Nowy, lepszy kapitalizm
To zbyt piękny kryzys, by go zmarnować. Rzeczywiście, trudno o silniejszą zachętę do poprawiania świata niż groźba katastrofy. By jej uniknąć, potrzebny jest jednak gruntowny remont kapitalizmu, gigantycznego silnika poruszającego światową gospodarkę.
Piątkowe popołudnie w jednym z pubów w okolicach londyńskiego City, 2011 r.
Peet Simard/Corbis

Piątkowe popołudnie w jednym z pubów w okolicach londyńskiego City, 2011 r.

Polityka

Historia jest prosta, twierdzi Paul Romer, profesor New York University, jeden z najwybitniejszych współczesnych ekonomistów i uczestnik Europejskiej Konwencji Innowacyjności, która odbyła się w grudniu 2011 r. w Brukseli. Rozwój cywilizacyjny ludzkości sprowadza się do dwóch biegnących równolegle procesów: rozwoju wiedzy i technologii oraz rozwoju instytucji. Gdy ludziom zaczyna brakować niezbędnych zasobów, np. pożywienia, kombinują tak długo, aż znajdą sposób na rozwiązanie ograniczeń. Tak powstają innowacje, czyli nowe, efektywniejsze sposoby wykorzystania tego, co pod ręką. Wystarczyło połączyć dwie tanie substancje, żelazo i węgiel, by wyprodukować o wiele cenniejszą stal. Pojawienie się stali umożliwiło z kolei efektywniejsze wydobywanie węgla i przetwarzanie rud żelaza, w efekcie powstała cała współczesna zaawansowana cywilizacja zdolna wyżywić 7 mld ludzi. Większość z nich żyje w komforcie, o jakim 200 lat temu nie mogli marzyć nawet najbogatsi, pozbawieni choćby dostępu do antybiotyków.

To jednak nie wszystko – machina opartego na innowacjach postępu nieustannie przyspiesza. Dlaczego? Bo wraz z rozwojem przybywa ludzi, zaczynają oni żyć w coraz większym zagęszczeniu, to zaś sprzyja wymianie idei, zachęca do tworzenia nowych i tworzy rynek dla powstających technologii. Ten samonapędzający się mechanizm nie jest jednak perpetuum mobile, wymaga nieustannego oliwienia za pomocą wynajdywania reguł i instytucji sprzyjających rozwojowi. Nie ma lepszej zachęty do innowacji niż impulsy płynące z otwartego rynku. Sam rynek jest jednak bezużyteczny, jeśli jego funkcjonowania nie regulują normy nakazujące np., że należy spłacać zaciągnięte długi i szanować cudzą własność.

Nowa konwergencja

Stwierdzenia banalne, lecz ludzie doszli do nich, pokonując długą drogę usłaną katastrofalnymi nieraz pomyłkami, jak sowiecki komunizm. Każda taka katastrofa i każdy kryzys to nic innego, jak wynik niedostosowania ładu instytucjonalnego do innowacyjnego potencjału ukrytego w ludzkich mózgach, przez co ten najcenniejszy z zasobów marnuje się, zamiast służyć rozwojowi. Dlatego właśnie kryzys to zbyt ważne wydarzenie, by go zmarnować i nie wyciągnąć lekcji, przekonuje Romer. Nie inaczej i tym razem.

Niestety, nie wiadomo, czy mieszkańcy Ziemi na początku drugiej dekady XXI w. okażą się odpowiednio pojętnymi uczniami. Wiadomo jednak, jakie są najważniejsze wyzwania i jakie tendencje, szybko też wypełnia się katalog idei mających zapewnić, że machina cywilizacyjnego rozwoju rozkręci się na nowo. A w zasadzie już się kręci, tylko wymaga odpowiedniego dostrojenia, by nie doprowadzić do katastrofy.

Obecny kryzys ujawnił, że na globalnej szachownicy doszło do historycznej zmiany warty. Lokomotywami dalszego rozwoju, decydującymi o dynamice wzrostu światowej gospodarki, będą kraje rozwijające się. Chiny, Indie, Brazylia, Indonezja odkryły, że to dobra rzecz mieć gospodarki rosnące w tempie blisko 10 proc. rocznie. Oznacza to bowiem, że dochód narodowy podwaja się w mniej niż dekadę, dzięki czemu można nadrabiać zaległości w infrastrukturze, budując drogi, szkoły i szpitale. Jednocześnie miliony bogacących się Chińczyków, Brazylijczyków i mieszkańców Indii zasilają szeregi klasy średniej, a ich ambicją nie jest już jakiekolwiek zatrudnienie w neokolonialnym sweatshopie, lecz praca lub biznes zapewniające kupno wygodnego mieszkania, wykształcenie dzieci w dobrych szkołach i konsumpcyjny najczęściej styl życia.

To zmiana w wymiarze globalnym trwała i nieodwracalna, nawet jeśli któraś ze wzrastających nowych potęg potknie się po drodze, przekonuje Michael Spence, amerykański ekonomista i laureat Nagrody Nobla. Świat wkroczył w decydującą fazę konwergencji, czyli zmniejszania się rozwojowego dystansu między krajami rozwiniętymi a rozwijającymi się, przekonuje w książce pt. „Następna konwergencja. Przyszłość wzrostu gospodarczego w świecie wielu prędkości”. Nowa faza konwergencji polega m.in. na tym, że globalne korporacje, przenosząc swoje fabryki do krajów rozwijających się, w coraz mniejszym stopniu kierują się motywem taniej siły roboczej, lecz coraz bardziej przyciąga ich rosnąca siła nabywcza.

Jeff Immelt, prezes General Electric, największego konglomeratu przemysłowego na świecie, pytany, dlaczego zamyka fabryki w USA, odpowiada, że biznes musi być blisko rynku. Najnowszy, styczniowy numer „Harvard Business Review” analizuje biznesowe strategie dla „konwergentnego świata”. GE specjalizuje się m.in. w produkcji sprzętu medycznego, menedżerowie firmy odkryli jednak, że niezależnie od marketingowych wysiłków nie wcisną Hindusom elektrokardiografów po 5 tys. dol. za sztukę, jakie bez oporu kupowały szpitale na Zachodzie. Dlatego też działający w Indiach dział badawczo-rozwojowy dostał zadanie dostosowania produktu tak, by nie tracąc swych funkcji odpowiadał możliwościom finansowym rynków rozwijających się. Tak powstało urządzenie za 500 dol.

Co jednak ciekawe, spotkać je można nie tylko w indyjskich wioskach – 40 proc. nowego, tańszego modelu sprzedaje się w Europie. Proste studium przypadku z biznesowego magazynu niesie niezwykle ważne informacje. Dynamiczne rynki krajów rozwijających się będą nie tylko kreowały tak potrzebny dla wzrostu gospodarczego popyt, lecz także staną się źródłem innowacji, czyli nowych produktów, modeli biznesowych, wzorów konsumpcji i stylów życia. Wiele z nich na skutek globalizacji trafi, podobnie jak tanie elektrokardiografy z Indii, na rynki krajów rozwiniętych. Konwergencja jest więc szansą, lecz także wyzwaniem.

Rośnie zbiorowy mózg

Wyzwaniem najważniejszym jest pogodzenie rozwoju cywilizacyjnego z możliwościami ziemskiego ekosystemu. W 2050 r. na Ziemi mieszkać będzie 9,5 mld ludzi (choć może być i o miliard więcej). 2,5 mld nowych konsumentów i rosnący apetyt znacznej części dotychczasowych oznacza, że w ciągu najbliższych 40 lat zapotrzebowanie na żywność wzrośnie o 70 proc., zmieni się jednak struktura spożycia – bogatsi jedzą więcej mięsa, którego produkcja będzie musiała się podwoić. Już jednak do 2035 r., kiedy ludzi będzie „jedynie” o 1,7 mld więcej, liczba samochodów osobowych podwoi się do ok. 1,7 mld pojazdów, a łączne zużycie energii wzrośnie o 30 proc. Nie wolno przy tym zapominać o konwergencji – 90 proc. tego wzrostu pochodzić będzie z krajów rozwijających się, w 2035 r. Chiny jako największy konsument energii zużywać jej będą o 70 proc. więcej od drugiego kandydata na podium, Stanów Zjednoczonych.

Żeby sprostać tym oczekiwaniom, globalna infrastruktura energetyczna, jak szacuje Międzynarodowa Agencja Energetyczna, wymaga do 2035 r. inwestycji rzędu, bagatela, 38 bln dol. Kapitał nie jest problemem, za to już w 2030 r., żeby zaspokoić wszystkie apetyty w obecnym modelu gospodarczym i konsumpcyjnym, przydałaby się druga Ziemia. Wniosek stąd prosty, że kapitalizmu, jaki znamy, nie da się utrzymać. Czy można wymyślić nowy, lepszy kapitalizm, który kosztów aktualnego rozwoju nie przerzuca na środowisko i przyszłe pokolenia? Pomysłów nie brakuje, podejmowane są konkretne próby remontowania gospodarczego silnika.

Nie powinno zabraknąć innowacji technologicznych, rozwiązujących konkretne problemy. Dzięki efektowi konwergencji oraz rewolucji internetowej wielkość „zbiorowego mózgu” wzrosła do skali globalnej. Źródłem nowych idei i technologii nie są już tylko laboratoria przedsiębiorstw i uniwersytety, lecz organizujący się w sieci wolontariusze. Koncern Procter&Gamble ponad połowę nowych rozwiązań znajdujących komercyjne zastosowanie czerpie z platformy internetowej Innocentive. To serwis, na którym P&G ogłasza interesujące firmę problemy, zapraszając do ich rozwiązania ochotników z całego świata. Jak zauważa „Harvard Business Review”, o kondycji firmy na rynku w coraz większym stopniu decyduje jej zdolność do kooperacji, zarówno z konsumentami, jak i innymi uczestnikami rynku, drapieżna konkurencja staje się coraz mniej efektywna.

Michael Porter, amerykański guru w dziedzinie zarządzania, przekonuje, że w dzisiejszym kontekście rozwojowym firmom bardziej opłaca się działać posługując kategorią tzw. wartości dzielonej, a nie bezpośredniego zysku. Przykładem takiego działania może być strategia firmy Nestlé, właściciela marki Nespresso. Jedną z podstaw jej sukcesu jest kawa. Można ją kupować tradycyjnie na światowym rynku, nie wnikając w los dostawców, najczęściej drobnych plantatorów z krajów rozwijających się. Najczęściej klepią oni biedę, są wystawieni na kaprysy pogody i fluktuacji na rynku. Ludzie z Nestlé stwierdzili, że wszystkim opłaci się inny układ – stworzenie sieci bezpośredniej współpracy z plantatorami. Ci, mając gwarancje zbytu na określonych warunkach, mają też bodźce, by modernizować swoje plantacje, zwiększając ich wydajność. Nestlé z kolei zyskuje gwarancje stabilnych dostaw kawy o wymaganej jakości. Jak widać, koncepcja wartości dzielonej nie unieważnia kategorii zysku, przeciwnie, prowadzi do tego, że w wyniku współpracy zyskuje więcej graczy.

Przyszłość historii

Znowu należy pamiętać o efekcie konwergencji. Rozwój Chin jest głównym motorem wzrostu zużycia energii na świecie, co przekłada się na wzrost zużycia paliw kopalnych i degradację środowiska. Chińczycy są jednak coraz bardziej świadomi negatywnych konsekwencji swojego wzrostu, dlatego też Państwo Środka jest dziś także największym inwestorem w nowe, zielone technologie wytwarzania energii, a infrastruktura energetyczna tego kraju jest już nowocześniejsza niż choćby w Stanach Zjednoczonych. W rezultacie Chiny wysuwają się na pozycję światowego lidera, jeśli chodzi o wytwarzanie turbin wiatrowych i paneli słonecznych.

Na regeneracyjny i innowacyjny potencjał kapitalizmu można więc liczyć, ciągle jednak, nawet w nowej, lepszej wersji, będzie on tylko kapitalizmem, czyli systemem, w którym ostatecznym arbitrem decydującym o rozwojowej dynamice jest kapitał i efektywność jego akumulacji. Na tę właściwość zwraca uwagę Francis Fukuyama w najnowszym, styczniowym numerze magazynu „Foreign Affairs”. Amerykański politolog zasłynął w 1989 r. artykułem opublikowanym w tym samym piśmie pod tytułem „Koniec historii”. Najnowszy jego tekst nosi znamienny tytuł „Przyszłość historii”. Uczony przekonuje, że sam kapitalizm i wolny rynek nie zbawią świata. Przeciwnie, ostatnie 30 lat dowodzi, że fala innowacji technologicznych związana z rozwojem informatyki doprowadziła do głębokiej zmiany struktury gospodarki. Jej efektem jest bezprecedensowe, ciągle powiększające się rozwarstwienie ekonomiczne na całym świecie i degradacja klasy średniej w krajach rozwiniętych. W rezultacie zagrożone są podstawy demokracji, a w dalszej konsekwencji samego kapitalizmu.

Dlatego Fukuyama, konserwatywny liberał, apeluje o nowy, dobry lewicowy projekt polityczny, który w konfrontacji z rzeczywistością doprowadziłby do wypracowania ideologii, czyli systemu wartości dla rodzącego się kapitalizmu przyszłości, tak by owoce rozwoju służyły jak największej liczbie ludzi. Do podobnych konkluzji dochodzi także Michael Spence przekonując, że najważniejszym zadaniem wynikającym z nowej konwergencji jest stworzenie mechanizmów regulacji i politycznej kontroli procesów rozwojowych i ich skutków. Tak więc krąg się zamyka, można wrócić do teorii historii Paula Romera. Innowacyjna energia potrzebna do tego, żeby świat dalej podążał ścieżką rozwoju, aż kipi. Jak nigdy natomiast brakuje świeżych idei i innowacji politycznych oraz instytucjonalnych, które sprzyjając rozwojowi, nadawałyby mu pożądany kierunek. Czy tak jak w przypadku elektrokardiografów po 500 dol., źródłem tak potrzebnych innowacji będą społeczeństwa rozwijające się?

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną