Końca nie widać
Grecja w stanie bankructwa, Włochy na łasce spekulantów, Francja bez AAA. Na czym polega kryzys wspólnej waluty?
Canary Wharf – kompleks biurowy we wschodnim Londynie, w dzielnicy Tower Hamlets. Kryzys wlał sie do Europy przez Londyn, gdzie mieszczą sie europejskie centrale globalnych banków.
Kieran Doherty/Reuters

Canary Wharf – kompleks biurowy we wschodnim Londynie, w dzielnicy Tower Hamlets. Kryzys wlał sie do Europy przez Londyn, gdzie mieszczą sie europejskie centrale globalnych banków.

Polityka

Jeszcze cztery lata temu wstąpienie do strefy euro było powodem do dumy. Polacy i Węgrzy z zazdrością patrzyli na Słowaków, gdy ci na progu amerykańskiego kryzysu przystępowali do unii walutowej. Kiedy złoty i forint leciały na łeb na szyję, korona trzymała się mocno, wsparta wiarygodnością euro, które miało ją wkrótce zastąpić. Ale gdy na początku 2011 r. Estonia wchodziła do strefy, nawet w Tallinie wspólną walutę witano z mieszanymi uczuciami. Niemal połowa Estończyków była zdania, że ich kraj popełnia błąd, a czołowy przeciwnik przyjęcia euro twierdził, że Estonia „zdobyła ostatni bilet na »Titanica«”. Ledwie premier Andrus Ansip uroczyście wypłacił pierwsze estońskie euro z bankomatu, jego kraj musiał wpłacić 800 mln euro na ratowanie Grecji i Irlandii. Od tamtego czasu do klubu bankrutów dołączyła Portugalia, chwieją się Hiszpania i Włochy.

Kryzys strefy euro trwa już dwa lata, a „Titanic” wciąż nabiera wody. Mimo niezliczonych szczytów, historycznych deklaracji i dalekosiężnych obietnic przywódcy nie zdołali wypracować rozwiązania, które przekonałoby świat, że strefa może przetrwać w obecnym składzie. 10 lat od wprowadzenia wspólnych monet i banknotów unia walutowa dzieli się na rozrzutnych bankrutów i gospodarnych skąpców – pierwsi narobili długów i potrzebują coraz więcej pieniędzy, drudzy muszą je wykładać, bo boją się skutków rozpadu. Kryzys ujawnił wadę konstrukcyjną strefy: brak unii budżetowej, która podpierałaby unię walutową. Strefa euro została zbudowana na dobrą pogodę, tymczasem dziś na rynkach finansowych szaleje nawałnica, która może zatopić ten wspólny okręt. A to z kolei sprowadziłoby na świat gorszy kryzys niż upadek Lehman Brothers.

Na dobre i na złe

Istotą unii walutowej nie są jednakowe pieniądze w portfelu, tylko wspólna polityka monetarna. Wchodząc do strefy euro, państwa straciły wpływ na wysokość stóp procentowych, drugie obok budżetu narzędzie sterowania gospodarką. Zamiast rodzimego banku centralnego koszt pieniądza ustala odtąd Europejski Bank Centralny (EBC), biorąc pod uwagę dobro całego obszaru walutowego. A to nie zawsze jest zbieżne z interesem każdego kraju. Aby tak było, kraje przyjmujące wspólny pieniądz powinny stanowić tzw. optymalny obszar walutowy: mieć podobną strukturę gospodarczą i poziom rozwoju (by jednakowa polityka monetarna nikomu nie szkodziła), posiadać elastyczne rynki pracy (by w razie kryzysu móc odbudować konkurencyjność poprzez redukcję płac), a najlepiej mieć także wspólny budżet (by niwelować nierówności).

Według Simona Tilforda, głównego ekonomisty Centrum na rzecz Reformy Europejskiej w Londynie, strefa euro od początku nie spełniała żadnego z tych wymogów. W rezultacie nawet w okresie prosperity rozwijała się nierównomiernie, a wspólne stopy procentowe przyczyniły się do zaostrzenia strukturalnej nierównowagi: dla Greków były za niskie, sprzyjały życiu na kredyt i nadmiernej konsumpcji, dla Niemców z kolei okazały się za wysokie, powodując przesadne oszczędzanie i przerost eksportu. Przez dekadę oszczędna Północ i rozrzutne Południe dobrze się uzupełniały. Mówiąc w wielkim uproszczeniu: niemieckie banki kupowały greckie obligacje, a greccy konsumenci niemieckie samochody. Aż nadszedł kryzys, który położył kres temu toksycznemu układowi i obnażył wszystkie słabości strefy euro.

Największa z nich to brak unii budżetowej. 17 krajów eurolandu prowadzi jedną politykę monetarną, ale 17 różnych polityk fiskalnych, a to one decydują o wysokości deficytów i długów. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby rządy przestrzegały tej samej dyscypliny budżetowej i potrafiły koordynować swoje działania. Niestety, Pakt Stabilności i Wzrostu okazał się nieskuteczny, a ostatnie dwa lata, choć obfitowały w brukselskie szczyty, pokazały, że rządom bardzo trudno uzgodnić wspólne działania. Rozrzutne Południe długo zabiegało o pomoc, podczas gdy oszczędna Północ robiła wszystko, by jej nie udzielić. W rezultacie rządy działały dopiero wtedy, gdy zostały przyparte do muru – doraźnie i w reakcji na posunięcia inwestorów, a nie wyprzedzając ich działania. 17 państw przegrało w starciu z jednym rynkiem.

Grecja niewypłacalna

Strefa euro stoi zatem przed podwójnym kryzysem: wypłacalności niektórych członków i zarządzania całym blokiem. Pozornie najprostszym wyjściem z sytuacji byłoby rozwiązanie unii walutowej. Przywracając drachmę, escudo i funta, Grecja, Portugalia i Irlandia mogłyby je zdewaluować względem euro, odzyskując w ten sposób konkurencyjność w eksporcie. Niemcy, Austria i Holandia uwolniłyby się z kolei od obowiązku łożenia na maruderów. Zwolennicy tego rozwiązania zapominają tylko o kosztach: długi Grecji, Portugalii i Irlandii byłyby nadal denominowane w euro, więc po dewaluacji tylko by urosły. Z kolei zmartwychwstała marka, szyling i gulden gwałtownie przybrałyby na wartości, czyniąc eksport z Niemiec, Austrii i Holandii nieopłacalnym.

Pomijając konsekwencje ekonomiczne, kontrolowany demontaż strefy euro jest technicznie niewykonalny. Zamiana kilkunastu walut na jedną w okresie koniunktury to nie to samo, co zastąpienie wspólnej waluty kilkoma odrębnymi w środku kryzysu. Przywrócenie którejkolwiek z walut wymagałoby fizycznego zamknięcia granic i zatrzymania przepływów finansowych między krajami. W przeciwnym razie kapitał momentalnie odpłynąłby z peryferii do rdzenia strefy euro. By uniknąć wyprzedzającej paniki, blokada musiałaby nastąpić z zaskoczenia, a więc pozostać w tajemnicy do ostatniej chwili, co czyni całą operację do reszty niewykonalną. Ostatni rok dobitnie pokazał, że to rynki zaskakują państwa, a nie na odwrót.

Zaskoczenie, którego właściciele obligacji wyraźnie sobie nie życzą, to niewypłacalność jednego z członków strefy. Państwa nie upadają jak firmy czy osoby fizyczne – nie da się zająć majątku danego kraju ani uwięzić jego premiera za długi. Państwo może odmówić wykupu swoich obligacji, zostawiając wierzycieli na lodzie. Takie niekontrolowane bankructwo nie zdarzyło się w Europie Zachodniej od II wojny światowej, ale kontrolowana niewypłacalność miała miejsce w ubiegłym roku, gdy Grecja uzgodniła z bankami umorzenie 50 proc. wartości swoich obligacji. Recesja może zmusić do tego samego Portugalię. Tylko Irlandia ma szansę uciec spod noża, bo jako pierwsza zaczęła zaciskać pasa i porządkować swoje finanse publiczne.

Strachy o Włochy

Tym, czego strefa euro obawia się dziś najbardziej, jest niewypłacalność Hiszpanii lub Włoch. Pierwsze trzy kraje były na tyle małe, że można je było podeprzeć doraźnymi pożyczkami, ale dwa ostatnie są zbyt duże – ich potrzeby pożyczkowe wykraczają poza możliwości Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej. Dlatego Europejski Bank Centralny od lata ubiegłego roku skupuje obligacje Włoch i Hiszpanii, usiłując zbić koszty obsługi ich długów. Ale zakres interwencji banku jest ograniczony, a rentowność obligacji obu państw kilkakrotnie ocierała się już o poziom, przy którym Grecja występowała o pomoc. Dlatego nie cichną apele, by EBC rozpoczął nieograniczony skup obligacji. Do tego bank nie ma jednak wystarczających uprawnień.

Strefa euro jest za bardzo zrośnięta, by się rozpaść, ale nie dość jednolita, by trwać w obecnym kształcie. I nie chodzi tu tylko o listę państw, które do niej należą. Sama unia walutowa nie zapewnia konwergencji, czyli integracji i upodobniania się gospodarek do siebie, a bez tego każdy poważniejszy kryzys będzie skutkował destabilizacją całego bloku. Najdalej idącym rozwiązaniem byłyby transfery budżetowe z krajów bogatych do biednych na podobnej zasadzie, na jakiej zamożne regiony danego kraju dotują te ubogie. Już teraz niektórzy ekonomiści wnioskują, by bogatsi członkowie strefy euro jednorazowo spłacili długi biedniejszych. Niemcy kategorycznie odrzucają jednak unię transferową, w której byliby głównym płatnikiem.

Pośrednim rozwiązaniem byłyby euroobligacje, czyli połączenie długów publicznych państw strefy euro i wspólna emisja nowych papierów skarbowych. Łączne zadłużenie w proporcji do łącznego PKB całej strefy nie jest bowiem tak wysokie jak samej Grecji czy Włoch, więc inwestorzy straciliby pretekst, by żądać coraz większej premii za ryzyko pożyczania tym krajom. Ale to, co Grekom przyniosłoby oczywistą korzyść w postaci niższych odsetek, Niemcom przyniosłoby oczywistą stratę, bo musieliby pożyczać drożej niż obecnie. Euroobligacje oznaczałyby również, że kraje gospodarne zaczęłyby odpowiadać za długi tych rozrzutnych. To dwa powody, dla których Niemcy odrzuciły i to rozwiązanie. Mogły to zrobić, bo bez ich zgody nic w Europie nie jest dziś możliwe.

O krok od katastrofy

Zamiast wielkiego skoku Angela Merkel wybrała metodę małych kroków. Od grudnia 26 państw Unii pracuje nad umową międzyrządową, która ma wymusić większą dyscyplinę budżetową w strefie euro i krajach, które przystąpią do umowy. Pierwotnie miała ona być zapisana w nowym traktacie, ale zawetowała go Wielka Brytania. Pomijając trudności z ratyfikacją umowy, mało kto sądzi, by taki dokument mógł zatrzymać kryzys. Rygory niemieckiej oszczędności są zbyt surowe dla krajów Południa, a w trwającej recesji nawet niektóre kraje Północy mogą im nie podołać. Żeby wyjść z kryzysu, strefa euro musi zacząć znowu rosnąć, a ostre oszczędzanie nie sprzyja ożywieniu. Unii walutowej brakuje tyleż gospodarności, co konkurencyjności.

Krajom rozrzutnym grozi w najlepszym razie stagnacja i niewykluczone, że o to właśnie chodzi Merkel: dać Grekom kolejny argument za tym, by szukali szczęścia poza unią walutową. Niemcy wiedzą, że ich gospodarka nie przetrwa bez euro, a ponieważ są w silniejszej pozycji, forsują swoje recepty na kryzys. Szkopuł w tym, że problemy z długami nie dotyczą już tylko państw peryferyjnych, ale również tych w sercu unii walutowej, i to tak ważnych jak Francja, która utraciła właśnie najwyższą notę kredytową AAA. Francja jeszcze trzyma z Niemcami, ale jeśli zacznie mocno cierpieć, może stanąć na czele rebelii rozrzutników w strefie euro i zakwestionować dyktat skąpców. Wtedy na ratunek może być już za późno.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną