Jaki będzie koniec świata?
Świetlne echa czerwonego nadolbrzyma U838 Monocerotis - gwiazdy zmiennej w gwiazdozbiorze Jednorożca, na obrzeżach naszej Galaktyki.
NASA

Świetlne echa czerwonego nadolbrzyma U838 Monocerotis - gwiazdy zmiennej w gwiazdozbiorze Jednorożca, na obrzeżach naszej Galaktyki.

O końcu świata ludzie myśleli, odkąd tylko zeszli z drzewa i rozejrzeli się uważnie wokół siebie, ale systematycznych narzędzi do analizy tego zjawiska dostarczyła dopiero współczesna nauka. Również dopiero niedawno – mniej więcej w połowie XX w. – człowiek wypracował narzędzia zagłady totalnej, którymi mógłby ten koniec uczynić realnym, a już na pewno bliższym. Koniec świata może mieć więc wiele wariantów.

Nasz świat, ten ludzki, wystarczy wyrzucić poza ramy klimatu, do którego przywykł gatunek Homo sapiens. Uderzenie większej planetoidy lub komety, wybuch superwulkanu (których parę najprawdopodobniej ciągle drzemie) – na te czynniki nie mamy żadnego wpływu, a każdy z nich zmieniłby ekosystem planety na tyle, że nie byłoby w nim dla nas miejsca. Wszystkie one też stanowią realne zagrożenie.

Przypadkowy wybuch wojny nuklearnej wydaje się nieprawdopodobny, ale ponieważ w 1995 r. prezydentowi Rosji Borysowi Jelcynowi zdarzyło się prawie wcisnąć czerwony guzik (na skutek fałszywego alarmu), to nie można wykluczyć i takiej sytuacji. Efektem wojny nuklearnej byłaby wyniszczająca cywilizację, trwająca całe dekady zima. Można wreszcie uniemożliwić rozwój, a nawet trwanie ludzkości podgrzewając atmosferę, aż osiągnięty zostanie punkt przełomowy, po przekroczeniu którego nie będzie już powrotu do stanu równowagi. Niektórzy naukowcy twierdzą, że właśnie w tym kierunku zmierzamy.

Do zagrożeń natury klimatycznej dołączą wkrótce niebezpieczeństwa związane z rozwojem wysokich technologii. Stale rośnie liczba przebadanych genomów rozmaitych drobnoustrojów. Rośnie też łatwość w ich modyfikowaniu. Zdobywamy umiejętność samodzielnego projektowania bakterii i wirusów. Efekty takiej działalności, nawet prowadzonej w szlachetnym naukowym celu, mogą kiedyś wymknąć się spod kontroli, opuścić tajne laboratorium i niczym zmutowana grypa hiszpanka cofnąć cywilizację o kilka stuleci – albo i gorzej. Kiedyś, za kilkadziesiąt, może kilkaset lat świadomie lub mimowolnie doprowadzimy wreszcie do narodzin prawdziwej sztucznej inteligencji – prawdziwej, czyli zdolnej do całkowicie samodzielnego „myślenia” (cudzysłów uzasadniony, bo nie wiadomo, jak wiele wspólnego będzie ono miało z ludzkimi procesami umysłowymi). Taka inteligencja wyposażona w parę robotycznych nóg i rąk może dojść do przekonania, że ludzie nie są jej do niczego potrzebni. Podobny efekt może mieć gwałtowny, niekontrolowany rozwój technik nanotechnologicznych. Źle zaprogramowane nanoboty, stworzone z myślą o, na przykład, przekształceniu jednych surowców mineralnych w inne, mogą pozbawić nas substancji koniecznych do przetrwania.

Ale to wszystko lokalne końce świata, obejmujące tylko nasz gatunek. Bez trudu można sobie wyobrazić kataklizmy, które wysterylizują całą planetę lub całkowicie przeprogramują jej skład gatunkowy. Rozbłyski gamma lub wybuch supernowej mają taki właśnie potencjał. Prędzej czy później Ziemia stanie się też ofiarą ewolucji gwiazdowej Słońca, którego rozmiary przekroczą średnicę orbity naszej planety. Oczywiście naszej planety może już na tej orbicie nie być – może ją z niej wcześniej wytrącić jakieś obce, przemierzające Układ Słoneczny ciało niebieskie, ale w dłuższej perspektywie efekt będzie prawdopodobnie ten sam: kres życia.

Sam Wszechświat też czeka nieunikniony koniec. Wszystko wskazuje na to, że będzie się rozszerzał tak długo, aż stanie się zimny i pusty. Zgasną gwiazdy, rozpierzchną się galaktyki, wyparują czarne dziury, wreszcie, po niewyobrażalnie długim czasie, rozpadną się swobodne, rozproszone w przestrzeni cząstki elementarne. Bardzo łatwo o tym pisać, bo to domena wyłącznie wyobraźni i wysoce spekulatywnej fizyki, ale wiadomo na pewno: rzeczywistość, do jakiej przywykliśmy, przestanie istnieć.

Może koniec świata nie jest odosobnionym epizodem o wyraźnych granicach czasowych? Może jego nadejście nie wiąże się z żadnymi ewidentnymi objawami? Może nawet już się zaczął, tylko nikt tego nie zauważył? To znaczy nikt poza paroma osobami. Do tej grupy należy na przykład David Deutsch, fizyk i filozof brytyjski z Oksfordu.

Na skutek rewolucji naukowej rozpoczętej przez Newtona ludzkość wypracowała wiedzę i narzędzia (wspomniane biotechnologie czy techniki nuklearne), którymi jest w stanie skutecznie położyć kres całej ziemskiej cywilizacji. Jednocześnie wykorzystuje zasoby naturalne planety w tak intensywnym stopniu, że – jeśli tylko nic się nie zmieni – wkrótce doprowadzi do ich wyczerpania. Sytuację pogarsza fakt, że – czy to z przyczyn antropogenicznych czy też wynikających z naturalnych, cyklicznych procesów – klimat ziemski ulega ociepleniu. Zbieg tych trzech okoliczności mógłby kazać sądzić, że wkrótce podzielimy marny los mieszkańców Wyspy Wielkanocnej. Taki fatalizm jest jednak fundamentalnie błędny, przekonuje Deutsch (w podobnym duchu wypowiada się zresztą Freeman Dyson z Princeton, ulubiony cel ataków naukowego mainstreamu).

Po raz pierwszy w historii ludzkość dysponuje potencjałem nie tylko do zniszczenia, ale i ocalenia planety. Porzuciła bowiem przesądy i mity na rzecz metody naukowej. Ta zaś, mówiąc najkrócej, polega na wyciąganiu bezwzględnie krytycznych wniosków z kolejnych pomyłek i niepowodzeń. Największym osiągnięciem cywilizacji jest sztuka racjonalnego popełniania błędów, uważa Deutsch. To dzięki niej – i niewyczerpanej ludzkiej kreatywności – nie ma realnych ograniczeń rozwoju cywilizacji (poza prawami przyrody oczywiście). Koniec świata, ten stan równowagi chwiejnej, jest warunkiem koniecznym rozwoju. Ze świadomością życia w okresie schyłkowym należy się więc oswoić. To w nim właśnie spędzimy resztę naszej historii.

Dajmy na chwilę upust wyobraźni. Tylko kontynuując tradycję oświeceniową opracujemy metody regulowania temperatury atmosfery i powierzchni Ziemi. Kontynuując program badań kosmicznych opracujemy metody eliminowania obiektów kosmicznych zagrażających naszej planecie. Śmiercionośne zarazki tępić będziemy jeszcze bardziej niż one wyrafinowanymi szczepionkami. Ze sztuczną inteligencją wejdziemy w owocną komitywę – tak by wespół z naszą stworzyła umysł o trudnej do przewidzenia mocy obliczeniowej, a całość włączymy w globalną sieć. Wznosząc ludzkość na wysoki poziom rozwoju technologicznego zaczniemy ujarzmiać energię nie tylko całej planety, ale Słońca oraz pobliskich gwiazd. Opuścimy starą, niszczejącą Ziemię i skolonizujemy kosmos. Być może będziemy mieć niejaki problem z powstrzymaniem procesów starzenia całego Wszechświata, ale i z tej sytuacji jest pewne wyjście.

Roger Penrose, Neil Turok, Paul Steinhardt i inni znakomici fizycy są autorami różniących się od siebie znacząco teorii kosmologicznych, które mają jedną wspólną cechę. Uczeni przekonują, że kiedy kosmos wydaje się naprawdę martwy, kiedy osiąga stan próżni, wtedy jak gdyby resetuje swoje ustawienia i zaczyna całą swoją ewolucję od nowa, czyli od Wielkiego Wybuchu. Być może koniec jest jednocześnie początkiem?

Karol Jałochowski
Publicysta naukowy POLITYKI

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną