Krezusi w kryzysie
Bernard Madoff okradł tysiące ludzi, Warren Buffett uratował wielkie firmy przed bankructwem. Bogacze zyskali w kryzysie dwuznaczną sławę. Także dlatego, że po drodze dalej się bogacili.
Krezusi starzy, Warren Buffett.
Mustafa Quraishi/AP Photo/EAST NEWS

Krezusi starzy, Warren Buffett.

Krezusi dawni. John Rockefeller z rodziną (ok. 1930 r.)
Corbis, Image Bank/Flash Press Media

Krezusi dawni. John Rockefeller z rodziną (ok. 1930 r.)

Krezusi obecni, Bill Gates.
Michael Kappeler/DPA/PAP

Krezusi obecni, Bill Gates.

Krezusi młodzi, Mark  Zuckerberg.
Markham Johnson/Polaris/EAST NEWS

Krezusi młodzi, Mark Zuckerberg.

Polityka

Więzień numer 61727-054 z zakładu karnego w Butner w Kalifornii chętnie udziela wywiadów. „Czuję się tu bezpieczniej niż na zewnątrz. Mam z kim rozmawiać, nie muszę podejmować żadnych decyzji. Przez 20 lat żyłem w ciągłym strachu, że mnie aresztują” – mówił w październiku w rozmowie z Barbarą Walters z ABC News. „Jednym z problemów mojego życia w więzieniu jest to, że mam dużo czasu na myślenie” – wyznał niedawno Dianie Henriques z „New York Timesa”. 73-letni Bernard Madoff wie, że umrze za kratami – jego planowy termin zwolnienia to 14 listopada 2139 r. Sędzia skazał go na 150 lat więzienia i przepadek 170 mln dol. majątku. Taką karę wymierzył za największy przekręt finansowy w historii Stanów Zjednoczonych.

Zanim wpadł, Madoff był podziwianym finansistą, byłym dyrektorem giełdy Nasdaq i znanym nowojorskim filantropem. Słynął z niesłychanego talentu do pomnażania pieniędzy, swoje fortuny powierzali mu dziedzice bogatych rodzin, szacowne uniwersytety, znane fundacje, a nawet wielkie banki. Przez 20 lat wypłacał sute zyski, aż kryzys amerykański z 2008 r. obnażył tajemnicę jego sukcesu: piramidę finansową, gdzie wpłaty od kolejnych inwestorów szły na wypłaty dla tych poprzednich. Madoff oszukał 16 tys. osób na kwotę 18 mld dol. Syn, którego także zrujnował, popełnił samobójstwo, żona poprosiła o separację. Madoff wciąż utrzymuje, że rodzina nic nie wiedziała o malwersacjach, zza krat oskarża za to banki, które według niego musiały domyślać się przekrętu.

Od trzech lat bogacze mają w Ameryce fatalną prasę. Kilku oszustów jak Madoff wylądowało za kratami, bankierzy z Wall Street narazili się bezwstydnymi premiami, nawet uczciwi milionerzy są na celowniku Oburzonych za płacenie minimalnych podatków. Tylko nieliczni poczuwają się do współodpowiedzialności za kryzys finansowy i nierówności społeczne. Warren Buffett zainwestował w bank Goldman Sachs i koncern General Electric w środku paniki giełdowej po upadku Lehman Brothers, gdy wszyscy sprzedawali akcje. Stracił na tym 25 mld dol., ale uratował dwie wielkie firmy przed bankructwem. Od lat zajmuje się też filantropią na wielką skalę, od niedawna wzywa też do opodatkowania najbogatszych, by łożyli więcej na tych najbiedniejszych. Z mizernym skutkiem.

3 mln milionerów

Dla amerykańskich miliarderów Gwiazdka w 2011 r. przyszła już na początku jesieni. 22 września „Forbes” ogłosił ranking 400 najbogatszych Amerykanów i jak co roku w kilkuset gabinetach z przejęciem kartkowano listę: kto nie był na niej w zeszłym roku, patrzył, czy tym razem zdołał się dostać, kto już na nią trafił, sprawdzał, kogo wyprzedził. Telewizje biznesowe porównywały rozmiary fortun i fetowały ich właścicieli, jakby wygrali olimpiadę. Bo w kraju rzekomo nieskończonych możliwości pomnażanie milionów jest narodowym sportem i choć uprawia go niewielka grupa ludzi, zwycięzców uważa się za bohaterów i autorytety.

Na szczycie nie było niespodzianek: najbogatszy jest wciąż założyciel Microsoftu Bill Gates (59 mld dol.), drugi na liście pozostaje legendarny inwestor Warren Buffett (39 mld dol.), trzeci jak przed rokiem jest prezes firmy informatycznej Oracle Larry Ellison (33 mld dol.). Dalej przemysłowcy Charles i David Kochowie (po 25 mld dol.) oraz rodzeństwo Waltonów, troje dzieci założyciela sieci supermarketów Wal-Mart (łącznie 66,5 mld dol.). W pierwszej dziesiątce pojawiła się tylko jedna nowa twarz, której można się było jednak spodziewać: na siódme miejsce listy „Forbesa” wskoczył spekulant George Soros (22 mld dol.).

Mimo spadków na giełdzie i wzrostu bezrobocia 400 najzamożniejszych Amerykanów wzbogaciło się średnio o 12 proc. Najwięcej – całe 10,6 mld dol. – przybyło twórcy Facebooka Markowi Zuckerbergowi (17,5 mld dol.). Jego firma nie weszła jeszcze na giełdę, ale od 2010 r. jej szacowana wartość wzrosła trzykrotnie, a wraz z nią majątek założyciela, który rzutem na taśmę wszedł do pierwszej dwudziestki „Forbesa”. Soros awansował, bo ujawnił nieznane wcześniej udziały we własnych funduszach inwestycyjnych, ale Buffett już zbiedniał, choć nie na tyle, by wypaść w rankingu.

Amerykańscy miliarderzy to elita największej na świecie populacji milionerów. Według raportu Capgemini i Merrill Lynch, w USA żyje dziś 3,1 mln osób z majątkiem przekraczającym milion dolarów, a 40 tys. Amerykanów ma więcej niż 30 mln dol. Bankierzy, którzy polują na ich kapitał, nie nazywają ich milionerami, tylko osobami o wysokiej wartości netto (high net worth individuals). Tylko w 2010 r. łączny stan posiadania tej grupy wzrósł o 967 mld dol. Dla porównania: PKB Polski wyniósł w tym czasie 468 mld dol.

Polowanie na puszczyka

Doroczne święto milionerów popsuł ogłoszony tydzień wcześniej przed listą „Forbesa” raport amerykańskiego Biura ds. Cenzusu. Wynika z niego, że podczas gdy krezusi spokojnie się bogacili, reszta Amerykanów gwałtownie biedniała. Po dwóch latach wysokiego bezrobocia aż 15 proc. obywateli żyje poniżej progu ubóstwa, najwięcej od rozpoczęcia statystyk w 1959 r. Na 46 mln ubogich Amerykanów 2,6 mln popadło w biedę w minionym roku. Jednoczesny wzrost ubóstwa i bogactwa unaocznia to, co socjologowie mówią od dawna: amerykańskie społeczeństwo gwałtownie się rozwarstwia. A ekonomiści dodają: system podatkowy walnie się do tego przyczynia.

Milionerzy mają w Ameryce jak w raju. Jeszcze w 1963 r. płacili podatek dochodowy według stawki 91 proc., ale dziś najwyższy próg wynosi 35 proc., których i tak nie płacą, bo większość ich dochodów to zyski kapitałowe, opodatkowane na 15 proc. W rezultacie najbogatszy promil Amerykanów zarabia dzisiaj średnio 3,9 mln dol. rocznie, czyli ponad trzy razy tyle co w 1985 r., a 80 proc. wzrostu dochodów na przestrzeni ostatnich 20 lat przypadło na najbogatszy 1 proc. społeczeństwa. Jakby tego było mało, najbogatszych 5 proc. Amerykanów kontroluje dziś 60 proc. kapitału i zgarnęło 80 proc. zysków z inwestycji w latach 1983–2009.

Buffett uderzył się w piersi już pół roku temu na łamach „New York Timesa”. „Gdy większość Amerykanów walczy, by związać koniec z końcem, my, megabogaci, dalej korzystamy z naszych obniżek podatkowych” – napisał. Sam miliarder zapłacił w 2010 r. 6,9 mln dol. podatku według stawki 17,4 proc., podczas gdy jego własnym pracownikom potrącono średnio 36 proc. dochodu. „Te i inne błogosławieństwa zawdzięczamy prawodawcom w Waszyngtonie, którzy czują się w obowiązku nas chronić, jakbyśmy byli puszczykiem plamistym albo innym zagrożonym gatunkiem. (...) Większość z nas nie ma nic przeciwko temu, by płacić wyższe podatki” – dodał.

Barack Obama poszedł za ciosem już we wrześniu. Naciskany przez republikanów, by ogłosił swój plan ograniczenia deficytu budżetowego, zapowiedział opodatkowanie najbogatszych według tzw. reguły Buffetta: milionerzy nie będą mogli korzystać z niższych stawek podatkowych niż rodziny z klasy średniej. Populistyczny chwyt miał podreperować notowania prezydenta przed tegorocznymi jesiennymi wyborami i sparaliżować republikańską opozycję, która za kadencji George’a Busha uchwaliła obniżkę podatków dla bogatych. „Sekretarka Warrena Buffetta nie może płacić wyższej stawki niż Warren Buffett” – ogłosił Obama.

Pracujący bogacze

Bill Gates od 18 lat jest najzamożniejszym człowiekiem w Ameryce, ale nigdy nie dorównał najbogatszemu Amerykaninowi w dziejach. Za życia John D. Rockefeller był tylko milionerem, ale w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze jego majątek byłby wart 320 mld dol., czyli sześciokrotnie więcej niż to, co zgromadził Gates. Jak większość amerykańskich krezusów z końca XIX w. Rockefeller zbił fortunę metodą rosyjskich oligarchów: założył największy koncern naftowy, po czym zmonopolizował rynek ropy w USA. Na podobnych zasadach – a raczej braku zasad – powstały fortuny stalowe Carnegiech, kolejowe Vanderbiltów czy finansowe Morganów.

Dziś kokosy są mniejsze, za to zbija się je w bardziej cywilizowany sposób. Wyjątkowość fortuny Gatesa polega na tym, że była pierwszą opartą na czystej innowacji, czyli takiej, która nie wymagała kapitału początkowego. W podobny sposób miliardów dorobił się Steve Jobs z Apple’a, Larry Page i Siergiej Brin z Google’a czy ostatnio Zuckerberg od Facebooka. Żadna z tych fortun nie powstałaby oczywiście bez giełdy i to dzięki niej wynalazcy dosłownie z dnia na dzień zostają dziś miliarderami. Błyskawicznych krezusów łączy coś jeszcze: często nie ukończyli szkół. Dewiza bogaczy nie brzmi już „od pucybuta do milionera”, tylko „od wagarowicza do miliardera”.

Jeszcze w latach 80. wiodącym źródłem fortun na liście „Forbesa” był przemysł, ale dziś na pierwszym miejscu są finanse i akurat w tej branży metody z czasów Rockefellera kwitną w najlepsze. W ślady Sorosa idzie John Paulson, który na spekulacji w czasie kryzysu finansowego zarobił 2 mld dol., a dziś wbrew wszystkim obstawia ożywienie gospodarcze. Fortuny finansowe powoli ustępują jednak miejsca technologicznym, dlatego też największym skupiskiem milionerów nie jest już Nowy Jork, tylko Kalifornia. Coraz mniej jest też fortun dziedzicznych, a coraz więcej miliarderów, którzy zaczynali od zera.

W odróżnieniu od Carnegiech i Rockefellerów współcześni superbogacze mają silną tożsamość zbiorową i nie powielają wzorca rentierskiej arystokracji. „Członkowie tej grupy to ciężko pracujący, doskonale wykształceni merytokraci, którzy uważają się za zasłużonych zwycięzców ostrej światowej konkurencji” – pisze Chrystia Freeland w miesięczniku „The Atlantic”. „Wielu ma w związku z tym ambiwalentny stosunek do tych, którym nie powiodło się równie wspaniale. Stają się globalną wspólnotą ludzi, których łączy więcej ze sobą nawzajem niż z ich własnymi krajanami. Dzisiejsi superbogacze to w rosnącym stopniu osobna nacja”.

Za dużo pieniędzy

Ze swoim starym Volvem i normalnym domem na przedmieściach Omaha Buffett jest ascetą wśród amerykańskich miliarderów. Paul Allen z Microsoftu kupił sobie wielki jacht, Page z Google’a ma własnego Boeinga, a Jeff Bezos z Amazona poszedł jeszcze dalej i buduje sobie własny prom kosmiczny. Ale już młodzi miliarderzy internetowi zdają się iść za przykładem Jobsa i wystrzegają się oznak nadmiernej konsumpcji. To jeden z powodów, dla których Amerykanie bardziej szanują bogaczy z Kalifornii niż tych z Nowego Jorku. Drugi jest taki, że o ile wynalazki z Doliny Krzemowej bywają przydatne, o tyle bez spekulacji na Wall Street każdy mógłby się dzisiaj obejść.

Miliarderzy mają jeden wspólny kłopot: za dużo pieniędzy. Jak obliczono kilka lat temu, Ellison z Oracle’a musiałby wydawać 30 mln dol. tygodniowo na dobra niezbywalne, aby tylko jego majątek się nie zwiększył. Nikt nie jest w stanie konsumować aż tyle, więc krezusi bogacą się nawet wtedy, gdy o to nie zabiegają. Niektórzy, jak Donald Trump, ulegają pokusie, by ścigać się na wielkość majątków, ale większość idzie w ślady Carnegiego i Rockefellera – obaj na emeryturze zaczęli rozdawać fortuny, by ocalić je przed podatkiem od spadków i zapewnić sobie lepszą sławę wśród potomnych niż ta, którą cieszyli się za życia.

Gates od 2008 r. nie pracuje już w Microsofcie, tylko w fundacji własnego imienia, która sponsoruje amerykańskie szkoły, poszukiwania nowych szczepionek i walkę z biedą. Z 37 mld dol. majątku jest ona dziś największą instytucją filantropijną na świecie i przez sam swój rozmiar przeobraża amerykańską dobroczynność. Badacze mówią o narodzinach filantrokapitalizmu: Gates przenosi do sektora pozarządowego praktyki biznesowe, daje pieniądze na konkretne cele i rozlicza organizacje jak podwykonawców w korporacji. Buffett obiecał Fundacji Gatesów połowę swojego majątku, a wszystko ma zostać wydane w ciągu 50 lat od śmierci fundatorów.

Amerykańscy krezusi uchodzą za szczególnie hojnych, ale badania wykazują, że są proporcjonalnie bardziej skąpi od szeregowych obywateli i mało który pozbywa się większości pieniędzy za życia. Nie wszyscy łożą na cele socjalne. Soros od 20 lat finansuje powstanie sektora pozarządowego w Europie Środkowej, współzałożyciel grupy inwestycyjnej Blackstone Peter Peterson ufundował najważniejszy instytut badań nad globalną gospodarką w Waszyngtonie, a małżeństwo Sandlerów, które założyło, a potem sprzedało bank Golden West, sponsoruje organizację dziennikarstwa śledczego ProPublica, która zdobyła niedawno nagrodę Pulitzera.

Chuchają na plutokratów

Branżą, którą amerykańscy superbogacze finansują najbardziej systematycznie, jest polityka. Prawo ogranicza ilość pieniędzy, jakie można przekazać bezpośrednio na kampanię burmistrza, kongresmena czy prezydenta, ale istnieje wiele sposobów, by obejść te limity, na przykład sponsorując tzw. komitety akcji politycznej danego kandydata. W kraju, gdzie na start w jakichkolwiek wyborach trzeba wyłożyć małą fortunę, a koszty kampanii prezydenckich idą w setki milionów dolarów, miliarderzy są poszukiwanymi zwolennikami. Freeland pisze wprost: „żyjemy w plutokracji, gdzie bogaci dysponują nadmiernymi wpływami politycznymi”.

W ostatnich wyborach prezydenckich podzielili się według stopnia posiadania: szeregowi milionerzy w większości poparli kandydata republikanów Johna McCaina, podczas gdy wielcy miliarderzy, na czele z Sorosem i Buffettem, łożyli na kampanię Obamy. Ale nie wszyscy: bracia Koch, jak wyszło na jaw kilka miesięcy temu, są cichymi sponsorami Partii Herbacianej, która stawia sobie za cel usunięcie Obamy z Białego Domu. Mitt Romney, jego najpoważniejszy rywal w przyszłorocznych wyborach, sam jest milionerem, podobnie zresztą jak urzędujący prezydent, który zbił małą fortunę na swoich książkach biograficznych.

W 2008 r. amerykańscy krezusi mieli jasny motyw, by hołubić swoich kandydatów, bo do następcy Busha należała decyzja o losie wprowadzonych przez niego obniżek podatków dla najbogatszych. W teorii miały one wspomóc gospodarkę w myśl przekonania, że jak bogaci będą więcej konsumować, to biedni też na tym skorzystają. Dziś nawet kongresowe Biuro ds. Budżetu uważa, że to nieskuteczne narzędzie wspierania wzrostu, a ekonomiści widzą w obniżkach jedną z przyczyn nierówności dochodów i deficytu budżetowego. Obama nie zamierzał ich przedłużać, ale opozycja w Kongresie była zbyt silna, poza tym 44 proc. kongresmenów to milionerzy.

Ale pogoda dla bogaczy kończy się nawet w Ameryce. Odkąd Buffett wezwał polityków, by „przestali chuchać na superbogaczy”, republikanom trudno występować w ich obronie, a żaden wściekły miliarder nie odważy się powiedzieć publicznie, że odmawia pomocy tonącemu państwu i biedniejącym współobywatelom. Osobną kwestią jest to, jakie realne wpływy przyniesie wyrównanie podatków dla najbogatszych i ilu z nich ucieknie przed fiskusem za granicę. Jedno jest pewne: jeśli Amerykę dopadnie kolejna recesja, w przyszłym roku obywatele z listy „Forbesa” będą biedniejsi. Ale tylko o kilka miliardów.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną