Był sobie bank...
Bankructwo Lehman Brothers uruchomiło lawinę zdarzeń, której politykom do dziś nie udało się zatrzymać.
Siedziba Lehman Brothers w Nowym Jorku. Upadek tego banku przyjmuje się za symboliczny początek obecnego krachu światowych finansów.
Mark Lennihan/AP/EAST NEWS

Siedziba Lehman Brothers w Nowym Jorku. Upadek tego banku przyjmuje się za symboliczny początek obecnego krachu światowych finansów.

Polityka

Lehman Brothers wciąż działa. Do biur banku na Manhattanie codziennie przychodzą pracownicy, bank ma nawet prezesa, tyle że nie zajmuje się już pomnażaniem pieniędzy. Przez ponad trzy lata w Lehmanie pracowali prawnicy i księgowi od upadłości, próbując dojść, co bank ma, a ile i komu jest winien. Analizowali księgi rachunkowe, sprawdzali zasadność 65 tys. roszczeń, szukali ukrytego majątku, tak by wierzyciele dostali jak najwięcej. Zlicytowano już kolekcję dzieł sztuki z dyrektorskich pięter, prezesowskie skrzynki na cygara i logo banku z jego wieżowca w londyńskim City. Na początku grudnia sąd w Nowym Jorku zaakceptował plan podziału odzyskanego majątku pomiędzy wierzycieli.

Kryzys został poczęty prawie dekadę przed upadkiem Lehman Brothers. Po pęknięciu tzw. bańki internetowej w 2000 r. amerykański bank centralny pod wodzą Alana Greenspana drastycznie obniżył stopy procentowe, by złagodzić wpływ krachu giełdowego na realną gospodarkę. Posunięcie przyniosło efekt, ale nadmuchało kolejną bańkę. Niezwykle tani pieniądz zachęcił Amerykanów do zaciągania kredytów hipotecznych, a kapitał ewakuowany z firm internetowych trafił do sektora nieruchomości. Jak grzyby po deszczu na przedmieściach miast wyrosły osiedla identycznych domów, a banki ruszyły rozdawać kredyty.

Toksyny i lewary

Ok. 2005 r. banki wyczerpały pulę klientów ze zdolnością kredytową, a ponieważ dobrą passę chciano za wszelką cenę podtrzymać, zaczęły szukać sposobów, jak wetknąć kredyt hipoteczny osobom o niskich dochodach. Z pomocą przyszły banki inwestycyjne z Wall Street. Inżynierowie finansowi wpadli na pomysł, by te ryzykowne kredyty (subprime) przemieszać ze zwyczajnymi, posiekać, a potem sprzedać inwestorom jako instrumenty pochodne (inaczej derywaty). W ciągu dwóch lat wyemitowano w ten sposób górę toksycznych aktywów, rozpylając przyszłe straty po całym systemie finansowym. Wśród czołowych graczy na tym rynku były same banki inwestycyjne, spekulujące na własny rachunek. Gdy zabrakło nabywców, bankierzy zaczęli handlować między sobą, a nawet w obrębie własnych banków – byle tylko nabić premie.

Jednocześnie banki z Wall Street podjęły inną niebezpieczną grę. Na fali euforii i wiary we własny geniusz bankierzy na potęgę rozmnażali pieniądze; na każdy dolar inwestowany z własnej kieszeni przypadało kilkanaście, często kilkadziesiąt, pożyczonych od innych banków. Lehman Brothers był w chwili upadku wylewarowany 30-krotnie – na 639 mld dol. aktywów przypadały zaledwie 22 mld dol. kapitału własnego. Nikt tego nie pilnował, bo banki inwestycyjne nie podlegały nadzorowi – m.in. dlatego mogły niezauważenie przesuwać ryzykowne zakłady poza bilanse albo do funduszy spekulacyjnych. Gdy pękła bańka, zostały nie tylko z masą bezwartościowych derywatów, ale i z kosmicznymi długami, zaciągniętymi na ich zakup.

Zabawa skończyła się w 2006 r. Bankom hipotecznym zabrakło nawet biednych klientów, a wobec zaspokojenia popytu ceny domów zaczęły spadać. Wraz z nimi poszła w dół wartość rynkowa już kredytowanych domów, podnosząc ryzyko kredytowe, a tym samym wysokość rat. Jako pierwsze zaczęły się psuć oczywiście kredyty klientów o niskiej wiarygodności, a w związku z tym – topnieć wartość wyemitowanych na ich podstawie instrumentów pochodnych. Gdy smród złych kredytów dotarł na Wall Street, nikt nie był w stanie powiedzieć, który bank ma jak wielką dziurę w portfelu. Na rynku międzybankowym zapanowała nieufność, instytucje przestały sobie pożyczać w obawie, że nie zobaczą więcej swoich pieniędzy lub odkładając je na wypadek własnych kłopotów. Tak zaczął się amerykański kryzys finansowy.

Recesja zamiast depresji

Pierwszy wcale nie padł Lehman Brothers. Najpierw na krawędzi stanął najmniejszy z wielkiej piątki banków inwestycyjnych, Bear Stearns, potem – Merrill Lynch. Ale zanim zdążyły zbankrutować, przejęły je większe banki – pierwszego połknął JPMorgan Chase, drugiego Bank of America. Obie transakcje zaaranżowała naprędce Rezerwa Federalna, a pieniądze wyłożył departament skarbu, pożyczając wybawcom na niski procent. Ale na znacznie większego Lehmana zabrakło kupca, a sekretarz skarbu USA Henry Paulson, skądinąd były prezes Goldman Sachs, odmówił pomocy. Rząd nie miał takich pieniędzy, a FED uprawnień do przejmowania banków. 15 września 2008 r. 158-letni Lehman ogłosił bankructwo, największe w historii USA. Na rynkach finansowych wybuchła panika.

„Jeśli tego nie uchwalicie, w poniedziałek nie będziemy mieć gospodarki” – powiedział Ben Bernanke, szef FED, wzywając senatorów do przyjęcia pakietu ratowania banków, ochrzczonego później planem Paulsona. Pod rannymi gigantami z Wall Street rozpięto siatkę gwarancyjną o wartości 700 mld dol., rząd USA stał się udziałowcem, niekiedy wiodącym, wielu banków, obiecał też wykupienie toksycznych aktywów. Jednocześnie FED ściął stopy procentowe i zaczął pompować w system bankowy niespotykane ilości pieniądza, by machina finansowa nie zatarła się z braku płynności. Podobną pomoc dla banków i całego systemu finansowego uruchomili w 2008 r. także Europejczycy i Japończycy.

Inaczej niż przy bańce internetowej, tym razem kryzys błyskawicznie przeniósł się na realną gospodarkę. Zapaść Wall Street sparaliżowała wielkie korporacje, odcinając je od kapitału, nieufność na rynku międzybankowym wywołała globalną suszę kredytową. Niedobór kredytu zdusił handel światowy, a stąd był już tylko krok do globalnej recesji. Na Amerykę padł strach przed powtórką Wielkiej Depresji, więc do obrony realnej gospodarki wytoczono najcięższe działa. Barack Obama tuż po objęciu urzędu posłał do Kongresu pakiet inwestycji publicznych o wartości 814 mld dol., zasilając gospodarkę państwowymi zleceniami w miejsce prywatnych zamówień, które wyparowały wraz z kryzysem. Zastrzyk w serce przyniósł efekt: zamiast Wielkiej Depresji przyszła Wielka Recesja. A potem Wielka Amnezja.

Ożywienie bez pracy

Gospodarka światowa skurczyła się w 2009 r. o 0,6 proc., ale już latem 2010 r. zaczęła znowu rosnąć. Ameryka odbiła się jeszcze pod koniec 2009 r. – gospodarka USA urosła wtedy w ostatnim kwartale o całe 5 proc. Ekonomiści uznali to za dowód jej wytrzymałości, tymczasem świadczyło ono głównie o sile rządowego pakietu stymulacyjnego. Ledwo skończyły się inwestycje, amerykańska gospodarka zaczęła znowu zwalniać, a w ubiegłym roku urosła o 1,5–2 proc. PKB. Ale najdotkliwszą blizną po kryzysie jest bezrobocie. Recesja w 2009 r. kosztowała Amerykę 8 mln miejsc pracy, a ich odbudowa idzie jak po grudzie – trzy lata po kryzysie bezrobocie sięga wciąż 8,5 proc. i pozostaje najwyższe od 1983 r. Jeśli nie zacznie szybciej spadać, jesienią Barack Obama może mieć kłopot z reelekcją.

Nie lepiej jest w Unii. W 2009 r. strefa euro wpadła w recesję jak cały świat rozwinięty, ale wyszła z niej później niż Stany. Ożywienie w Europie przyszyłoby jeszcze później, gdyby nie Niemcy, których lokomotywa eksportowa pociągnęła cały kontynent, w tym także Polskę. Strefa euro wyszłaby na prostą tak jak Stany, gdyby nie kryzys zadłużeniowy, który wybuchł w Grecji wiosną 2010 r., a z powodu fatalnego zarządzania rozlał się na całą unię walutową. Gospodarka Niemiec wciąż rośnie, ale Holandia wpadła w recesję już pod koniec 2011 r., a kolejne kraje Europy poszły w jej ślady na początku tego roku. To zwiastuje z kolei wzrost i tak wysokiego bezrobocia: w październiku średnia dla strefy euro wyniosła 10,3 proc., w Hiszpanii przekracza ono 22 proc.

Tak jak trzy lata temu Europa bała się Ameryki, tak dziś Ameryka boi się Europy: rozpad strefy euro może wywołać większy wstrząs niż upadek Lehman Brothers, a druga globalna recesja wpędziłaby kraje rozwinięte w „straconą dekadę”. Termin ten odnosi się zwyczajowo do Japonii, która po własnym kryzysie bankowym na początku lat 90. wpadła w długi okres stagnacji. Silnik gospodarczy się tam zaciął, inflację zastąpiła deflacja (spadek cen), a góra długów do dziś pozostaje niespłacona. Obawy przed powtórką japońskiego scenariusza są tym większe, że Europa i Ameryka nie mają już amunicji do stymulowania koniunktury. Stopy procentowe już są bardzo niskie, a hojną politykę budżetową wykluczają wysokie deficyty i długi publiczne po obu stronach Atlantyku.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną