O Polityce

Rozmowa z Michałem Rusinkiem

Najlepszy wywiad 11. edycji Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej

Facebook
Ja mógłbym każde swoje wystąpienie opatrywać skrótem „WżtjdzSz” – „Wiem, że tu jestem dzięki Szymborskiej”. Z Michałem Rusinkiem rozmawia Małgorzata I. Niemczyńska.

Wdowy należy palić

Małgorzata I. Niemczyńska: Ale ma pan parcie na szkło.
Michał Rusinek, prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej: – Nie mam, większość zaproszeń odrzucam. Media zwracają się do mnie z prośbami o wypowiedzi w różnych sprawach zawodowych: o retoryce, języku dzieci, literaturze, przekładzie. Zapewne dlatego, że jakoś się tam sprawdzam. Ale nie zabieram głosu na każdy temat.

A jednak nikt z sekretarzy – czy to Czesława Miłosza, czy Stanisława Lema – nie jest tak rozpoznawalny jak pan. Denerwowało pana, że jest kojarzony tylko z Wisławą Szymborską?
To raczej pewien konflikt ról. Byłem jednoosobowym biurem prasowym Szymborskiej, bo ona sama unikała wypowiedzi. Ale nie lubiłem sytuacji, gdy np. wydałem książkę dla dzieci i byłem zapraszany do studia, a na pasku pojawiało się: „sekretarz Wisławy Szymborskiej”. Potem już prosiłem, by tego unikano. Pewnie, to jest ważne, ale z powodów informacyjnych. Ludzie myślą sobie: „Zaraz, zaraz... A skąd my go znamy?”. To nie podpieranie się czyimś autorytetem, tylko informacja na zasadzie pewnego usytuowania.

Teraz producent orzeszków napisał w materiale reklamowym: „Już dziś wytęż swoje szare komórki i stwórz orzeszkowy limeryk. Oceni go sam Michał Rusinek, literaturoznawca i wieloletni sekretarz Wisławy Szymborskiej”.
Ale wydaje mi się, że ze strony firmy, która przygotowała ten komunikat, to była tylko chęć dookreślenia mnie. Szymborska była jakoś kojarzona z twórczością niepoważną. Ponieważ fraza wzbudziła taką namiętność, została usunięta po kilku godzinach.

Nie chcę urazić pana miłości własnej, ale naprawdę pan myślał, że w przypadku konkursu po-e-tyc-kie-go może nie chodzić o skojarzenie z Szymborską, tylko o pana osobę?
Droga pani, zdaję sobie sprawę, że moją obecność w mediach zawdzięczam w dużej mierze temu, że byłem sekretarzem Szymborskiej. To jest w pewnym sensie mój posag. Czy to jednak oznacza, że wszystko inne, co robię, powinienem robić pod pseudonimem? Kiedyś zarzucono Słonimskiemu, że uprawia krytykanctwo: Gdynia się rozbudowuje, a on tylko narzeka. Wtedy ogłosił, że odtąd przy każdej krytyce będzie umieszczał skrót „MżGsr”, czyli „Mimo że Gdynia się rozbudowuje”. Ja mógłbym każde swoje wystąpienie opatrywać skrótem „WżtjdzSz” – „Wiem, że tu jestem dzięki Szymborskiej”.

Mówi pan, że Szymborska uprawiała twórczość niepoważną – ale jednak dla rozrywki, a nie w celach komercyjnych.
Wydała jednak książkę z limerykami. Nie służyły do reklamowania niczego, ale mój limeryk też do tego właściwie nie służy. Zostałem poproszony o jurorowanie w konkursie. Pisałem limeryki już jako student, zanim poznałem panią Szymborską. Sam dzięki wierszykowi wygrałem kiedyś samochód w konkursie bardzo komercyjnym, bo organizowanym przez jedną ze stacji benzynowych, w którym przewodniczącym jury był znany kompozytor. Teraz miałem możliwość stanąć po drugiej stronie. Juror często jest proszony o napisanie tekstu, który by wyjaśniał, na czym polega limeryk, albo o napisanie przykładowego limeryku. I ja to zrobiłem.

Pana zdaniem ten limeryk nie jest reklamą?! Przecież tam się pojawia nazwa handlowa, rzecz figuruje na oficjalnej stronie producenta, a cały konkurs nie wziął się raczej z miłości do poezji.
No tak, ale też pomyślałem sobie, że jest w tym pewna zabawa. Można oczywiście powiedzieć, że dławi mnie miłość własna, ale: Agnieszka Osiecka, Melchior Wańkowicz, Salvador Dali... Oni wszyscy byli zaangażowani w bardzo komercyjne projekty.

I Dali ostro za to oberwał – przyjaciele przezywali go nawet „pazerny na dolary”. A Osiecka to co innego – ona wymyśliła slogan dla coca-coli, która w PRL była kojarzona z powiewem wolności z Zachodu.
Oczywiście, dlatego mówię to z przymrużeniem oka. Ale nadal nie widzę w tym konfliktu ról. Może gdybym zajmował się wyłącznie działalnością limeryczną, ewentualnie jeszcze pisywał dla dzieci, nie byłoby takiej afery. Ale jestem też prezesem Fundacji Wisławy Szymborskiej. Ludzie nie za bardzo czytają dziś komunikaty słowne. Chętniej – obrazowe. Widzą, że jest jakiś produkt, podpis z moimi różnymi funkcjami, czyli: acha, jestem twarzą konkursu.

Jest tam pana twarz.
Ale gdyby nie było zdjęcia, zapewne nie byłoby takiego efektu. Trochę się czuję jak naukowiec, który bada jakąś nową szczepionkę i sam ją sobie wstrzykuje. Oczywiście efekty uboczne miałem na Facebooku dosyć spore, jednak pojawiło się też dużo bardzo pod moim adresem złośliwych, ale bardzo dobrych formalnie limeryków. To mnie ucieszyło jako badacza gatunku!

Komentarze pojawiają się od śmierci Szymborskiej, np.: „Dziwny to kraj, w którym kapciowi robią kariery po odejściu swoich pracodawców”. Czyta pan to i co?
Gdybym pełnił wcześniej inną funkcję, pewnie nie byłbym obiektem ataków tak intensywnych. Raz pojawił się zarzut, że się lansuję w telewizji, kiedy na grobie Szymborskiej jest tylko kartka z nazwiskiem, a grób jest zniszczony. Wyjaśniałem wtedy spokojnie, że procedura naprawy grobu trwa długo, rozpoczęliśmy ją jeszcze przed pogrzebem. Ale to stara część cmentarza, musi minąć kilka miesięcy. Takie były fakty. Ich odbiór – zastanawiający.

Przeczytałem kiedyś wywiad z matką nieuleczalnie chorego chłopca. Wiadomo było, że umrze. Był kibicem Realu, marzył, by spotkać się z piłkarzami, ona stanęła na głowie, żeby to się udało. Szalenie wzruszająca historia. Wywiad ukazał się mniej więcej rok po śmierci chłopca. Opowiadała, że spotyka się teraz z nienawiścią. Chce zacząć pracować, czego wcześniej nie mogła robić, bo poświęcała się synowi, ale nie może nawet znaleźć pracy. Ludzie mówią, że uprawia „nekrolans” – dokładnie to samo słowo pojawiało się w komentarzach internautów pod moim adresem. Ten wywiad uświadomił mi, że moja sytuacja jest podobna.

Pan widzi tę brew, która mi się mimowolnie unosi, prawda?
Toutes proportions gardées. Chodzi o to, że ja też pełniłem funkcję przy kimś, kto umarł. I przecież to jest taki stary plemienny zwyczaj, że wdowy należy palić. Ci, którzy pełnili przy zmarłym jakąś funkcję, nie mają już prawa pełnić jej dalej, a tym bardziej nie mają prawa do funkcji publicznej. Oczywiście nie żądano od nas samobójstwa, ale zamilknięcia. Ona chciała tylko znaleźć pracę. Ja, jako że zostałem wskazany w testamencie do pełnienia pewnej funkcji publicznej, pełnić ją muszę. I chcę. Równocześnie sam jestem autorem książek, a to wymaga obecności w mediach.


Nie przekonuje mnie to porównanie, to inna relacja. Mówi pan o matce, dla której śmierć dziecka musiała być dramatem. No i pan się dla Szymborskiej raczej nie „poświęcał”.
Relacje były inne, ale reakcje – takie same. Zadziałała stara plemienna zasada: wdowę należy palić. Czyli po śmierci osoby, z którą było się kojarzonym, nie ma się prawa do głosu.

Ale po śmierci Szymborskiej strach było otwierać lodówkę: wszędzie Rusinek. Udzielał się pan w kolorowych magazynach typu „Viva!”. We „Wprost” pojawił się pan jako „pan Szymborski”.
Uważałem, że moim obowiązkiem jest udzielać informacji. Materiały, które wówczas powstały, często były robione ze strzępków moich wypowiedzi udzielanych przez telefon. W większości ich nie autoryzowałem. Zadzwonił do mnie nawet „Fakt”. Paradoksalnie ten tekst okazał się potem jednym z lepszych.

Mówi pan, że czuł się w obowiązku informować, ale przecież taka „Viva!” to nie jest pismo newsowe.
Ale też nie uważałem, że mam go unikać. To była kwestia kilku dni, kiedy uznałem, że jestem do dyspozycji mediów w tej sprawie.

A „pan Szymborski”?
Tu chodzi o pewną anegdotę. Szymborska zatrzymała się raz w Hotelu Europejskim w Warszawie, oddała jakieś rzeczy do prasowania i potem zadzwoniono do jej pokoju w tej sprawie. Ja odebrałem, a recepcjonistka zapytała: „Czy to pan Szymborski?”.

Mija kilka tygodni od śmierci poetki i w „Super Expressie” ukazują się zdjęcia z jej pustego mieszkania. „Tylko u nas. Jej ukochane cztery kąty”.
Nie chciałem robić z tego afery, ale zostałem oszukany. Zadzwonił do mnie fotograf, który robił zdjęcia w pustym mieszkaniu po śmierci Miłosza, a potem opublikował je w „Tygodniku Powszechnym”. Bardzo ładne zdjęcia. Powiedział, że chciałby zrobić coś podobnego u Szymborskiej - póki nic tam nie zostało zmienione. Zgodziłem się. Chciałem tylko dostać te zdjęcia do archiwum fundacji, bo testament zobowiązywał nas do rozdysponowania rzeczy z mieszkania. Wpuściłem go tam, sądząc, że kiedyś powstanie np. jakiś tekst wspomnieniowy, do którego się nadadzą. Nie podpisywaliśmy jednak żadnej umowy. Wiedziałem, że jest wolnym strzelcem. Następnego dnia ukazały się w tym piśmie. Jedyne, co mogłem zrobić, to do niego zadzwonić. Nie miał nic na swoją obronę.

A czego się pan spodziewał? Wpuścił pan do mieszkania Szymborskiej fotografa, który współpracuje z tabloidami, i...
Nie wiedziałem, że współpracuje z tabloidami. To była moja naiwność, zdaję sobie z tego sprawę.

Trudno jednak przypuszczać, że zawodowy fotograf robi takie zdjęcia, żeby je sobie powiesić nad łóżkiem.
Oczywiście, robił je w celu publikacji, ale pokazał mi wcześniej te piękne zdjęcia mieszkania Miłosza. Nie przeszkadzałoby mi, gdyby coś takiego ukazało się np. w „Tygodniku” albo w „Wyborczej”. Liczyłem się z publikacją, ale nie w tabloidzie.

Przed chwilą pochwalił pan „Fakt”.
Zdjęcia, zwłaszcza tak intymne, to co innego. Na to bym się nigdy nie zgodził, bo one już wykraczają poza informację. Czyli to nie kwestia tabloidu, tylko tego, co mu się daje. A w tym przypadku: co sobie wziął. Notabene ten fotograf zniknął z Krakowa, podobno spotkał go ostracyzm środowiska, bo sprawa w środowisku była głośna.

Kilkoro przyjaciół Szymborskiej uznało za skandaliczne już samo robienie zdjęć w prywatnym mieszkaniu osoby, która tak bardzo swojej prywatności broniła. Zastanawiali się nad ogłoszeniem listu z protestem. Zrezygnowali, bo był czas żałoby, nie chcieli „polskiego piekiełka”.
Nie wiedziałem o tym. Sądzę jednak, że gdyby zdjęcia ilustrowały wnikliwy esej w piśmie literackim, nie byłoby oburzenia. Sami zresztą zamówiliśmy potem podobne zdjęcia u fotografa, z którym już podpisaliśmy stosowną umowę.

Nie wszystkim podobają się także gadżety dostępne w galeriach handlowych. Zostały na nich wykorzystane kolaże Szymborskiej – też raczej prywatne, robione dla relaksu lub w prezencie dla przyjaciół.
Zgłosił się do nas Empik. Tworzyli kolekcję związaną z postaciami świata kultury, z literatury wybrali sobie Szymborską. Traktowaliśmy to trochę jak projekt testowy. Udostępniliśmy im kolaże, które miały w pewnym sensie charakter prywatny, bo były fragmentem korespondencji, ale też jeszcze za życia Szymborskiej zilustrowały kilka jej książek. Z tekstów wybraliśmy tylko zabawy literackie.

Ale znów pozwolę sobie zauważyć, że jest pewna różnica, bo te książki ukazywały się np. w wydawnictwie a5. Malutkim, ambitnym, elitarnym.
Ale w nakładzie 100 tys. egzemplarzy.

Bo to była Szymborska. I myślę, że zgadzała się na to także dlatego, że szanowała, ceniła, lubiła Krystynę i Ryszarda Krynickich, którzy to wydawnictwo prowadzą.
Ale nie tylko, bo jej kolaże ukazywały się też gdzie indziej. Gadżety z Empiku zostały pomyślane w ten sposób, żeby każdy odsyłał do książki. To była forma promocji. W środowisku zdania były podzielone, zdaję sobie z tego sprawę. Przeprowadziliśmy wiele rozmów z przyjaciółmi Szymborskiej i chyba większość udało nam się przekonać. Nie robiliśmy oczywiście żadnych badań, czy dzięki tej serii ludzie zaczęli kupować więcej książek, ale myślę, że tak. Serii nie zamierzamy wznawiać. Chcemy tylko co jakiś czas wydawać boksy z pocztówkami, bo one cieszą się dużą popularnością. Ale też wybierając takie, które nie mają charakteru osobistego.


Na pewno pan wie, że Empik ma fatalną opinię wśród wydawców i autorów?
Ale jest też bardzo ważnym partnerem. Również naszym, dlatego nie będę tego komentował.

Pomówmy zatem o kampanii promocyjnej fundacji. Na miejskich przystankach wieeelkie zdjęcia Michała Rusinka plus niezbyt czytelny napis „Niektórzy lubią poezję” – nawet bez wyjaśnienia, że to cytat z wiersza Szymborskiej.
Na zdjęciach byłem nie tylko ja: także Anna Maria Jopek, Wojciech Waglewski i Tomasz Majewski.

No właśnie – ustawił się pan w jednym szeregu z celebrytami.
Plakaty miały wspomagać kampanię telewizyjną i radiową. Spot telewizyjny był zdecydowanie bardziej czytelny. Nie mieliśmy doświadczenia i zachwialiśmy proporcje: plakaty straszyły na przystankach dużo dłużej. Nadal chcemy promować czytanie poezji, ale na pewno inaczej. Przyznaję, to był mój błąd. Ale staliśmy się jako fundacja bardziej rozpoznawalni i dzięki temu zyskaliśmy sponsora, a więc ten błąd ostatecznie wyszedł nam na dobre.

Co innego błędy językowe. Napisał pan na Facebooku: „Przestaję odpowiadać na listy, które rozpoczynają się od »witam«”. I się zaczęło. Lawina komentarzy, większość szyderczych.
Na moich oczach rosło coś, czego jeszcze nigdy nie widziałem. To był dość niewinny wpis. Owszem, napisany pod wpływem emocji, ale niewinny. Wiedziałem, że Facebook nie jest miejscem prywatnym, ale też nie było to coś, czego bym nie powiedział publicznie. To było w pewnym sensie ciekawe, że nagle wszyscy chcieli zabrać głos. Nie lubię wielkich kwantyfikatorów, ale odsłony artykułu na Gazeta.pl szły przecież w miliony. Nadal do końca tego nie rozumiem, myślę, że ten przypadek zasługuje na naukową analizę. Tak czy owak, dostawałem wówczas wiele obraźliwych listów, niektóre z pogróżkami.

Pogróżkami?!
Tak, mam je nawet gdzieś odłożone. Że trzeba mi sklepać maskę, bo się wymądrzam. A przecież my wiemy lepiej.

A nie wymądrzał się pan? Nie to, żebym chciała klepać, ale ten wpis zrobił na mnie wrażenie fatalne.
Dlaczego?

To nie był dla mnie wielki news, że nie zaczyna się maila od „witam”, ale po co ten ton wyższości? Uznał pan, że jeśli ktoś to robi, nie jest godzien pańskiej odpowiedzi. Bufonada.
Raczej prowokacja, tak jak to wy, dziennikarze, lubicie robić w tytułach artykułów. Notabene w wywiadzie dla Gazeta.pl powiedziałem, że oczywiście odpowiadam na takie maile. Tylko wywiad mało kto czytał – podobnie mój długi esej o języku, który się ukazał w „Wyborczej” kilka dni później.

Dopiero co pan powiedział, że wywiad na Gazeta.pl miał milionowe odsłony.
Ludzie często ograniczają się do czytania leadów.

Nieuchronnie zbliżamy się do sprawy mercedesa. W systemie audio nowego modelu został zamontowany audiobook, na którym Szymborska czyta swoje wiersze. A pan do takiego mercedesa odebrał kluczyki.
Dla fundacji.

Po co fundacji mercedes?
Nasze myślenie jest takie, że fundacja powinna jak najmniej wydawać pieniędzy. Mamy pewien żelazny kapitał i staramy się go chronić. Musimy wchodzić w układy ze sponsorami, by móc dawać co roku Nagrodę Poetycką im. Wisławy Szymborskiej i wspierać twórców zapomogą. Uruchamiamy też stypendium im. Adama Włodka, które również wymaga środków. Czasami jest to sponsoring, który polega po prostu na wsparciu finansowym, a czasem jest to układ czysto barterowy. Mercedesy będą woziły gości naszej październikowej gali. A teraz jeździmy z reklamą samochodem, który nie jest własnością fundacji, tylko jest jej na rok wypożyczony.

Tym lepiej. Gdyby to była darowizna, trzeba by zapłacić gigantyczny podatek. A samochód jest.
Oczywiście. Ale dzięki temu, że ten samochód mamy, dopiero teraz mogliśmy dostać wjazdówkę pod biuro w centrum Krakowa. I możemy brać rachunki na benzynę. Krótko mówiąc, samochód spełnia taką funkcję jak samochód służbowy w każdej instytucji: wozi ludzi i wozi przedmioty.

Nie do końca odpowiedział mi pan, po co fundacji akurat mercedes.
Właśnie po to. Bardzo często jeździmy po Polsce w różnych sprawach związanych z fundacją. Trudno mi o nich mówić coś więcej. Fundacja to także przedsiębiorstwo: używa telefonów, komputerów, ma siedzibę. A jej pracownicy sporo podróżują.

Mówi pan „jeździmy”, czyli – pan jeździ?
Prowadzę głównie ja, ale też niekoniecznie, bo prawo jazdy mają u nas trzy osoby. Samochód stoi u mnie w garażu, ale to bez znaczenia. Moje prywatne auto stoi przez niego pod chmurką. Myślę, że problem z nim, wizerunkowy, jest taki, że to marka luksusowa. Gdyby to był np. samochód dostawczy, nie wywołałby takiej afery. Ale to sam diler się do nas zgłosił, nie występowaliśmy z takim projektem.

Przyjacielowi Szymborskiej, z którym rozmawiałam, nie podoba się przede wszystkim, że ona sama została sprowadzona do roli marki. Widać to szczególnie na filmie, na którym odbiera pan kluczyki. To właściwie reklama mercedesa.
Film był faktycznie dość niefortunny. Ale wiele zarzutów pod naszym adresem bierze się moim zdaniem z utożsamiania Fundacji Wisławy Szymborskiej z samą Wisławą Szymborską. Gdzieś usłyszałem nawet – i to nie był żart – że Szymborska na pewno nie zorganizowałaby gali wręczania nagrody. Jasne, ona pewnie zaprosiłaby osiem osób. I pewnie nie nazwałaby tej nagrody swoim imieniem. O tym zresztą mówiliśmy publicznie, że robimy to na własną odpowiedzialność. Czym innym jest zachowywanie się tak, jak zachowywałaby się fundatorka, a czym innym jest prowadzenie fundacji. Szymborska miała nawet taką frazę: „Takie rzeczy róbcie po mojej śmierci”.

No to robicie.
Poniekąd robimy. Usłyszałem też od jednego przyjaciela Szymborskiej, że nie powinniśmy właściwie brać żadnych sponsorów. Podzielić tę kwotę, która nam została, i przez ileś tam lat wręczać nagrody, pewnie po cichu. Myślę, że zarzuty wobec nas, gdybyśmy tak zrobili, byłyby nie tylko większe, ale też – w moim odczuciu – dużo bardziej uzasadnione.

Ale też suma, którą teraz wręczacie, jest olbrzymia: 200 tys. zł. Nie chodziło o to, żeby wszystkich przebić?
Chcieliśmy raczej dowartościować twórczość poetycką, a przy okazji zmobilizować sponsorów innych nagród, których kwota od wielu lat nie jest podnoszona. W pierwszej edycji nagroda została zresztą podzielona między dwoje laureatów.

Zadaje pan sobie czasem takie pytanie: „Co by powiedziała szefowa”?
Oczywiście, że tak.

Tomasz Jastrun w rozmowie z „NaTemat” powiedział o mercedesie, że to by się jej nie spodobało.
A Ewa Lipska powiedziała, że Szymborska byłaby zachwycona. To jest bardzo trudne, takie gdybanie. Pamiętajmy, że Szymborska powołała nas do zarządzania tą fundacją, znając nas trochę i wiedząc, jakie mamy plany. Miała też w sobie poznańską praktyczność i jestem pewien, że spodobałby się jej taki układ.

Na filmie mówił pan, że taki audiobook w mercedesie to dobra forma promowania poezji. Dosyć absurdalne, zważywszy na to, że taki przekaz trafi tylko do wąskiego grona odbiorców, których na mercedesa stać.
To nie jest argument. Każde nowe grono odbiorców jest ważne. Poza tym Mercedes włączy się jeszcze w tym roku w akcję promowania literatury. A w przyszłym obiecał wesprzeć znaczącą kwotą fundusz zapomogowy.

Niemniej do znacznie szerszego grona trafia np. sprawdzona akcja niekomercyjnego Instytutu Książki z pisarzami na koszulkach. Ale kiedy chcieli zrobić koszulkę z Szymborską, fundacja nie była zainteresowana. Bo z tego nie ma mercedesa?
Bzdura. Napotkaliśmy opór jednej osoby z zarządu, a przyjęliśmy zasadę jednomyślności. Teresa Walas nie chciała posługiwania się wizerunkiem Szymborskiej. Będę ją jeszcze przekonywać, bo uważam, że to dobry pomysł. Sam mam kolekcję koszulek z pisarzami.

„Zasadę jednomyślności”? Przecież Teresa Walas powiedziała właśnie w „Newsweeku”, że była zdecydowanie przeciwna mercedesowi!
Powiedziała, że miała odrębny pogląd na tę sprawę. Zebrania zarządu polegają na wymianie poglądów i wypracowywaniu wspólnego działania.

Fundacja dba o pieniądze, dba o reklamę. A co ze spuścizną poetki?
Opracowaliśmy właśnie program wydawniczy na najbliższe lata. Jesienią ukaże się właściwy debiut Szymborskiej z 1948 roku. W przyszłym roku – „Lektury nadobowiązkowe”, czyli felietony o książkach, dotąd rozproszone. Myślimy też o albumie jej najwybitniejszych kolaży, znaleźliśmy w archiwum również książkę dla dzieci. Dokonujemy bardzo drobiazgowych analiz tego, co dajemy do druku. Przyjęliśmy taką zasadę, że jeśli znajdziemy np. teczkę, na której będzie napisane „Nie do publikacji”, to tego nie opublikujemy. Postanowiliśmy nie spieniężać każdego karteluszka.

Fundacja powinna jednak o każdy karteluszek dbać. Wystarczyłoby 14,4 tys. złotych, by kupić na aukcji rękopis dramatu Szymborskiej z 1944 roku, własnoręcznie przez nią ilustrowany. Ale zrobił to prywatny kolekcjoner.
Mieliśmy na to pieniądze, ale obiecała to kupić pewna poważna instytucja. Sądziliśmy, że można jej zaufać.

Znowu naiwność?
W pewnym sensie tak. Ale przede wszystkim zawód, który sprawiła nam zaprzyjaźniona poniekąd instytucja.

Co taki naiwny człowiek robi na stanowisku prezesa poważnej fundacji?
Uważa pani, że powinienem się zwolnić?

Zwracam tylko uwagę, że po raz kolejny tłumaczy się pan naiwnością.
Traktuję pracę na tym stanowisku jako pewne zobowiązanie wobec fundatorki. Ale nie jestem dożywotnim prezesem. Pozostali członkowie zarządu, ludzie bardzo trzeźwo myślący, mogą mnie odwołać, ja też mogę złożyć rezygnację. To jest jakaś nasza wspólna wizja. Przypominam, że nikt z nas nie prowadził wcześniej żadnej fundacji, wielu rzeczy po prostu się uczymy. I myślę, że jak na dwa lata działalności fundacja osiągnęła bardzo dużo, nie tylko w Polsce. A że po drodze zdarzały się błędy? Chyba zawsze się zdarzają, zwłaszcza tak dynamicznie rozwijającym się instytucjom. Nie bagatelizuję ich. Ale i proszę, żeby ich nie przeceniać. Nie lekceważymy głosów ze środowiska.

Jeśli tylko jakieś są. Usłyszałam też coś takiego: „Poeci mu nie podskoczą, bo chcą dostać nagrodę. Wydawcy mu nie podskoczą, bo ma wyłączność na prawa autorskie”.
To niepoważne stwierdzenie, delikatnie mówiąc. Rozumiem, że kolejny anonim? Z wydawcami łączą nas układy biznesowe, partnerskie, oparte na negocjacjach. Poetów staramy się wspierać zgodnie z naszym statutem, zapraszamy ich także do konsultacji naszych projektów. Zresztą zależy mi na czymś, co – nie ukrywam – trochę zaniedbaliśmy. Chodzi o inicjatywy tylko dla grona przyjaciół Szymborskiej.

Żeby ich udobruchać?
Proszę sobie wyobrazić, że nie wszystkich trzeba udobruchać, nie wszyscy krytykują nasze poczynania, wielu nas wspiera. Pamiętamy o nich, zapraszając na wszystkie organizowane przez nas imprezy. Pani Wisława co roku przysyłała im kartki z życzeniami, my wydaliśmy kalendarz, którego nie było w sprzedaży, był tylko dla nich. Bardzo nam zależy na opiniach środowiska. Na rozmowach wprost, jak np. ostatnio z Urszulą Kozioł. Natomiast nie na opiniach szeptanych za plecami, po cichu, jak to niestety w Krakowie bywa.

*

Wywiad „Wdowy należy palić” został opublikowany w Dużym Formacie „Gazety Wyborczej” 14 sierpnia 2014 r.

Małgorzata I. Niemczyńska
 – ur. 1982, absolwentka komparatystyki literackiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, od 2004 roku pracuje w „Gazecie Wyborczej”. Autorka reportaży i wywiadów w „Dużym Formacie” i „Magazynie Świątecznym GW”. Autorka książki „Mrożek. Striptiz neurotyka”. Mieszka w Krakowie. 
Laureatka XI edycji Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej za najlepszy wywiad prasowy.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną