ich tu liczne imprezy i warsztaty – od spacerów z botanikami po zajęcia jogi.

21 września otwarty został trzeci, ostatni już fragment parku High Line – pełnej chwastów i polnych roślin promenady urządzonej na opuszczonym kolejowym wiadukcie. Choć wygląda niesfornie i dziko, jest jednym z najdroższych parków w historii ludzkości – rewitalizacja kosztowała w sumie 75 mln dol. Wszystko jednak wskazuje, że była to trafna inwestycja, która zwraca się z nawiązką.

„Od momentu gdy w 1857 r. otwarto Central Park, nikt ani nic nie poruszył w takim stopniu wyobraźni nowojorczyków” – napisał w przededniu otwarcia nowego odcinka High Line’u krytyk architektury „New York Timesa” Michael Kimmelman. Nie ma w tym ani krzty przesady. Park wykorzystujący elementy nowoczesnego designu, a jednocześnie nawiązujący do industrialnej przeszłości Manhattanu, odmienia sposób myślenia o miastach i przestrzeni publicznej. Słynna promenada budzi dziś podziw i zazdrość całego świata.

Od Szanghaju po Rio, socjolodzy, planiści i urbaniści mówią o „High Line effect”, za wszelką cenę próbując zrozumieć, co zadecydowało o sukcesie i czy można go powtórzyć gdzie indziej. Ale miasta to bardzo skomplikowane organizmy. Być może zamiast o efekcie High Line należałoby mówić o efekcie nowojorskim? Urządzony na zardzewiałym wiadukcie, pulsujący życiem park jest przede wszystkim dowodem na to, że udana rewitalizacja polega na twórczym łączeniu różnorodnych doświadczeń, godzeniu kontrastów, na subtelnym scalaniu historii i nowoczesności. A to umiejętności, które zdają się wpisane w DNA Nowego Jorku.

„Metropolis za wszelką cenę usiłuje osiągnąć ów mityczny stan, w którym wszystko dookoła jest wytworem człowieka”, pisał o Manhattanie w legendarnej książce „Deliryczny Nowy Jork” holenderski architekt i urbanista Rem Koolhaas. Opatrzył ją podtytułem: Retroaktywny manifest. Za motto posłużył cytat z Dostojewskiego: „Po co umysł, jeśli nie po to, by kształtować rzeczywistość według własnej woli”.

Zamieszkany przez duchy przyszłości Manhattan jawił się jako kwintesencja futurystycznego miasta, laboratorium nowoczesności. W Nowym Jorku, wyobrażonym przez Koolhaasa, pojawiały się półkoliste wieżowce i budynki widma, kubistyczne ulice i wiszące ogrody, weneckie mosty i przeniesione z Aten dekoracje; czas mógł być przyspieszony, zmierzchy fabrykowano za pomocą halucynogennych gazów. Manifest stanowił metaforę. Jak każda teoria, był wizją – wyidealizowaną, sztuczną, fantastyczną, deliryczną.

Nowojorskie sny

To miasto nigdy nie zaistniałoby bez marzeń, fantazji i metafor. Jeśli ktoś w to wątpi, powinien przyjrzeć się, co dzieje się obecnie w zachodniej części Manhattanu: w Meat Packing District, Chelsea i przy West Side Yards. Sny Koolhaasa przeobrażają się tam w rzeczywistość. Półkoliste budynki? Półkoliste, kanciaste, chwiejące się, drżące, skręcające się wokół własnej osi. Wiszące ogrody? Położony 30 m nad ziemią i ciągnący się na długości blisko 3 km park High Line dziś, zaledwie po pięciu latach, jakie minęły od otwarcia pierwszego fragmentu, należy do najbardziej zatłoczonych miejsc w mieście.

Ale w Nowym Jorku ponad dachami domów pływają już dziś nie tylko parki i ogrody. Przy West Side Yards powstaje właśnie nowa dzielnica, która prawie w całości zawiśnie w powietrzu. Niemalże. Kilkanaście drapaczy chmur ma spocząć na metalowych platformach, rozpostartych nad kilkoma hektarami kolejowych torów. Nie mniejszym jednak cudem wydaje się fakt pokonania urzędniczo-biurokratycznej inercji, która często w wielkich miastach daje się we znaki nawet najbardziej zdeterminowanym marzycielom. Jak do tego doszło? To bardzo nowojorska historia i w jakimś sensie można powiedzieć, że skupia się w niej wszystko, co stanowi o  niepowtarzalnym, wyjątkowym charakterze tego miasta.

Tory i lebioda

Jeszcze kilka lat temu fragment wyspy, do którego nie docierało metro, szerokim łukiem omijali zarówno mieszkańcy, jak i turyści. Większość nie wiedziała nawet, co mieści się na tych kilkunastu hektarach porośniętych drzewami samosiejkami, otoczonych pordzewiałymi ogrodzeniami. A mieściły się przede wszystkim tory. Gąszcz torów. Tu i ówdzie wyłaniał się prowadzący donikąd wiadukt, resztki jakiejś metalowej konstrukcji albo opustoszały betonowy budynek.

Kiedyś na położonych u wybrzeży Hudson terenach przeładowywano pociągi towarowe. Potem torowisko zamieniło się w myjnię i sypialnię pociągów pasażerskich, które przyjeżdżały tu przeczekać spokojne godziny między porannym i wieczornym szczytem. Wyglądało to trochę surrealistycznie – hektary torów i lebioda nieopodal pulsującego światłami Times Square. Od czasu do czasu pojawiały się pomysły, by coś z tą postindustrialną pustynią zrobić – wybudować stadion olimpijski (Nowy Jork zabiegał o organizację igrzysk w 2012 r.) czy przenieść tu Madison Square Garden, niefortunnie umiejscowiony w środku miasta. Ale struktura własnościowa tego skrawka nieużytków była co najmniej równie skomplikowana, jak gąszcz pordzewiałych torów. Skala projektu zdawała się przerastać nawet najpotężniejszych graczy. Mijały lata, nic się nie działo. Wydawało się, że potrzebny jest cud.

Czy był to cud, że powstał tu park? Przede wszystkim była to przygoda i szczęśliwy zbieg okoliczności. Dwóch zapaleńców – niektórzy powiedzieliby szaleńców – przypadkiem usiadło obok siebie na zebraniu lokalnej wspólnoty. Mieszkańcy Chelsea, planiści i władze dzielnicy dyskutowali, jak pozbyć się szpecącego okolicę molocha. Co do tego, że szkaradztwo trzeba jak najszybciej wyburzyć, raczej nikt nie miał wątpliwości. Wyjątkiem byli Joshua David i Robert Hammond. Wymienili się wizytówkami i założyli stowarzyszenie: Friends of the High Line, FHL – Przyjaciele High Line. W ciągu następnych dziesięciu lat stało się jedną z najprężniej działających organizacji non profit w Nowym Jorku. Pierwszym ich sukcesem było doprowadzenie do rozprawy sądowej, na mocy której unieważniono podjętą kilka lat wcześniej przez burmistrza Giulianiego decyzję o rozbiórce. Wkrótce potem Przyjaciele mogli zorganizować konkurs na projekt zagospodarowania nieużytku. Wspólnie z władzami miasta, które powoli zaczęły przekonywać się do pomysłu, wyłonili architektów. No i najważniejsze: wszędzie zabiegali o fundusze. Małe i duże; ze środków publicznych i od osób prywatnych.

W czerwcu 2009 r. otwarto pierwszy, liczący niespełna kilometr, odcinek promenady. Niemal natychmiast zrobiło się na nim tłoczno. Garstka sceptyków prognozowała, że to przejściowe zauroczenie – z czasem nowy park nowojorczykom spowszednieje, znajdą inne rozrywki. W końcu przecież to wąska ścieżka na starym wiadukcie, a miasto kusi tyloma innymi atrakcjami. Sami założyciele też mieli sporo obaw. Martwili się m.in., że odnowiony wiadukt może się stać czymś w rodzaju skansenu; turystyczną atrakcją, która nie będzie interesować nowojorczyków; niczym muzeum, odwiedzą ją raz czy dwa, a potem nie będą już mieli po co wracać.

Szczęśliwie okazało się, że są w błędzie. High Line odwiedza rocznie ponad 5 mln osób, dziesięciokrotnie więcej, niż przewidywano. Są wśród nich i turyści, i stali mieszkańcy. Tych ostatnich przyciągają do parku liczne imprezy i warsztaty – począwszy od rozmaitych projektów artystycznych po spacery z botanikami i obserwacje ptaków, na zajęciach edukacyjnych dla dzieci i ćwiczeniach z jogi skończywszy.

Wiele wydarzeń organizowanych jest zresztą samorzutnie przez okolicznych mieszkańców, bez udziału czy pomocy FHL. Tak było z garstką astronomów, którzy w pogodne letnie wieczory zaczęli przynosić na wiadukt teleskopy. Z czasem wiadomość rozniosła się po mieście i ustaliła się tradycja – w każdy pierwszy wtorek miesiąca na High Line obserwuje się gwiazdy.

Latem 2011 r. zakończono rewitalizację drugiego odcinka wiaduktu. Pojawiły się na nim cedrowe schody – ulubione miejsce na drzemkę, nocne oglądanie filmów, internetowy czat lub (tak! nadal się to zdarza!) „analogową” pogawędkę z kimś napotkanym właśnie na ścieżce! Jest także niewielki trawnik, na którym można zorganizować piknik (w letnie weekendy znalezienie nawet kilku centymetrów kw. wolnego miejsca graniczy z cudem; chyba że przyjdzie się o szóstej rano), i puste ekrany – miejsca po dawnych billboardach, przez które dziś, z góry, można obserwować życie ulicy.

Cud

W 2009 r., kiedy otwierano pierwszy odcinek High Line, Ameryka pogrążona była w recesji, ceny nieruchomości spadały na łeb na szyję. Położona na uboczu Manhattanu postindustrialna Chelsea, przez którą przebiegał High Line, nie była jeszcze modną dzielnicą. Owszem, istniały tu galerie – ale raczej niszowe; w pracowniach przerabianych ze starych garaży lub warsztatów zadomawiali się artyści na dorobku. W Chelsea bez większego trudu można było znaleźć tani loft – ale prawie zawsze był obskurny i niewiele miał wspólnego z fotografiami w magazynach z nowoczesnym designem. Wszystko to miało się wkrótce zmienić.

Wzdłuż odnowionego wiaduktu, mimo recesji, niemal w okamgnieniu zaczęły wyrastać imponujące budynki projektowane przez najsłynniejszych architektów: Jeana Nouvela, Franka Gehry’ego, Shigeru Bana. W 2012 r. do Meat Packing District swoją dotychczasową siedzibę postanowiło przenieść Whitney Museum. Autorem projektu jest Renzo Piano. Pełen światła gmach ma zostać ukończony w przyszłym roku, jego ogrody będą połączone z południowym fragmentem wiaduktu.

Położone wzdłuż parku High Line ulice określa się dziś, może nieco żartobliwie czy wręcz zgryźliwie, mianem „Architects’ Row” (Aleja Architektów). Rzeczywiście architektoniczne sławy z całego świata zabiegają, by postawić tu cokolwiek. W 2012 r. pracę nad projektem 11-piętrowego apartamentowca przy 28 Ulicy rozpoczęła Zaha Hadid. Budynek, który kształtem przypomina statek kosmiczny, ma stanąć nad wiaduktem niejako w rozkroku. Za najtańszy spośród 40 apartamentów (pierwsze piętro; dwie sypialnie, dwie łazienki, dodatkowa toaleta, kuchnia i salon) zapłacić trzeba będzie ponad 4,5 mln dol.; za penthouse z pięcioma sypialniami, sześcioma łazienkami i ogrodem na dachu – 35 mln. To pierwszy projekt Hadid w Nowym Jorku; dekadę temu nadesłała propozycję na ogłoszony przez FHL konkurs zagospodarowania całego wiaduktu. Przegrał jednak z prostym pomysłem, którego realizację powierzono dwóm mniej znanym pracowniom nowojorskim: specjalizującej się w architekturze zieleni i krajobrazu James Corner Field Operations oraz multidyscyplinarnej Diller Scofidio + Renfro.

Jak nietrudno się domyślić, Chelsea należy dziś do najdroższych i najmodniejszych dzielnic Manhattanu. Jeszcze przed uruchomieniem drugiego, dochodzącego do 30 Ulicy, odcinka High Line’u, zaczęto myśleć o trzecim. Wiadomo było, że jeśli kiedykolwiek dojdzie do rewitalizacji tej części wiaduktu, będzie to najtrudniejsza część projektu. Tu wszakże zaczynał się fragment Manhattanu, który od kilkudziesięciu lat czekał na cud.

Montaż gruntu

Koszty projektu, który potrwa co najmniej 10 lat, szacowane są na 20 mld dol. Przy West Side Yards na 10 ha ma powstać 30 budynków o łącznej powierzchni 1,5 mln m kw.: nowoczesne centra handlowe, hotele, biurowce, apartamenty, skwery, parki, ruchome galerie i hale koncertowe.

Jako pierwszy, w 2015 r., ukończony ma zostać 52-piętrowy wieżowiec 10 Hudson Yards. W pochylonym nad wiaduktem i zajmującym dolne piętra atrium znajdzie się luksusowe centrum handlowe. Potem przyjdzie kolej na 15 Hudson Yards – wieża ma sięgnąć 280 m. Jej podstawę będzie stanowiła ruchoma, elastyczna konstrukcja, którą w zależności od bieżących potrzeb można powiększać lub zmniejszać – Culture Shed. Budynek składający się z trzech ruchomych, umieszczonych na szynach części, będzie wykorzystywany jako powierzchnia wystawowa lub miejsce imprez kulturalnych. Na górze wieżowca znajdą się biura i mieszkania. Nie zabraknie basenów, klubów, specjalistycznych kuchni, które można wynająć na godziny, a nawet spa dla psów.

Hudson Yards to największa prywatna inwestycja w historii amerykańskiego rynku nieruchomości. Sięgające chmur wieżowce – co najmniej jeden będzie wyższy niż Empire State Building – spoczną na dwóch metalowych platformach, które utworzą dach nad torowiskiem. Konstrukcją platform zajmuje się firma Related Hudson Yards. „Rzadko się zdarza, że budujesz grunt. Zazwyczaj buduje się NA gruncie”, mówi jej prezes Jay Cross. Jeszcze rzadziej, że na owym gruncie ma powstać od zera ogromna nowoczesna dzielnica, a w trakcie gdy ją wznosisz, przez wielki plac budowy dojeżdża do pracy ponad 2 mln ludzi.

Każdą platformę utrzymywać będzie trzysta 90-tonowych kolumn z betonu. Te z kolei montowane będą w kesonach sięgających najtwardszych, łupkowych skał Manhattanu. Ich instalowanie przypomina skomplikowaną chirurgiczną operację – wymaga niezwykłej precyzji, tym bardziej że wierci się między torami kolejowymi, po których jeżdżą pociągi. Kierujący pracami Jim White zauważa, że chwilami projekt ten więcej ma wspólnego z choreografią niż pracą budowlańca: „Normalnie na budowie, w momencie zakończenia rozbiórki starych struktur, przejmujesz teren i zaczynasz budować fundamenty – całość jednocześnie. My tymczasem musimy wykonywać tu coś w rodzaju tańca, starannie zsynchronizowanego z koleją”.

Podczas prac wykorzystywane są trójwymiarowe modele komputerowe, które taką precyzję umożliwiają. „Bywa że mamy godzinę czy dwie, by umieścić w odpowiednim miejscu ważące kilkaset ton wiertnice, dokonać odwiertu i ulokować keson, a potem usunąć cały sprzęt, żeby przepuścić pociąg”. Na dodatek, zaznacza White, często liczą się ułamki cala. A po chwili półżartem: „Wydawało wam się może, że montaż mebli z Ikei to wyzwanie?”.

Miasto przyszłości

Raczej nic nie wskazuje, by ktoś miał zamiar montować tu meble z Ikei. Hudson Yards mają być najbardziej technologicznie zaawansowaną i ekologicznie przyjazną dzielnicą, jaka kiedykolwiek powstała. Infrastruktura budynków zostanie w pełni skomputeryzowana, co pozwoli na wydajne i oszczędne zużycie mediów. Sieć najrozmaitszych czujników, połączonych za pośrednictwem światłowodów, zamontowanych na dachach urządzeń satelitarnych oraz odbiorników radiowych, umożliwi zbieranie danych i precyzyjne monitorowanie jakości powietrza, poziomu hałasu, natężenia ruchu, zużycia wody czy energii. Tradycyjne zsypy czy śmietniki zastąpi pneumatyczny system umożliwiający szybki transport (72 km/h) oraz utylizację śmieci i odpadów organicznych (na osiedlu nie będą pojawiać się śmieciarki – nie będą potrzebne). O ile zechcą, mieszkańcy będą mogli również korzystać z mobilnych aplikacji pozwalających na monitorowanie stanu ich zdrowia, trybu życia czy aktywności fizycznej. Specjaliści z Center for Urban Science and Progress przy New York University, którzy zajmują się projektem tej ultranowoczesnej infrastruktury, zapowiadają, że to dopiero początek. Hudson Yards – pierwsza „skwantyfikowana dzielnica” (quantified community) ma stanowić doświadczalne laboratorium; będą tu wypracowywać i testować nowe rozwiązania, a potem przenosić je gdzie indziej.

Brak umiaru

Pracujący przy budowie Hudson Yards planiści i architekci powtarzają, że tworzą tu nową dzielnicę ikonę – Rockefeller Center na miarę XXI w. Ale podobnie jak tamto utopijne miasto, budowane sto lat temu podczas recesji, współczesne plany również budzą kontrowersje. Oto na Manhattanie powstaje kolejna mekka krezusów, enklawa dla możnych tego świata. Niewiele jest dziś w Nowym Jorku miejsc, w których wyraźniej można poczuć, jak ogromne są istniejące w tym mieście dysproporcje materialne. Choć istniały zawsze, epoka postindustrialna, której nadejście zarówno Park High Line, jak i ultranowoczesna „skwantyfikowana wspólnota” niewątpliwie sygnalizują, jeszcze bardziej je pogłębiły.

„Manhattan wygenerował bezwstydną architekturę, wielbioną wprost proporcjonalnie do tego, jak bardzo brakowało jej umiaru, i szanowaną o tyle, o ile posuwała się za daleko”, pisał Koolhaas w „Delirycznym Nowym Jorku”. Być może to także jest cena – ów bezwstyd i brak umiaru – którą miasto musi płacić za swój niepowtarzalny charakter.

***

Drogowskazy

Rok założenia/prawa miejskie: 1625 r./1653 r.

Liczba ludności: 8,4 mln/18,6*

Pod względem liczby ludności: 9 aglomeracja miejska na świecie

Powierzchnia: 783,8 km kw.

PKB/mieszkańca: 60,1 tys. dol.**

Średnie miesięczne zarobki: 9790 dol.***

Burmistrz: Bill de Blasio

(*) aglomeracja Nowy Jork–Newark (**) w obszarze metropolitarnym Nowy Jork–Newark–Jersey City, 2013 r. , (***) I kw. 2013 r.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj