Power to the cities
Rozmowa z Richardem Floridą, wpływowym amerykańskim intelektualistą, twórcą pojęcia klasy kreatywnej
Richard Florida amerykański ekonomista, prof. w Martin Prosperity Institute w ramach Uniwersytetu Toronto, specjalista w zakresie studiów urbanistycznych.
The Toronto Star/ZUMA Press/Forum

Richard Florida amerykański ekonomista, prof. w Martin Prosperity Institute w ramach Uniwersytetu Toronto, specjalista w zakresie studiów urbanistycznych.

Jacek Żakowski: – Co się dzieje?
Richard Florida: – Trwa rozpaczliwa obrona iluzji.

Jakich iluzji?
Tych, które kierowały nami przez kilka ostatnich dekad. Politycy, media, wielu intelektualistów robią, co w ich mocy, by obronić porządek, układ sił, strukturę gospodarki, style życia, które się wyczerpały. Wszyscy robią, co mogą, by podtrzymać regres kompleksu przemysłowo-budowlanego, który doskonale nam służył tworząc epokę bardzo szybkiego wzrostu po II wojnie światowej, ale też spowodował obecny kryzys. Stary porządek się rozpadł. Fordyzm już nie żyje. Możliwości rozwoju opartego na wzroście produkcji i rosnącym zużyciu energii dawno się wyczerpały. Sztucznie podtrzymujemy ten kompleks przy życiu. Tak jak na oddziale intensywnej terapii latami można podtrzymywać chorego w beznadziejnej śpiączce. Sztuczne krążenie, sztuczne oddychanie, dożylne odżywianie. Gdyby rządy odcięły dziś kompleks przemysłowy od systemu sztucznego podtrzymywania życia za pomocą publicznego wsparcia, przywilejów, subsydiów, ulg, to jutro by się zawalił. Ponieważ rządy boją się to zrobić, mamy kryzys finansowy, kryzys budżetowy, pełznący kryzys społeczny. Ale to sztuczne hamowanie agonii fordyzmu nie może trwać wiecznie.

Co zamiast?
W świecie realnym, którego nie są w stanie kontrolować rządy, mamy już nowy ład ekonomiczny. Jego jądrem są innowacyjne technologie, innowacyjna gospodarka, innowacyjne społeczności, które ciągle nie mogą się wyzwolić z ograniczeń, presji, ciężarów, skorupy przemysłowej gospodarki i społeczeństwa przemysłowego. Kryzys pokazał granice powstrzymywania tego nowego ładu i podtrzymywania przestarzałego systemu gospodarczego.

Czyli mamy prawdziwe zderzenie cywilizacji. Tyle że to nie jest – jak zapowiadał Huntington – zderzenie zachodniego chrześcijaństwa z islamem, tylko zderzenie fordyzmu z czymś jeszcze nienazwanym, z jakimś postfordyzmem.
To, co nazywamy kryzysem, jest w istocie zderzeniem dwóch ekonomicznych porządków. Trochę jak u Marksa, który opisał wyłanianie się kapitalizmu ze sztywnej skorupy systemu feudalnego. Teraz mamy kreatywny, innowacyjny, indywidualistyczny, napędzany przez przyciągający talenty metropolie nowy system wyłaniający się w otoczeniu starego porządku przemysłowego.

Myśli pan, że kapitalizm umiera, a wstrząsy, które widzimy, to jego śmiertelne drgawki?
Myślę, że stare społeczeństwo jest martwe. Tylko za żadną cenę nie chce tego przyjąć do wiadomości. Za wszelką cenę stara się udowodnić, że żyje i będzie żyło wiecznie. Wiemy, że każdy historyczny porządek, każdy ład społeczny i gospodarczy rodzi się i umiera. Ale jeszcze nigdy w historii żaden sam nie ogłosił swojej śmierci. Ancien régime zawsze bronił się do upadłego.

Czeka nas rewolucja?
Ta rewolucja już trwa.

Boi się pan?
Nie. Bo wiele wskazuje, że to jest i będzie inna rewolucja. Zwykle taka zmiana ładu wiązała się nie tylko z kryzysem gospodarczym, ale też z dość potwornymi walkami między różnymi grupami społecznymi, państwami, kontynentami. Teraz najbardziej pozytywne jest to, że gospodarka i międzynarodowy system polityczny pozostają dość dobrze zorganizowane i działają stosunkowo dobrze. Konflikty społeczne – w Afryce Północnej, w Europie, w USA, nawet w Azji Południowo-Wschodniej i w Rosji – wciąż są stosunkowo mało radykalne.

Po doświadczeniach XX w. ludzie boją się wszelkiego radykalizmu.
Ale wielu ludzi bardziej boi się zmiany systemu. Porządek, który się wyłania, uprzywilejowuje metropolitalną, lepiej wykształconą, indywidualistyczną, kreatywną, kosmopolityczną część współczesnych społeczeństw [patrz ramka o klasie kreatywnej – red.]. Dzieje się to kosztem słabiej wykształconych, prowincjonalnych, tradycyjnych, mniej mobilnych, związanych z produkcją materialną części społeczeństwa. Tym ludziom grunt usuwa się spod nóg. Jakość ich życia spada bez ich winy. Robią to samo co zawsze, a efekt jest coraz gorszy. Nie mogą tego powstrzymać i zwykle nie rozumieją dlaczego. To wywołuje lęki, odruchy reakcyjne, różnego rodzaju próby obrony porządku, który historycznie jest nie do obrony. Miliony ludzi w Ameryce, w Europie i z pewnością też w Polsce żyją potwornym lękiem, że nie będą umieli przystosować się do nowego porządku i znaleźć dla siebie miejsca w nowej rzeczywistości. Wielu słusznie się boi, bo na tej zmianie większość zapewne zyska, ale wielu straci.

Czeka nas taka walka klas i systemów, jaka toczyła się od połowy XIX w. do połowy XX w.?
Są tacy, którzy uważają, że wkraczamy w świat dużo gorszy niż XX w. W coś na kształt wieków średnich. W stulecie albo stulecia chaosu, stagnacji, napięć, wstrząsów, regresu cywilizacyjnego i kulturowego.

Ja jestem bardziej optymistyczny. Szukamy nowego ładu częściowo na oślep, a częściowo wbrew sobie. To będzie trwało przynajmniej jedno pokolenie. Jak każdy wolałbym, żeby to się dokonało z dnia na dzień. Ale to musi trwać. To musi się dokonywać metodą prób i błędów. To musi być proces uczenia się, przystosowywania, wzajemnych adaptacji, korekt.

Jak by to miało wyglądać?
Tak jak już wygląda. Reakcja na ten kryzys jest inna niż standardowe reakcje na wahania koniunktury. Różne kraje, organizacje międzynarodowe, firmy, społeczeństwa mają różne sposoby radzenia sobie z kryzysem. Jedne sprawdzają się lepiej, inne gorzej. Z jednych rezygnujemy, a inne modyfikujemy. Wszyscy się uczymy. Dziś naszą sytuację rozumiemy nieporównanie lepiej niż cztery lata temu. Wiemy dużo więcej o jej przyczynach i skutkach. Odpowiadamy na kryzys nieporównanie skuteczniej. Ale to wciąż jest początek. Niby już wiemy, że świat się istotnie zmienił, ale mentalnie i emocjonalnie tkwimy w starych schematach.

Czyli?
W Ameryce to jest najbardziej wyraziste, ale w Europie też to nieźle widać. Większość ludzi – zwłaszcza większość klasy politycznej – ciągle patrzy wstecz. Sukces odnoszą politycy, którzy karmią narastające lęki i obiecują zawrócenie historii. Konserwatyści uważają z grubsza, że najlepszą odpowiedzą na kryzys jest odbudowa rodziny i społeczeństwa z wczesnych lat 50. Lewica chce powrotu do uzwiązkowionej, opiekuńczej gospodarki z połowy XX w. Niemal cały wysiłek parlamentów i rządów skoncentrowany jest na tym, żeby zahamować zmiany i odwrócić trendy. Politycy obiecują powrót do prawdziwej Ameryki, prawdziwej Hiszpanii, prawdziwych Węgier. I pewnie też do prawdziwej Polski.

Oczywiście!
To musi prowadzić do narastania napięć, bo polityka za wszelką cenę próbuje iść wstecz, a zegar historii wciąż tyka do przodu. Historii się nie zatrzyma. Czym dłużej będziemy żyli mirażami przeszłości, tym będzie dla nas gorzej. Metropolie, firmy, kraje, regiony, które będą umiały się najskuteczniej przy tych mirażach upierać, zapłacą największą cenę. Te, które szybko znajdą sobie jakąś nową drogę pasującą do wyłaniającego się świata, mogą dużo zyskać.

Dożyjemy nowego porządku?
My raczej nie. Nasze dzieci – być może.

Ponure.
Rzeczywiste. Ale ja nie chcę popełnić błędu Waltera Benjamina.

Co pan ma na myśli?
Benjamin uciekł przed nazistami do Francji. Gdy Niemcy wkroczyli do Francji, chciał uciec do Hiszpanii. Gdy jego grupa została zatrzymana przez hiszpańską policję, popełnił samobójstwo. Gdyby doczekał rana, zostałby przez Francuzów zwolniony razem z całą grupą i dotarłby do Ameryki. Pięć lat później zobaczyłby w Europie nowy, wspaniały, liberalno-demokratyczny porządek. Ja nie mam zamiaru popełnić samobójstwa i nikogo nie chcę do tego zachęcać. Nie wolno ulegać czarnej melancholii. Każdego ranka może pojawić się rozwiązanie tego, co dziś wydaje się beznadziejne. Przecież zażywając zabójczą dawkę morfiny w Portbou, Benjamin nie mógł mieć nawet przeczucia, że za kilkanaście lat nie tylko nie będzie Hitlera, ale dokona się rewolucja kulturowa, obyczajowa, wolnościowa, o której by marzył.

Trzeba wierzyć, że zmiana, przed którą się bronimy, może być zmianą na lepsze?
Historycznie zazwyczaj bywała. Od początku ludzkości zakolami, wertepami, pod górę, ale konsekwentnie idziemy ku lepszej rzeczywistości. Nie ma powodu myśleć, że teraz będzie inaczej. Tylko musimy przestać się upierać przy świecie, który znamy.

Mamy się nie bronić?
Trzeba bronić ludzi, w miarę możliwości ograniczając negatywny wpływ zmian na życie tych, których one najbardziej dotykają. Ale jednocześnie musimy stopniowo zmieniać nasze wyobrażenie świata, szczęścia, postępu, rozwoju. Musimy być mniej skoncentrowani na dobrach materialnych i indywidualnej konsumpcji, a bardziej na niematerialnych wartościach – na wolności, indywidualnym rozwoju, relacjach międzyludzkich, kulturze. Musimy zacząć bardziej sobie cenić to, kim jesteśmy, a mniej to, co mamy i konsumujemy. Musimy budować takie społeczeństwa, w których każdy będzie mógł bardziej być sobą, a mniej obstawionym gadżetami produktem sztucznie kreowanych pragnień.

Łatwo powiedzieć.
Zgoda. Taka zmiana się nie dokona z dnia na dzień. Ale już nie ma wyjścia. Musimy na nią postawić wiedząc, że będzie to długi proces.

Widzi pan jakieś realne, liczące się siły, które mogłyby tę rewolucyjną ewolucję prowadzić?
Dużo o tym myślałem. Bo na pierwszy rzut oka takich sił nie widać. Ruch Okupuj Wall Street jest ważny i znaczący, ale nie jest masowy. Z całą pewnością nie jest wystarczająco liczny, żeby zmienić system.

Nigdzie na świecie taki masowy ruch jeszcze nie istnieje.
I może nigdy nie będzie już istniał.

Czyli nie będzie zmiany.
Zmiana musi nastąpić.

To kto jej dokona?
Prawdopodobnie, żeby trafnie odpowiedzieć na takie pytanie, trzeba przekroczyć barierę naszych konwencji mentalnych. Bo o polityce i innych sprawach społecznych przywykliśmy myśleć w kategoriach kończącej się ery przemysłowej. W epoce przemysłowej polityka też była zorganizowana na sposób przemysłowy. Fordowskiej gospodarce odpowiadała fordowska polityka. Produkcji masowej odpowiadały partie masowe organizujące masy, by bronić ich masowych, klasowych interesów. Wielkie grupy społeczne miały swoje wielkie partie. Dziś społeczeństwo jest dużo bardziej zróżnicowane. Ludzie już nie postrzegają swojej sytuacji przez pryzmat interesów klasowych. Sami postrzegają siebie głównie jako istniejące poza społecznym kontekstem jednostki. Nie myślą w kategoriach wielkich tradycyjnych grup. Myślą o swoim życiu, o swoim własnym losie, o własnej karierze, o indywidualnym rozwoju. Dlatego nie spodziewam się powstania masowych ruchów politycznych.

Myśli pan, że możliwa jest demokratyczna polityka w tak indywidualistycznej kulturze?
Inna polityka. To musi być nowa polityka i nowa demokracja. Już się nie da uprawiać takiej polityki, w jakiej wyrośliśmy. Tamta polityka nie wróci.

A co ją zastąpi?
To musi być polityka postmaterialistyczna. Ronald Inglehart zauważył, że dziś zwykle łatwiej jest gromadzić ludzi wokół dóbr publicznych – ekologii, zielonej energii – niż wokół tradycyjnie pojmowanych interesów grupowych. Okupuj Wall Street odwołuje się do ideału równości. To oczywiście jest słuszne. Ale ludzie tego nie kupują. Więcej ludzi przyszłoby bronić czystego powietrza.

Jeśli nie ruchy społeczne i partie, to co będzie motorem zmiany?
Może nowe media? Jakieś społeczne chmury, których nikt nie kontroluje, ale które kontrolują wszystko i których wszyscy się boją. Ze starymi mediami władza zawsze mogła się jakoś dogadać, zastraszyć je, zamknąć, zmusić do samoograniczeń. Z chmurą takiej gry nie ma. Przed chmurą nie można się ukryć.

Kontrola to nie wszystko.
Zastanawiałem się, jak mogłaby wyglądać polityczna emanacja klasy kreatywnej. Jakoś trudno mi to sobie wyobrazić.

Może pierwszy raz w historii demokracji wyłania się dominująca społecznie i politycznie klasa, która jest z natury niezdolna do wygenerowania swojej politycznej emanacji? Kulturowy, społeczny i ekonomiczny olbrzym, który ze swej istoty jest politycznym karłem?
To jest prawdopodobne. Ale w rozwiniętym świecie – już także w wielu rozwijających się krajach – nikt nie musi prosić dziś rządów ani samorządów, by spełniały oczekiwania rozmaitych grup klasy kreatywnej. Władze same się prześcigają w wychodzeniu tym oczekiwaniom naprzeciw, żeby przyciągać talenty i w ten sposób stymulować rozwój miasta, regionu czy kraju.

Nie ma dla polityki ratunku?
Ja dla polityki rozumianej jak dotąd ratunku nie widzę. Ale te same kanały i sposoby komunikowania, za pomocą których klasa kreatywna porozumiewa się, robi biznes i podbija świat, mogą stopniowo tworzyć przestrzeń polityczności. Media społeczne, Twitter, Facebook, Google+ stają się kanałami politycznej mobilizacji. Ale to jest inna polityczność, mająca inną mechanikę i treść. Tradycyjne partie mające poglądy i programy w każdej sprawie tak funkcjonować nie mogą. W nowej polityczności ich miejsce zajmują fundacje o wąskich zainteresowaniach, wspólnoty lokalne zaspokajające swoje własne potrzeby, ruchy działające w jakiejś jednej sprawie. W tym sensie geografia polityki staje się nieporównanie bardziej skomplikowana. Problem polega na tym, że polityka instytucjonalna nie umie się przystosować do nowej rzeczywistości. Gospodarka wybiegła daleko w XXI w. Za gospodarką zmieniają się społeczeństwa. A polityka tkwi, jak mówiłem, głęboko w latach 50. XX w. Od ponad pół wieku instytucje ani konstytucje nie drgnęły na jotę.

Demokracja masowa oparta na powszechnym głosowaniu i partiach politycznych, w której każdy ma równe prawo głosu bez względu na zamożność, wykształcenie, płeć, powstawała stopniowo w trakcie ewolucji kapitalizmu. Jak demokratyczny kapitalizm miałby teraz ewoluować, żeby stworzyć system, który znów będzie działał?
Po pierwsze, trzeba wrócić do fundamentu kapitalistycznego porządku, którym jest postulat równości. Nie chodzi o utopię równego bogactwa, ale o świadomość, że każdy człowiek powinien mieć poczucie celu i sensu życia, że każdy powinien mieć szansę takiej pracy, która jest wymagająca, twórcza, wciągająca i daje dochody wystarczające, by żyć. To jest warunek stabilnego ładu. Zapomnieliśmy o tym i stworzyliśmy system niezrównoważony, który się sam przez własną nierównowagę wyniszcza. Po drugie, trzeba wrócić do fundamentu porządku demokratycznego, jakim jest postulat uczestnictwa. Demokracja przedstawicielska już tego postulatu nie spełnia. Polega dziś na tym, że wybieramy swoich przedstawicieli, a oni potem rządzą, jak chcą i umieją. Ludzie coraz powszechniej czują, że to nie ich głos jest decydujący, ale głos pieniędzy, lobbystów, wielkich korporacji, skorumpowanych mediów. W Ameryce powszechne jest przekonanie, że rządzą dolary – nie ludzie. Ten system musi być zastąpiony nowoczesnymi formami bezpośredniej demokracji. Technologia nam to dziś umożliwia. Rosnąca część społeczeństwa tego oczekuje.

Nic nie wskazuje, żeby świat starej polityki był gotów podzielić się władzą ze społeczeństwem.
Ale coraz więcej wskazuje, że nie ma innego wyjścia. Kiedy podróżuję po świecie i spotykam burmistrzów największych aglomeracji, większość z nich deklaruje podobne zamiary. Chcą mieć lepsze szkoły, chcą unowocześnić gospodarkę w swoich aglomeracjach, chcą mieć większą klasę kreatywną i więcej innowacji, chcą dla swoich wyborców lepszych warunków życia, chcą więcej różnorodności i nowoczesności. Bez względu na to, czy rządzą konserwatyści, liberałowie czy socjaliści, władze lokalne robią z grubsza to, czego ludziom potrzeba i czego oczekują. Natomiast kiedy rozmawiam z politykami na szczeblu państwowym – z premierami, ministrami, parlamentarzystami – przeważnie słyszę, jacy okropni są ich konkurenci z innych partii czy krajów. Polityka lokalna w zasadzie wyraża demokratyczne aspiracje społeczeństw. Polityka na szczeblu narodowym zajmuje się głównie aspiracjami klasy politycznej – jej rywalizacjami, ambicjami, animozjami. Z rzeczywistością, w której żyją wyborcy, już sobie nie radzi.

Co z tym można zrobić?
Odbudowę współczesnych demokracji trzeba oprzeć na sile demokracji lokalnych, które są pragmatyczne i użyteczne dla ludzi. Nie widzę innego sposobu, żebyśmy się wyrwali z tego zaklętego kręgu, w którym prawica i lewica wciąż straszą społeczeństwa, by zarządzać ich strachem, i powtarzają: zapłaćcie nam większe podatki, a my przywrócimy wam waszą świetlistą przeszłość. Tradycyjne narodowe partie polityczne nie są w stanie przystosować się do nowej sytuacji, bo w postklasowych społeczeństwach interesy i aspiracje są zbyt zróżnicowane, by mogły je uzgodnić. W tym sensie ich polityka musi uciekać od rzeczywistości.

Czterdzieści lat temu John Lenon śpiewał „Power to the People” (Władza dla ludu). Czy gdyby żył, powinien dziś zaśpiewać „Power to the Cities”?
Teraz to w gruncie rzeczy na jedno wychodzi. Władza dla miast to dziś powrót władzy do ludzi. Nie uporamy się z całym tym cywilizacyjnym zwrotem, jeżeli ludzie nie odzyskają wpływu na politykę. Państwa się rozwadniają, a miasta to zbiorowiska ludzi, fizycznych jednostek mających konkretne, fizyczne potrzeby, interesy i aspiracje. Tacy ludzie byli zawsze budulcem wszystkich demokratycznych struktur. Tradycyjnych wspólnot, fabryk, przedsiębiorstw, biurokracji, państw narodowych. Dziś, w społeczeństwie opartym na wiedzy i innowacyjnej gospodarce, takimi politycznymi wspólnotami są miasta. Tu się realizują prawdziwe tożsamości i funkcjonują realne wspólnoty. Miejskie plemiona, wspólnoty metropolitalne, wchodzą w przestrzeń, którą uwalniają słabnące więzi narodowe i tożsamości państwowe. To miasta i metropolie, łączące się w regionalne i globalne sieci, stają się i będą w XXI w. faktycznymi podmiotami demokratycznej polityki.

Jednak zapowiada pan powrót średniowiecza, kiedy miasta nie tylko rywalizowały i walczyły ze sobą, ale też wyzwalały się spod władzy państwowej albo walczyły z państwami o zakres swojej autonomii. To prowadziło do permanentnej walki wszystkich ze wszystkimi, regresu cywilizacyjnego, ekonomicznego i kulturowego, politycznego i gospodarczego chaosu.
Teraz jest lepiej przynajmniej o tyle, że się nie mordujemy. Może wojny finansowe czy ekonomiczne stały się permanentne, ale militarne wojny w starym stylu tracą na znaczeniu. Wciąż ich jest dalece za dużo, ale narasta przekonanie, że konflikty fizyczne będą zanikały w miarę, jak konflikt gospodarczy będzie się stawał coraz bardziej skutecznym narzędziem niszczenia przeciwnika czy osłabiania rywali. Już dziś sojusze gospodarcze stają się ważniejsze i bardziej skuteczne niż wojskowe. To wzmacnia pozycję miast i osłabia państwa.

W jakim sensie?
Realna gospodarka to w dominującym i wciąż rosnącym stopniu są miasta. Ład gospodarczy w dużym i też rosnącym stopniu określa się na szczeblu ponadnarodowym – globalnym i regionalnym. A państwa ze swoją fizyczną siłą i archaiczną strukturą, ściskane od dołu i z góry przez dwie rosnące siły, nie bardzo umieją się w tej rzeczywistości odnaleźć. Raczej blokują procesy dostosowawcze, niż je dziś współtworzą. W reakcji na globalizację wyłania się coś na kształt ponadnarodowego systemu federalistycznego, ale to raczej będzie federacja metropolii niż państw. Myślę, że taka rodząca się struktura prędzej znajdzie odpowiedź na wyzwania powodującej obecny kryzys zmiany niż Merkozy.

Merkozy się łatwo nie podda.
Oczywiście. To się nie stanie jutro, pojutrze ani za cztery lata. Ale ten proces ruszy i będzie się toczył, aż jakiś ład kiedyś się z niego wyłoni. Po długiej i burzliwej epoce zwrotu cywilizacyjnego, która się dopiero zaczęła.

Rozmawiał Jacek Żakowski

Rozmowa została przeprowadzona w listopadzie 2011 r.

Richard Florida (ur. 1957 r.), amerykański ekonomista, prof. w Martin Prosperity Institute w ramach Uniwersytetu Toronto, specjalista w zakresie studiów urbanistycznych. Jest twórcą pojęcia klasy kreatywnej oraz autorem koncepcji rozwoju opartej na trzech T: talentach, technologii i tolerancji. Jest jednym z najbardziej wpływowych ekonomistów i intelektualistów; jego najważniejsza książka „Narodziny klasy kreatywnej” ukazała się w Polsce w 2011 r. nakładem Narodowego Centrum Kultury. Pod koniec 2011 r. przyjechał do Polski na organizowaną przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego konferencję „Zintegrowane podejście do rozwoju”, która towarzyszyła nieformalnemu spotkaniu ministrów polityki regionalnej i rozwoju w ramach programu polskiej prezydencji w Radzie Europejskiej.

Klasa kreatywna

Mianem tym Richard Florida opisał wyłaniającą się tożsamość oraz rosnącą gospodarczą i społeczną rolę grupy pracowników wykonujących zajęcia wymagające kompetencji i kreatywności. Ma ona być główną siłą napędową rozwoju miast postindustrialnych. Poza szeroko rozumianą artystyczną bohemą (od poetów po filmowców, pracowników agencji reklamowych i mediów) zaliczył do tej grupy przede wszystkim wolne zawody, naukowców, wynalazców, wysokiej rangi menedżerów. Przedstawiciele „superkreatywnego rdzenia (...) w pełni angażują się w proces twórczy. (...) Ich praca wiąże się nie tylko z rozwiązywaniem, ale i z wyszukiwaniem problemów”. Twórczych profesjonalistów łączy ponadto styl życia skupiony na jego jakości – raczej czynna niż bierna (oglądanie telewizji) konsumpcja, wysoki udział w kulturze itp. – oraz sprzyjająca kreatywności tolerancja dla odchodzenia od wszelkiego rodzaju społecznych standardów. To w tych grupach powstają idee i kreacje, od których w epoce innowacyjnej gospodarki opartej na wiedzy zależy efektywność ekonomiczna. Zdaniem Floridy wyścig gospodarczy wygrają w XXI w. te regiony, metropolie i miasta, które skuteczniej przyciągną talenty klasy kreatywnej z ich kapitałem ludzkim i społecznym. Tylko kreatywność daje bowiem w zglobalizowanej gospodarce szansę na osiągnięcie dużej stopy zysku, wysokie płace i wzrost stopy życiowej lub utrzymanie jej na wysokim poziomie.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną