O Europie Wschodniej, która już nie wierzy w Zachód

Wstawanie z kolan
Wschodnia Europa przestaje wierzyć w Zachód i traktować go jak cel, do którego warto zmierzać. Z wielu powodów.
Osmański kamienny most i budynki wokół rzeki Wardar.
123 RF

Osmański kamienny most i budynki wokół rzeki Wardar.

Na Bałkanach mało kto już traktuje na serio zachodnie idee. Odnoszą się do nich pozytywnie już głównie tylko muzułmanie – Bośniacy i Albańczycy. Nie dlatego, że islam tak cudownie połączył się z ideałami praw człowieka, tolerancji itd., raczej dlatego, że szukają zachodniej protekcji przeciw „wstającym z kolan” prawosławnym Słowianom. Nie to, żeby bałkański islam był jakoś specjalnie niekompatybilny z tzw. zachodnim stylem życia – jest, jak na tę religię, całkiem liberalny. Przy bośniackich meczetach często widać kafany, w których pije się piwo i rakiję. Kosowska Prisztina to miejsce, w którym można tak imprezować, że samemu będzie się miało ochotę zrezygnować na stałe z alkoholu. A pozycja kobiet w kosowskim czy bośniackim społeczeństwie nie odbiega bardzo od pozycji w społeczeństwie dajmy na to serbskim czy macedońskim – również tradycjonalistycznym, lecz chrześcijańskim. Ale nie ma się co łudzić: nie o zachodni styl życia tu chodzi. Ważna jest wyłącznie obrona przed chrześcijańskimi słowiańskimi nacjonalistami, coraz częściej odrzucającymi Zachód jako wzór.

I w ten sposób zachodnie wartości, które miały jednoczyć ludy i religie ponad podziałami, jak pięknie brzmiące „wszyscy ludzie będą braćmi” z „Ody do radości”, nie przyjęły się na wschodzie kontynentu. Nie miały czego się chwycić: tradycjonalistyczny muzułmanin czy chrześcijanin ma wdrukowany w głowę własny system wartości, a rewolucja francuska nie była jego rewolucją.

Pusta forma

Gdy muzułmańska Turcja dominowała w regionie, słabsi chrześcijanie odwoływali się do tradycji Zachodu. W nim szukali wsparcia. Po tureckim upadku Jugosławia, Bułgaria, Grecja czy Rumunia wyburzyły meczety i pobudowały sobie zachodoidalne miasta – Belgrad, Bukareszt, Warnę, Sofię, Burgas, Saloniki, często instalowały sobie na tronach przedstawicieli zachodnich dynastii i tworzyły wzorowane na zachodnich instytucje. To samo działo się w tych miejscach wschodniej Europy, gdzie miejsce Turcji zajmowała Rosja. Wszystkie będące w zasięgu jej wpływów narody ciążyły na Zachód, kopiowały tamtejsze rozwiązania, przeciwstawiając je tyranii i bezprawiu narzucanym przez Moskwę.

I na tym się, generalnie, kończyło: na przyjęciu formy, której nie było czym wypełnić, bo demokracja i rządy prawa nie były lokalną treścią. W miejsce zachodnich ideałów pojawiały się więc wojujący nacjonalizm i chęć godnościowego odreagowania lat braku wolności. I, oczywiście, dorównania Zachodowi.

W efekcie króciutko po uzyskaniu niepodległości i etapie przystrajania się w demokratyczne szatki równość praw i obowiązków w Europie Wschodniej się rozsypała. Dyktatury nacjonalistyczne na Litwie i Łotwie nastąpiły po sobie i były do siebie dość podobne, Polska po zamachu majowym (1926 r.) już tylko markowała wolne wybory, a rządziła nią tromtadracka wojskowa władza, zamykająca swoich wrogów w obozach. Węgry i Rumunia, podobnie zresztą jak Polska, próbowały balansować pomiędzy skrajnym nacjonalizmem a jego jeszcze bardziej skrajną wersją. I tylko wiedziona przez poaustriacką Pragę Czechosłowacja była wzorową, zindustrializowaną i obywatelską demokracją.

Wszędzie indziej kwitł nacjonalizm, rewanżyzm i irrendentyzm, które bardzo łatwo było rozgrywać hitlerowskim Niemcom, jednemu z tradycyjnych hegemonów regionu, gdy przyszedł na to czas. Rozegrali Polskę przeciw Czechosłowacji, Słowację przeciw Czechom, Węgry przeciw Słowacji i Rumunii, Rumunię przeciw ZSRR, Chorwację przeciwko Serbii, Ukraińców przeciw Polakom – a pełne nacjonalistycznej i wielkogodnościowej retoryki dyktatury ani się zająknęły, gdy stawały się posłusznymi pieskami na smyczy nazistów. Polska odmówiła roli niemieckiej marionetki, ale przypłaciła to redukcją do funkcji rezerwatu – Generalnego Gubernatorstwa, którego ludność skazana była na wytrzebienie. Co nie oznacza, że również nie dała się rozegrać – przeciw Żydom.

Tak się skończyły międzywojenne sny Europy Wschodniej o chwale. A później przyszedł Związek Radziecki i zgasił światło.

Dawna chęć dorównania Zachodowi jednak opierała się wtedy na jakiej takiej realistycznej analizie, pogodzeniu się z własnym wobec niego upośledzeniem i wielkich projektach, które miały ten dystans zmniejszyć. Gdynia i COP czy – jeśli patrzeć szerzej i głębiej w historię – westernizacja Bukaresztu czy Belgradu były gigantycznymi przedsięwzięciami.

Nawet odrzucanie demokratycznych zasad odbywało się – jak np. w Polsce – na próbie akceptacji lokalnych niedociągnięć. Polacy – uznał Piłsudski i jego stronnictwo – są nieprzygotowani do tego, by rządzić się w ramach wolnego systemu parlamentarnego, dlatego trzeba ich wziąć za twarze, a za jakiś czas może sytuacja będzie inna i wtedy się odpuści. Tyle że raz zdominowanemu społeczeństwu nie odpuszcza się tak łatwo, dlatego autokracja raczej się pogłębiała, niż słabła. Nawet jeśli nie było to intencją Marszałka.

Na początku lat 90. XX w. Europie Wschodniej wydawało się, że idzie zachodnią ścieżką: dokonywano transformacji ustrojowej, westernizowano przestrzeń publiczną, najpierw nieudolnie, później coraz udatniej. Okazało się jednak, że demokratycznej treści nie da się kupić za unijną kasę i że kolejny raz Europa Wschodnia odrzuca zachodni sposób funkcjonowania. Opada przy tym powoli w coraz większy surrealizm.

Wschodnia kolonia

 

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Artykuł pochodzi z premierowego Niezbędnika Współczesnego

Pełne wersje artykułów z najnowszego Niezbędnika Współczesnego dostępne są dla abonentów Polityki Cyfrowej.

kup dostęp

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj