Od pożaru do pożaru
Od dwóch lat Europejski Bank Centralny gasi pożary w całej strefie euro. Od roku politycy i ekonomiści apelują, by zaczął drukować pieniądze na wzór Rezerwy Federalnej. Ale czy to ocali unię walutową?
Siedziba Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie nad Menem
Kai Pfaffenbach/Reuters/Forum

Siedziba Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie nad Menem

Polityka

Na trawniku przed siedzibą Europejskiego Banku Centralnego (EBC) stoi wielki neon z błękitnym symbolem euro. Poza tym wieżowiec w centrum Frankfurtu nie wyróżnia się niczym szczególnym, wejście jest dyskretne, tylko kontrole bezpieczeństwa drobiazgowe. W EBC pracuje 1500 osób, pracownicy banku płacą unijne podatki, ale tylko członkowie zarządu są urzędnikami Unii Europejskiej i dysponują paszportami dyplomatycznymi. Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania mają w zarządzie stałe miejsca, dwa pozostałe przypadają rotacyjnie mniejszym krajom. W siedzibie EBC nie ma skarbca, mennicy ani drukarni banknotów, ale jest to najważniejsze: serwery, za pomocą których prowadzi się dziś politykę monetarną.

W każdy pierwszy czwartek miesiąca na 36 piętrze zbiera się Rada Prezesów, by podjąć decyzję o wysokości stóp procentowych. Tradycja nakazuje jednomyślność, w najgorszym razie konsens, a werdykt ogłasza prezes EBC, który po posiedzeniu udaje się na konferencję prasową. Inaczej niż amerykańska Rezerwa Federalna (FED), która pożądany poziom stóp procentowych osiąga poprzez zakup i sprzedaż obligacji skarbu USA, EBC realizuje politykę monetarną, zwiększając lub zmniejszając pożyczki dla banków komercyjnych. Ale tzw. operacje otwartego rynku nie służą tylko regulacji stóp procentowych – od trzech lat służą także stabilizacji strefy euro, choć EBC nie ma oficjalnie takiego mandatu.

Formalnie bankiem centralnym strefy euro jest tzw. Eurosystem, czyli 17 narodowych banków centralnych państw eurolandu oraz EBC w roli koordynatora. EBC jest głową Eurosystemu, ale sam niewiele znaczy: cały Eurosystem ma ponad 130 mld euro kapitału, tymczasem EBC zaledwie 10 mld i należy w całości do narodowych banków centralnych. To ich prezesi wraz z zarządem EBC (Rada Prezesów) ustalają wspólną politykę monetarną, oni trzymają rezerwy walutowe (656 mld euro) i biją monety euro, choć obie funkcje wykonują wedle zaleceń EBC. W gestii tego ostatniego leży druk banknotów euro i wykonywanie zadań banku centralnego dla całej strefy.

A te są cztery: realizacja polityki monetarnej, prowadzenie operacji walutowych, zarządzanie rezerwami i czuwanie nad sprawnym działaniem systemów płatniczych. W odróżnieniu od amerykańskiego FED, który musi dbać jednocześnie o silny pieniądz i pełne zatrudnienie, EBC ma tylko jeden cel: zapewnić stabilność cen. Taki był warunek przystąpienia Niemiec do unii walutowej: euro miało być równie stabilne jak marka, a wspólny bank centralny równie bezwzględny w zwalczaniu inflacji jak Bundesbank. EBC miał być jego wierną kopią, dlatego siedzibę umieszczono też w tym samym mieście, Frankfurcie nad Menem. Niemiec nie był jeszcze jego prezesem, ale zwykle pełnił nieformalną funkcję głównego ekonomisty.

Miliardy dla Grecji

W sierpniu 2008 r. EBC jako pierwszy bank centralny odczytał zapowiedź kryzysu finansowego. W Ameryce nikomu nie śniło się jeszcze bankructwo Lehman Brothers, ale w Europie zaczynało już brakować kapitału, bowiem banki bały się pożyczać sobie nawzajem i tak jak dzisiaj gromadziły gotówkę na wypadek, gdyby same wpadły w tarapaty. EBC jeszcze przed FED zaoferował bankom strefy euro nieograniczony dostęp do kapitału, by nie dopuścić do zamarcia rynku międzybankowego. Gdy Lehman w końcu upadł, EBC w takt z innymi bankami centralnymi obniżył stopy procentowe, by złagodzić wpływ suszy kredytowej na globalną gospodarkę. Ale to był dopiero początek.

Dwa lata później kłopoty dotarły do Europy w postaci kryzysu zadłużeniowego, a ówczesny prezes EBC musiał zmierzyć się z własnym odpowiednikiem Lehmana, czyli bankrutującą Grecją. To Jean-Claude Trichet w maju 2010 r. ostrzegł unijnych przywódców, że na Atenach się nie skończy, i skłonił Angelę Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego, by rozłożyli nad strefą euro parasol finansowy, który odstraszy spekulantów. Pamiętny szczyt w Brukseli skończył się powołaniem Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej (EFSF – patrz ramka), ale sam EBC zrobił coś o wiele bardziej przełomowego: dzień po szczycie zaczął hurtowo skupować obligacje Grecji, Portugalii i Irlandii.

Dlaczego przełomowego? Bo według traktatów unijnych bankowi nie wolno pożyczać rządom strefy euro ani refinansować ich długów. By ominąć ten przepis, bank skupował obligacje na rynku wtórnym, czyli nie od samych rządów, tylko od banków. Oficjalnie cel operacji był dwojaki: powstrzymać wzrost oprocentowania długu Irlandii i Portugalii, który groził niewypłacalnością tych krajów, i wesprzeć tamtejsze banki, które miały kłopot ze zbyciem rodzimych obligacji. Ale był jeszcze cel trzeci: umożliwić francuskim i niemieckim bankom pozbycie się toksycznych papierów. Dlatego EBC skupował greckie obligacje także po przyjęciu przez Ateny pakietu ratunkowego.

Bank wydał na te zakupy 80 mld euro, a Irlandia i Portugalia i tak musiały pójść po pomoc do EFSF. Obligacji samej tylko Grecji EBC nakupił za 45 mld euro, a kolejne 90 mld euro w greckich papierach przyjął jako zabezpieczenie pożyczek tamtejszych banków, ratując je w ten sposób przed utratą płynności. Greckie obligacje już wtedy miały status śmieciowy, więc EBC musiał zawiesić dla nich wymóg minimalnego ratingu BBB-. Bank w wielkim stylu włączył się w ratowanie peryferyjnych krajów strefy euro, ale decyzja w tej sprawie wywołała rozłam w EBC. W proteście przeciwko kupowaniu obligacji do dymisji podał się prezes Bundesbanku i murowany kandydat na następcę Tricheta Axel Weber.

Jesteśmy bez zarzutu

Niemcy do dziś mają za złe Francuzowi, że EBC wyszedł poza politykę monetarną, a swoimi „działaniami niestandardowymi” naraża strefę euro na wybuch inflacji. Zakupy obligacji i zastrzyki płynności wymagają tworzenia nowego pieniądza, a to prosta droga do spadku wartości wspólnej waluty, argumentują niemieccy ekonomiści. „Nasze świadectwo z zapewniania niskiej inflacji jest bez zarzutu! Bez zarzutu!” – grzmiał Trichet krótko przed swoim odejściem, gdy niemiecki dziennikarz ośmielił się zapytać, czy EBC nie staje się tzw. złym bankiem do składowania toksycznych aktywów strefy euro. I rzeczywiście: w ciągu 12 lat istnienia euro średnia inflacja wynosiła 1,55 proc. rocznie.

Tym, co tak naprawdę niepokoi Niemców, jest porzucenie modelu Bundesbanku i upodobnienie się EBC do anglosaskich banków centralnych. To FED od 2008 r. przoduje w skupowaniu obligacji własnego rządu w nadziei, że nowy pieniądz nakręci koniunkturę, a inflacja pożre dług publiczny. Bank Anglii (BOE) rozpoczął jesienią kolejną rundę zakupów brytyjskich obligacji za kwotę 75 mld funtów, by wesprzeć słabnące ożywienie. Ale EBC w odróżnieniu od FED i BOE sterylizuje swoje interwencje, czyli przyjmuje od banków depozyty na tę samą kwotę, którą uprzednio wytworzył, by kupić obligacje. Dzięki temu ilość pieniądza w obiegu pozostaje taka sama i nie ma ryzyka inflacji.

Trichet musiał skupować obligacje, bo Grecji, Irlandii i Portugalii groziła utrata płynności, a przywódcy eurolandu potrzebowali czasu na uchwalenie pakietów ratunkowych. Krytycy EBC mają mu za złe, że wkroczył w politykę fiskalną, ale strefa euro nie posiada ministerstwa ani funduszu, które mogłyby dokonać podobnej interwencji. Powołany w 2010 r. EFSF miał tylko wypłacać pakiety ratunkowe, więc w lipcu ubiegłego roku politycy postanowili go powiększyć i wyposażyć w nowe uprawnienia, w tym w prawo zakupu obligacji państw strefy euro, by ECB nie musiał tego już robić. Ale reforma EFSF utknęła podczas ratyfikacji w parlamentach narodowych, tymczasem kryzys ogarniał kolejne kraje.

W sierpniu ubiegłego roku spekulanci po raz pierwszy wzięli na celownik Włochy i Hiszpanię. Trichetowi nie pozostało nic innego, jak ponownie uruchomić program zakupu obligacji: w pół roku EBC skupił włoskie i hiszpańskie papiery za kolejne 130 mld euro. Mimo to koszty obsługi długów obu krajów nie przestały rosnąć i w listopadzie rentowność obligacji Włoch i Hiszpanii otarła się o poziom 7 proc., przy którym wcześniejsi bankruci występowali o pomoc. To wtedy nasiliły się apele polityków i ekonomistów, by EBC rozpoczął nieograniczone zakupy długu państw dotkniętych kryzysem. Jednak zarówno Trichet, jak i jego następca Mario Draghi stanowczo się temu sprzeciwiają.

Podzielony bank

Strefa euro stoi na krawędzi, tymczasem we Frankfurcie pnie się w górę nowa siedziba EBC. Dwie wieże rosną w tempie jednego piętra na tydzień, w sumie pięter ma być ponad 40, wszyscy pracownicy banku trafią pod jeden dach, a oba wieżowce połączy zabytkowa hala targowa. Z perspektywy ostatnich zakupów EBC koszt nie wydaje się zbyt wygórowany: 850 mln euro. Decyzję o budowie podjęto przed kryzysem, budynek ma zostać oddany do użytku w połowie 2014 r., więc klucze odbierze już Draghi, który w listopadzie zastąpił Tricheta w fotelu prezesa. Włoch uchodzi za pogromcę inflacji, ale już w pierwszych dniach urzędowania musiał wykazać się talentem do zarządzania kryzysowego.

To on na początku grudnia skłonił przywódców strefy euro do rozpoczęcia prac nad paktem fiskalnym, dając do zrozumienia, że jeśli rządy narzucą sobie dyscyplinę budżetową, bank zwiększy swoje zakupy obligacji. Nie zawahał się też obniżyć stóp procentowych i uruchomić programu nieograniczonych pożyczek dla banków, które do końca roku wzięły z EBC prawie pół biliona euro. Odmówił jednak ratowania zagrożonych państw – Draghi wie, że tylko on ma dziś dość pieniędzy, by ocalić strefę euro przed rozpadem, ale nie zaryzykuje wiarygodności banku centralnego, jeśli rządy nie spełnią najpierw swoich obietnic. Co nie znaczy, że nie ruszy na pomoc, gdyby strefa euro zaczęła się nagle walić.

Trichetowi udało się uniknąć katastrofy na miarę Lehman Brothers, ale Draghi może nie mieć tyle szczęścia. Ogłoszenie niewypłacalności Grecji jest już tylko kwestią czasu, ale nikt nie wie, jakie będą jej następstwa. W Europie nie mówi się o tym głośno, ale wszyscy boją się tego samego: zapaści europejskich banków i wciągnięcia Włoch w wir niewypłacalności. Nawet powiększony EFSF nie jest w stanie zaspokoić potrzeb pożyczkowych tak dużego kraju, pomimo apeli EBC i Międzynarodowego Funduszu Walutowego rządy ociągają się też z dokapitalizowaniem banków.

Misję Draghiego komplikuje fakt, że dziedziczy głęboko podzielony EBC. Niemców udało się kilka razy przegłosować, ale Włoch musi zdobyć ich zaufanie, zanim zgodzą się na działania ratunkowe na wielką skalę. Nowy prezes będzie musiał scalić, ale też zreformować EBC, bo kryzys dowiódł, że antyinflacyjny mandat banku jest zbyt wąski. Strefę euro ocalić mogą tylko jej przywódcy, pokazując, że dla ratowania wspólnej waluty są gotowi poświęcić narodową politykę fiskalną. Trichet został wyśmiany, gdy pół roku temu wezwał do utworzenia unijnego ministerstwa finansów, ale jeśli Draghi ma za trzy lata wciąż być prezesem EBC, taka instytucja będzie musiała powstać. I to szybko.

Abecadło na kryzys

W odpowiedzi na kryzys strefa euro stworzyła gąszcz funduszy i programów, które ratują państwa dotknięte kłopotami finansowymi. Oto trzy najważniejsze:

SMP

Program Rynków Obligacji (Securities Markets Programme) to fundusz ratunkowy Europejskiego Banku Centralnego, w ramach którego EBC skupuje obligacje państw dotkniętych kryzysem, żeby złagodzić wzrost ich oprocentowania. Do końca 2011 r. EBC ulokował w nich 210 mld euro, przy czym ponad jedną trzecią stanowiły papiery Grecji, Irlandii i Portugalii, co czyni EBC największym pojedynczym wierzycielem tych państw.

EFSF

Europejski Fundusz Stabilności Finansowej (European Financial Stability Facility) to instytucja z siedzibą w Luksemburgu, powołana w maju 2010 r. przez ministrów finansów państw strefy euro. Jej zadaniem jest gromadzenie funduszy na pomoc dla krajów eurolandu dotkniętych trudnościami z obsługą długu publicznego. W tym celu może emitować obligacje gwarantowane przez państwa eurolandu do kwoty 780 mld euro. Pierwszym krajem, który skorzystał z EFSF, była Irlandia.

ESM

Europejski Mechanizm Stabilności (European Stability Mechanism) to stały program ratunkowy, który od tego roku zastąpi EFSF. W odróżnieniu od dotychczasowych programów ESM zakłada, że w przypadku państw niewypłacalnych część kosztów pomocy poniosą prywatni wierzyciele. Inaczej mówiąc, warunkiem udzielenia pomocy będzie restrukturyzacja długu.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną