Najlepszy wywiad 11. edycji Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej

Rozmowa z Michałem Rusinkiem
Ja mógłbym każde swoje wystąpienie opatrywać skrótem „WżtjdzSz” – „Wiem, że tu jestem dzięki Szymborskiej”. Z Michałem Rusinkiem rozmawia Małgorzata I. Niemczyńska.
Facebook

Wdowy należy palić

Małgorzata I. Niemczyńska: Ale ma pan parcie na szkło.
Michał Rusinek, prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej: – Nie mam, większość zaproszeń odrzucam. Media zwracają się do mnie z prośbami o wypowiedzi w różnych sprawach zawodowych: o retoryce, języku dzieci, literaturze, przekładzie. Zapewne dlatego, że jakoś się tam sprawdzam. Ale nie zabieram głosu na każdy temat.

A jednak nikt z sekretarzy – czy to Czesława Miłosza, czy Stanisława Lema – nie jest tak rozpoznawalny jak pan. Denerwowało pana, że jest kojarzony tylko z Wisławą Szymborską?
To raczej pewien konflikt ról. Byłem jednoosobowym biurem prasowym Szymborskiej, bo ona sama unikała wypowiedzi. Ale nie lubiłem sytuacji, gdy np. wydałem książkę dla dzieci i byłem zapraszany do studia, a na pasku pojawiało się: „sekretarz Wisławy Szymborskiej”. Potem już prosiłem, by tego unikano. Pewnie, to jest ważne, ale z powodów informacyjnych. Ludzie myślą sobie: „Zaraz, zaraz... A skąd my go znamy?”. To nie podpieranie się czyimś autorytetem, tylko informacja na zasadzie pewnego usytuowania.

Teraz producent orzeszków napisał w materiale reklamowym: „Już dziś wytęż swoje szare komórki i stwórz orzeszkowy limeryk. Oceni go sam Michał Rusinek, literaturoznawca i wieloletni sekretarz Wisławy Szymborskiej”.
Ale wydaje mi się, że ze strony firmy, która przygotowała ten komunikat, to była tylko chęć dookreślenia mnie. Szymborska była jakoś kojarzona z twórczością niepoważną. Ponieważ fraza wzbudziła taką namiętność, została usunięta po kilku godzinach.

Nie chcę urazić pana miłości własnej, ale naprawdę pan myślał, że w przypadku konkursu po-e-tyc-kie-go może nie chodzić o skojarzenie z Szymborską, tylko o pana osobę?
Droga pani, zdaję sobie sprawę, że moją obecność w mediach zawdzięczam w dużej mierze temu, że byłem sekretarzem Szymborskiej. To jest w pewnym sensie mój posag. Czy to jednak oznacza, że wszystko inne, co robię, powinienem robić pod pseudonimem? Kiedyś zarzucono Słonimskiemu, że uprawia krytykanctwo: Gdynia się rozbudowuje, a on tylko narzeka. Wtedy ogłosił, że odtąd przy każdej krytyce będzie umieszczał skrót „MżGsr”, czyli „Mimo że Gdynia się rozbudowuje”. Ja mógłbym każde swoje wystąpienie opatrywać skrótem „WżtjdzSz” – „Wiem, że tu jestem dzięki Szymborskiej”.

Mówi pan, że Szymborska uprawiała twórczość niepoważną – ale jednak dla rozrywki, a nie w celach komercyjnych.
Wydała jednak książkę z limerykami. Nie służyły do reklamowania niczego, ale mój limeryk też do tego właściwie nie służy. Zostałem poproszony o jurorowanie w konkursie. Pisałem limeryki już jako student, zanim poznałem panią Szymborską. Sam dzięki wierszykowi wygrałem kiedyś samochód w konkursie bardzo komercyjnym, bo organizowanym przez jedną ze stacji benzynowych, w którym przewodniczącym jury był znany kompozytor. Teraz miałem możliwość stanąć po drugiej stronie. Juror często jest proszony o napisanie tekstu, który by wyjaśniał, na czym polega limeryk, albo o napisanie przykładowego limeryku. I ja to zrobiłem.

Pana zdaniem ten limeryk nie jest reklamą?! Przecież tam się pojawia nazwa handlowa, rzecz figuruje na oficjalnej stronie producenta, a cały konkurs nie wziął się raczej z miłości do poezji.
No tak, ale też pomyślałem sobie, że jest w tym pewna zabawa. Można oczywiście powiedzieć, że dławi mnie miłość własna, ale: Agnieszka Osiecka, Melchior Wańkowicz, Salvador Dali... Oni wszyscy byli zaangażowani w bardzo komercyjne projekty.

I Dali ostro za to oberwał – przyjaciele przezywali go nawet „pazerny na dolary”. A Osiecka to co innego – ona wymyśliła slogan dla coca-coli, która w PRL była kojarzona z powiewem wolności z Zachodu.
Oczywiście, dlatego mówię to z przymrużeniem oka. Ale nadal nie widzę w tym konfliktu ról. Może gdybym zajmował się wyłącznie działalnością limeryczną, ewentualnie jeszcze pisywał dla dzieci, nie byłoby takiej afery. Ale jestem też prezesem Fundacji Wisławy Szymborskiej. Ludzie nie za bardzo czytają dziś komunikaty słowne. Chętniej – obrazowe. Widzą, że jest jakiś produkt, podpis z moimi różnymi funkcjami, czyli: acha, jestem twarzą konkursu.

Jest tam pana twarz.
Ale gdyby nie było zdjęcia, zapewne nie byłoby takiego efektu. Trochę się czuję jak naukowiec, który bada jakąś nową szczepionkę i sam ją sobie wstrzykuje. Oczywiście efekty uboczne miałem na Facebooku dosyć spore, jednak pojawiło się też dużo bardzo pod moim adresem złośliwych, ale bardzo dobrych formalnie limeryków. To mnie ucieszyło jako badacza gatunku!

Komentarze pojawiają się od śmierci Szymborskiej, np.: „Dziwny to kraj, w którym kapciowi robią kariery po odejściu swoich pracodawców”. Czyta pan to i co?
Gdybym pełnił wcześniej inną funkcję, pewnie nie byłbym obiektem ataków tak intensywnych. Raz pojawił się zarzut, że się lansuję w telewizji, kiedy na grobie Szymborskiej jest tylko kartka z nazwiskiem, a grób jest zniszczony. Wyjaśniałem wtedy spokojnie, że procedura naprawy grobu trwa długo, rozpoczęliśmy ją jeszcze przed pogrzebem. Ale to stara część cmentarza, musi minąć kilka miesięcy. Takie były fakty. Ich odbiór – zastanawiający.

Przeczytałem kiedyś wywiad z matką nieuleczalnie chorego chłopca. Wiadomo było, że umrze. Był kibicem Realu, marzył, by spotkać się z piłkarzami, ona stanęła na głowie, żeby to się udało. Szalenie wzruszająca historia. Wywiad ukazał się mniej więcej rok po śmierci chłopca. Opowiadała, że spotyka się teraz z nienawiścią. Chce zacząć pracować, czego wcześniej nie mogła robić, bo poświęcała się synowi, ale nie może nawet znaleźć pracy. Ludzie mówią, że uprawia „nekrolans” – dokładnie to samo słowo pojawiało się w komentarzach internautów pod moim adresem. Ten wywiad uświadomił mi, że moja sytuacja jest podobna.

Pan widzi tę brew, która mi się mimowolnie unosi, prawda?
Toutes proportions gardées. Chodzi o to, że ja też pełniłem funkcję przy kimś, kto umarł. I przecież to jest taki stary plemienny zwyczaj, że wdowy należy palić. Ci, którzy pełnili przy zmarłym jakąś funkcję, nie mają już prawa pełnić jej dalej, a tym bardziej nie mają prawa do funkcji publicznej. Oczywiście nie żądano od nas samobójstwa, ale zamilknięcia. Ona chciała tylko znaleźć pracę. Ja, jako że zostałem wskazany w testamencie do pełnienia pewnej funkcji publicznej, pełnić ją muszę. I chcę. Równocześnie sam jestem autorem książek, a to wymaga obecności w mediach.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną