Peryferia w ogniu
Kłopoty strefy euro zaczęły się w Grecji, ale dziś dotykają wszystkich peryferyjnych krajów unii walutowej. Dlaczego akurat one cierpią najbardziej i co łączy Greków, Portugalczyków i Irlandczyków?
Demonstracje w Atenach, październik 2011 r.
Yiorgos Karahalis/Reuters

Demonstracje w Atenach, październik 2011 r.

Polityka

Akademia Ateńska to po Akropolu jedna z głównych atrakcji miasta. XIX-wieczny budynek, postawiony na cześć pierwszej akademii założonej przez Platona, przypomina świątynię: z przodu portyk, po bokach posągi Ateny i Apolla, całość pięknie odnowiona. Jedyne, co w 2010 r. burzy joński porządek, to napis wysprejowany wielkimi literami na marmurowych kolumnach, dla turystów od razu po angielsku: resist, stawiaj opór. Na innych budynkach publicznych ateńscy grafficiarze piszą zwykle po grecku, powtarzają się wyzwiska pod adresem policji i symbol anarchistów. – Władze? Nie, u nas władze takich rzeczy nie usuwają – mówi portierka z akademii.

Ateny od dekady żyły na debecie, korzystając z wiarygodności kredytowej, jaka spłynęła na Grecję po wejściu do strefy euro. Pożyczała pieniądze nieco drożej niż Niemcy, ale wciąż znacznie taniej, niż gdyby musiała to robić w drachmach. Dopóki gospodarka się kręciła – do olimpiady w 2004 r. napędzana przez inwestycje publiczne, później przez boom w sektorze budowlanym – greckie państwo było w stanie spłacać swoje długi. Ale gdy wybuchł kryzys amerykański, życie na kredyt stało się nagle bardzo kosztowne. Wskutek powszechnej awersji do ryzyka nabywcy greckich obligacji zaczęli żądać wyższych odsetek, z kolei recesja drastycznie obcięła wpływy podatkowe.

Jeszcze w październiku 2009 r. ówczesny premier Kostas Karamanlis zapowiadał, że deficyt budżetowy Grecji wyniesie 6 proc. PKB. Miesiąc później zwycięzca wyborów i nowy szef rządu Jeorjos Papandreu ogłosił, że dziura w finansach publicznych sięgnie 12,7 proc., ponad cztery razy więcej niż dopuszczają tzw. kryteria z Maastricht. Ta wiadomość wywołała szok na rynkach finansowych i zrujnowała wiarygodność Grecji w oczach jej wierzycieli. Wyszło na jaw, że Ateny od lat okłamywały Brukselę na temat swojego deficytu, na dodatek wyhodowały rekordowy dług publiczny: jeszcze w 2009 r. sięgnął on 124 proc. PKB, a od tamtego czasu wzrósł do 160 proc.

600 euro za poród

Oszustwa w Atenach wywołały kryzys, który rozlał się na całą unię walutową. Grecja otrzymała pożyczkę ratunkową jeszcze w maju 2010 r., w listopadzie wystąpiła o nią Irlandia, a w kwietniu ubiegłego roku także Portugalia. Ekonomiści lubią mówić, że problemy dotyczą tylko krajów południowych, tzw. PIGS (Portugal, Italy, Greece, Spain), ale w tej kategorii nie mieści się Irlandia. Lepiej więc mówić o peryferyjnych krajach strefy euro, czyli położonych na jej obrzeżach, wokół państw-założycieli unii walutowej. Kryzys łamie po kolei jej najsłabsze ogniwa, ale każdy kraj wpadł w tarapaty z nieco innych powodów. Grecja to wśród nich najcięższy przypadek.

Po olimpiadzie w Atenach były wielkie nadzieje, że w kraju wreszcie coś się zmieni. Stolica dostała lotnisko i metro, zbudowano mnóstwo dróg, odnowiono zabytki, igrzyska poprawiły samopoczucie i wizerunek Grecji za granicą. Karamanlis obiecywał „oczyszczenie stajni Augiasza” po socjalistach. Nie tylko nie oczyścił, a jego rząd ustanowił nowe rekordy skandali. Największym była wymiana gruntów między państwem a Kościołem, w której uczestniczyło kilku ministrów i obrotnych mnichów. Atrakcyjne działki miały trafić do deweloperów, państwo otrzymać w zamian nieużytki. Transakcję anulowano, ale nikt nie stanął przed sądem.

Nieuczciwość polityków idzie w parze z łapownictwem urzędników. Przepisy podatkowe są w Grecji tak skomplikowane, że inspektorzy każdemu potrafią wynaleźć błąd w zeznaniu. – Najpierw grożą ci karą 10 tys. euro. Jak się dogadasz, wlepią ci tylko tysiąc, plus pięć dla inspektora pod stołem – mówi Dimitrios, pracownik państwowej firmy. Łapówki dla lekarzy są na porządku dziennym. Dimitrios płacił za poród żony (600 euro), wycięcie migdałków u córki (500 euro) i operację zastawki u ojca (3 tys. euro). Lekarze przyjmują pieniądze po zabiegu, na korytarzu, nawet koperta nie jest konieczna.

Milion w budżetówce

Pieniądze oliwią też tryby publicznej edukacji. – My tutaj jesteśmy wszyscy z bogatych rodzin – wali prosto z mostu Eirini, grecka piękność na trzecim roku architektury, z wielkimi brązowymi oczami. Dlaczego? Bo szkoły w Grecji niczego nie uczą i żeby zdać egzaminy na studia, trzeba brać korepetycje, najczęściej u tych samych nauczycieli, którzy dorabiają w ten sposób do swoich niskich pensji. Na najlepszych korepetytorów stać tylko najbogatszych rodziców, więc to ich dzieci dostają się na państwowe uczelnie. Eirini nie martwi się 25-proc. bezrobociem młodych: – Dla nas praca zawsze się znajdzie. W najgorszym razie wyjadę na kilka lat za granicę, a potem wrócę.

Ci, którzy płacą podatki, czują, że nie otrzymują nic w zamian. Nic więc dziwnego, że duża część Greków stara się tego nie robić. – Ministerstwo finansów ma w ewidencji 965 tys. osób, które systematycznie unikają podatków – mówi Kostas Michalos z Ateńskiej Izby Handlowo-Przemysłowej. Są wśród nich lekarze, prawnicy, inżynierowie – wszyscy deklarują dochody poniżej kwoty wolnej od podatku, choć zarabiają wielokrotnie więcej. Sklepy nagminnie nie nabijają towarów na kasę, punkty usługowe nie wydają paragonów. Straty państwa z tytułu niezapłaconych podatków sięgają 20 mld euro rocznie, a wpływy do budżetu są o 5–6 proc. niższe w stosunku do PKB niż w przeciętnym kraju europejskim.

Socjaliści czy konserwatyści, każda z dwóch głównych partii obejmowała władzę otoczona wianuszkiem politycznych klientów – związków zawodowych, które zapewniały jej pokój społeczny, biurokratów, bez których nie działałby aparat państwowy, i biznesmenów finansujących kampanie. Po zwycięstwie każdego trzeba obłaskawić – związkowców zaniechaniem reform, urzędników nowymi etatami, a biznesmenów kontraktami od państwa. Po trzech dekadach klientelizmu greckie państwo urosło do niepojętych rozmiarów – na 11 mln mieszkańców przypada to aż 1,25 mln pracowników szeroko pojętej budżetówki. Dla porównania: w Austrii, kraju o podobnej populacji, na garnuszku państwa żyje 68 tys. osób.

Mosty donikąd

Portugalia ma 10 mln obywateli i gospodarkę prawie trzy razy mniejszą niż Polska. Do Unii wstąpiła w 1986 r., zaledwie 12 lat po obaleniu dyktatury wojskowej. Weszła jako najbiedniejszy kraj wspólnoty, ale w 15 lat dokonała cudu: otwarła się gospodarczo na Europę, za pieniądze z Brukseli zbudowała nowoczesną infrastrukturę, a Portugalczycy, dotychczas nacja emigrantów, zaczęli sami ściągać imigrantów. Zwieńczeniem sukcesów lat 90. było Expo – w Lizbonie wyrosła z tej okazji specjalna dzielnica, stanął wspaniały most Vasco da Gamy, futurystyczny dworzec autorstwa Santiago Calatravy, a nawet kolejka linowa wzdłuż Tagu. Jakby tego było mało, w 2004 r. Portugalia gościła Euro.

Do Unii Portugalię wprowadziła centroprawica, ale już w 1995 r. władzę przejęła lewica i sprawowała ją do ubiegłego roku, z krótką przerwą na rządy José Manuela Durão Barroso. Zwrot na lewo miał swoje uzasadnienie: Portugalczycy chcieli odpocząć po trudach transformacji, a socjaliści obiecywali, że wykorzystają owoce wzrostu na zwalczanie biedy i nierówności. Gdy w 1999 r. Portugalia przyjmowała euro, przyszłość gospodarcza jawiła się w jasnych barwach – wspólna waluta miała zrównać poziom życia w Europie. Ale zamiast tego przyszła stracona dekada: kraj zaliczył dwie recesje, w ciągu 10 lat poprzedzających kryzys średni wzrost gospodarczy nie przekraczał 1 proc. PKB rocznie.

– Gdybyśmy wtedy nie weszli do strefy euro, nie mielibyśmy obecnych problemów – mówi prof. João César das Neves, ekonomista z Portugalskiego Uniwersytetu Katolickiego. – Pojawiła się pokusa, by konsumować więcej, niż zarabialiśmy. Nie tylko państwo, ale cała gospodarka wpadła w spiralę zadłużenia – dodaje. Portugalia importowała więcej, niż eksportowała, czego oznaką stał się prawie 10-proc. deficyt obrotów bieżących. – Euro wyeliminowało sygnał ostrzegawczy, jakim był mechanizm kursowy. Drugim obwodem bezpieczeństwa miał być unijny Pakt Stabilności i Wzrostu. Ale Portugalia złamała go już w 2001 r. i nie przestrzegała przez osiem lat z rzędu – tłumaczy Neves.

Ani Chiny, ani Rumunia

Jako gospodarka rozwinięta Portugalia powinna była podnosić wydajność, tymczasem 12 lat po wejściu do strefy euro sięga ona zaledwie 56 proc. średniej dla dawnej Piętnastki. To niewiele więcej niż w Polsce (46 proc.). Portugalia nie ma wykwalifikowanej siły roboczej jak Irlandia, a wzrost płac pozbawił ją atrakcyjności jako miejsca produkcji. Poza bankiem Millennium nie wydała żadnej liczącej się w Europie korporacji, wartość eksportu sięga zaledwie 28 proc. PKB (w Polsce – 36 proc.). – Nie jesteśmy w stanie konkurować ani z Chinami, ani z Rumunią – mówi Joaquim Biancard Cruz, ekonomista z Banco Portuguęs de Negócios.

Przypadek Portugalii to dla Polski raczej przestroga niż pocieszenie. – Zbyt długo opieraliśmy naszą konkurencyjność na pracochłonnych działach gospodarki – mówi Silvia Sousa, socjolożka z uniwersytetu Minho w Bradze i była doradczyni ministra pracy za rządów lewicy. Obok związkowców na ulicach demonstruje pokolenie 30-latków z dyplomami, którym obiecywano świetlane kariery zaraz po studiach, a dziś nie mogą znaleźć żadnej pracy. Przeprowadzenie reform utrudnia, paradoksalnie, względny dobrobyt i żywe wciąż wspomnienia biedy lat 70. i 80. – Dawniej taki kryzys byłby bardziej dotkliwy i wymusiłby szybsze dostosowanie – mówi Neves.

Portugalia zapatrzyła się w sukcesy transformacji, zamiast skupić się na nowych wyzwaniach. To zdradliwe samozadowolenie zagościło nad Tagiem, gdy tylko kraj zyskał uznanie za granicą. Kiedy na Expo w Lizbonie fetowano 500-lecie odkryć geograficznych da Gamy i Magellana, Portugalia miała podobny poziom długu publicznego jak Polska dzisiaj i tak samo niskie wydatki na badania i rozwój. Zamiast przeć do przodu, Portugalczycy spoczęli na laurach, a wchodząc do strefy euro, nabrali złudnego przekonania, że dalszy wzrost dobrobytu mają zapewniony. – Gdyby Unia była dziś federacją, nie mielibyśmy tak wielkich problemów – pociesza się Biancard Cruz.

Cięcia i przegięcia

Lotnisko w Dublinie od lat uchodziło za ciasne i przestarzałe, a przede wszystkim nie licowało z najprężniejszą gospodarką Europy. Postawiono więc nowy terminal, futurystyczną budowlę rodem z Dubaju, z którym Dublin utrzymuje bezpośrednie połączenie lotnicze. Ale zanim ją ukończono, ruch pasażerski spadł o 5 mln osób i nie zapełni nawet starego terminalu, a całe lotnisko wygenerowało pół miliarda euro długów. Otwarcie w listopadzie 2010 r. zbiegło się z wizytą delegacji Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), która miała ustalić wysokość pożyczki ratunkowej dla rządu w Dublinie. Trzy dni później na kraj spadł topór ostrych cięć budżetowych i podwyżek podatków.

Nie tylko Donald Tusk chciał kilka lat temu budować drugą Irlandię. W ostatniej dekadzie każdy kraj na dorobku marzył, by powtórzyć sukces Celtyckiego Tygrysa, bo Irlandia dowiodła, że można przegapić powojenny boom, zaliczyć masową emigrację, a mimo to w półtorej dekady wydobyć się z biedy i jeszcze wyprzedzić czołówkę państw europejskich. O irlandzkim cudzie zaświadczały liczby: spadek biedy z 15 do 5 proc., bezrobocia z 17 do 4,5 proc., średni wzrost na poziomie 7 proc. PKB. Na wyspę zjechały światowe korporacje, by eksportować z Irlandii swoje towary: Microsoft postawił fabrykę Windowsów, Intel zaczął robić procesory, Pfizer produkować Viagrę.

Ale w kolejnej dekadzie nastała era taniego pieniądza i Irlandia wzorem Ameryki rzuciła się w budownictwo. Deweloperzy budowali jak opętani, ceny domów w Dublinie wystrzeliły o 519 proc., a państwo uzależniło się od wpływów z handlu nieruchomościami. Gospodarka rosła 11 proc. rocznie, choć z trendu wynikało tylko 5 proc. Gdy w 2008 r. ceny nieruchomości zaczęły spadać, a banki wpadły w kłopoty, rząd podjął fatalną decyzję: od ręki dał im pełne gwarancje. Anglo-Irish Bank, główna instytucja finansująca ekscesy irlandzkich deweloperów, udzielił im pożyczek na równowartość ponad połowy irlandzkiego PKB. Państwo nie wiedziało, co gwarantuje, bo nie sprawowało nad bankami należytego nadzoru.

Światło w tunelu

W rezultacie koszt ratowania Anglo-Irish wzrósł z planowanych 4,5 do 35 mld euro, które obciążyły budżet państwa. Jeden wielki bankrut byłby jeszcze do udźwignięcia, gdyby nie kolejne banki, tym razem detaliczne. Je także Dublin musiał znacjonalizować, w Irlandii rośnie bowiem liczba niespłacanych kredytów hipotecznych. Skutki przeinwestowania widać nawet w sercu Dublina. W miejscu dawnych doków na północnym brzegu rzeki Liffey błyszczą nowiutkie biura i apartamentowce. Tuż obok sterczy siedmiopiętrowy szkielet z betonu, niedoszła siedziba Anglo-Irish Bank.

Pół miliona ludzi bez pracy to szok dla kraju, który jeszcze niedawno cieszył się pełnym zatrudnieniem. Irlandczykom przypomina się stagnacja lat 80., kiedy bezrobocie sięgało 17 proc., a u szczytu beznadziei z kraju wyjeżdżało 50 tys. osób rocznie. Większość Irlandczyków zbiedniała. W ciągu pierwszych dwóch lat kryzysu oszczędności gospodarstw domowych skurczyły się o połowę, zmalały pensje, a wraz z nimi konsumpcja. Jedyne, co nie zmalało, to raty kredytów – wiele rodzin zostało z długami przekraczającymi wartość rynkową ich mieszkań i domów.

Z brutalnych oszczędności cieszą się ekonomiści. W przeciwieństwie do banków realna gospodarka jest bowiem zdrowa, potrzebuje tylko, by Irlandia odzyskała konkurencyjność, a to dzieje się właśnie poprzez spadek cen towarów i kosztów pracy. W ślad za Google do Irlandii ściągają kolejne firmy internetowe, miejscowe zaczynają z powrotem zatrudniać. Ale sektor budowlany, skąd pochodzi większość bezrobotnych, nie odżyje – przyjezdni budowlańcy, w tym wielu Polaków, będą musieli wrócić do siebie, miejscowi muszą zmienić zawód. Irlandia obiecuje już wcześniejszą spłatę pożyczek od Unii i MFW. Niestety jako jedyna wśród peryferyjnych państw strefy euro.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną